zdaje się, że to ten nabój śmiechu raz po raz eksploduje...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- — Cha! cha! cha!— Śmiech pański rani moje serce...
- ***Ale z tym śmiechem przyszła jakaś dziwna otucha, a za otuchą - wiara...
- kaporą za twój najmniejszy paznokietek! Wysłuchawszy mnie dziewczyna wybuchnęła śmiechem łotrzycy, zatrzasnęła mi drzwi przed samym nosem,...
- Doskonale zdaję sobie sprawę, jak wielką śmiałością jest wobec podobnego zgromadzenia puszczać wodze wynurzeniom osobistym; ale, tak czy inaczej,...
- Ostatecznie za religią zdaje się więc dla Konińskiego przemawiać Eros Platona, pośrednik między bogami i ludźmi...
- Dowcip ten przyjęto wybuchem śmiechu...
- „Królewską Eksploatacją Połowów Pereł z Ellebubu”, stanowią jego wyłączną własność prywatną i że wstęp do nich jest surowo wzbroniony...
- śmiechem, nawet Edorion...
- Claudia rozpięła stanik i jej piersi eksplodowały, zaskakująco napięte i jędrne...
- 29 – Jednak zdaje mi się, że tak było...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Ile i jak oddziałał na formy naszego
nowego życia, nie moją rzeczą robić tego bilans; może bardziej, niż się niejednemu buchalterowi
literatury wydaje.
I „Balonik” nie uniknął wszakże tego losu, który groził wszelkim krakowskim poczynaniom:
znów ta duża głowa na małym tułowiu! Wszystko można było w Krakowie zmienić, ale nie to,
aby przestał być małym, zabiedzonym miasteczkiem, w którym się „nic nie działo”. Mieliśmy
ostre zęby, nie bardzo mieliśmy co gryźć. Ówczesne życie galicyjskie było tak mizerne... To, co
było w sferze teatru, sztuki, literatury, ogryźliśmy do kostki. Zbiorowy a bezinteresowny wysiłek
zmontowania – na raz jeden, bo każdy wieczór był tam premierą! – nowego programu
przychodził organizatorom coraz ciężej, wieczory „Balonika” stawały się co rok rzadsze.
Co do mnie, odczuwałem to bardzo dotkliwie. Miałem już trzydziestkę, kiedy zabłąkałem się
do „Balonika”; byłem od lat kilku lekarzem, asystentem kliniki, mordowałem się nad pracą
habilitacyjną, jako że szanujący się człowiek nie mógł zostać w Krakowie czym innym jak
profesorem uniwersytetu. Gdyby nie „Balonik”, męczyłbym się z pewnością całe życie w
fałszywie obranym zawodzie, nigdy nie dowiedziałbym się o swym istotnym powołaniu. Ale od
czasu, jak mnie ono nawiedziło, męczyłem się inaczej. Byłem jak mamka, która ma za dużo
pokarmu. Wstrzymany tak długo zmysł pisania rozpierał mnie; skąpe okazje wieczorów
5
„Balonika” nie zaspokajały go, pisać zaś wiersze tak, bez okazji, jakoś mi było głupio. Stary
koń, lekarz, asystent kliniki... To mnie pchnęło w dwóch kierunkach. Z jednej strony instynktem
samozachowawczym zwróciłem się ku przekładom, które zaspakajały bodaj formalną potrzebę
tworzenia. Polski Molier, Villon, Rabelais wyszli najzupełniej z ducha „Zielonego Balonika”. Z
drugiej strony zaczęły się lęgnąć we mnie wiersze jakieś inne, bardziej osobiste, których
wydawanie na świat połączone było z pogwałceniem wrodzonej mi wstydliwości ducha. To są te
inne Słówka, nie kabaretowe, zabłąkane tu między innymi, zahukane i cokolwiek onieśmielone
tym towarzystwem. Mało też kto je zauważył... Ale to uczucie zawstydzenia stawało mi się
coraz bardziej przykre, tak że w końcu zacząłem się bronić tym napadom. Niebawem przemiana
warunków naszego życia otwarła nowe możliwości i dała mi możność wypowiadania się w
sposób nie tak upokarzający, jak pisanie wierszy. Słówka się skończyły.
Poza tym nie wydaje mi się, abym się odmienił zbytnio. Sposób, w jaki tymi Słówkami ćwierć
wieku temu na ciemnym rogu ulicy Floriańskiej poznałem się z literaturą, wycisnął piętno na
całej mojej karierze literackiej. Jak wówczas, tak i dziś jeszcze wszystko wydaje mi się w niej
zabawną i niespodzianą przygodą. I tak samo, jak po pierwszym tomie moich wierszyków
czytałem w pierwszej w ogóle, jaką miałem w życiu, „recenzji” takie dusery, jak „znikczemniały
drab” – „zwyrodniały głuptas” – „szarganie świętości”, tak samo czytuję mniej więcej to samo i
dziś. Tylko już za co innego: Słówka stały się tymczasem nietykalne, czcigodne, weszły niemal
w program szkolny. Niechże ten krótki komentarz naukowy posłuży kochanym malcom,
pocącym się nad wypracowaniem: „Słówka” Boya na tle epoki, albo: Krzywa humoru Boya na
zasadzie chronologii „Słówek” .
Nie poprzestając na tym ogólnym komentarzu, umieściłem na końcu tomu przypisy z
objaśnieniem zawilszych miejsc tekstu. Nie taję, iż sporządzenie tych przypisów nie przyszło mi
bez trudności; wielokrotnie dawał mi się we znaki mój niedostatek metody naukowej. Starałem