Doskonale zdaję sobie sprawę, jak wielką śmiałością jest wobec podobnego zgromadzenia puszczać wodze wynurzeniom osobistym; ale, tak czy inaczej,...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- choćbyś i mnie miał waszmość tak pochlastać, zawszeć winszuję, winszuję! – Et, dalibyście sobie waszmościowie pokój; bo w rzeczy nie macie się...
- – Kiedy tylko dotrzemy tam, gdzie mają w miarę rozwinięty przemysł – dodał po chwili – będziemy musieli sprawić sobie trochę odtylcowych...
- 08 Przynocie wic owoc godny nawrcenia,09 a nie wmawiajcie sobie: Abrahama mamy za ojca, bo powiadam wam: Z tych kamieni Bg moe wywie synw Abrahamowi...
- - Boże, za jakąś chyba dopłatą, no nie wiem, ale to jest chyba świr trochę, co? A może wszyscy tak mają na starość? Kurcze, wiesz co? Musisz sama sobie kupić ten...
- Każda służba jest wyborem pomiędzy zagarnianiem ku sobie, a darzeniem, dawaniem ze siebie, a więc uczy miłości wedle podobieństwa do miłości Boga, czyli...
- Wszystkie typy pracy wymagają od człowieka umiejętności współpracy z innymi, organizowania własnej pracy, radzenia sobie ze stresem, nawiązywania kontaktu,...
- w swej głowie wymalował, iż potym sztychując ono z rzeczą prawdziwą a widomą, chocia sama w sobie onad rzecz była dziwnie osobna, jednak przeciwko onej...
- - Na fajki gracie? Kurcze, to już hazard! Szef jak się dowie to nas zjebie!- No co ty! Wiesz, przecież pooddajemy sobie te fajki na końcu...
- — Wszyscy będziemy sobie potrzebni, i to już niedługo — odparł tonem prze- powiedni Amerykanin...
- — Czy Weyr zbadał w końcu te pędraki? — spytał P’tero, nagle przypominając sobie cel ekspedycji...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
A więc, panie i panowie, skoro
raczyliście zainteresować się moją skromną osobą, a raczej ideą, którą ona przedstawia, skoro mamy
zawrzeć znajomość, dostrzegam po temu jedyny środek: opowiedzieć wam po prostu o sobie, urządzić w
waszej obecności jak gdyby une heure avec..., godzinkę z samym sobą.
Tym bardziej że moja pozycja literacka i osobista była zawsze w moim własnym kraju dość
skomplikowana, by nie powiedzieć dwuznaczna. Przede wszystkim mam ten smutny przywilej, że
poczytują mnie za rodzaj fenomenu, bo przetłumaczyłem, jak państwo wiecie, sto blisko tomów arcydzieł
literatury francuskiej. Tak, to strona szacowna, rzekłbym, mojej osoby – jej strona „dekorowana”. Kiedy
mowa o mnie w naszych gazetach, używa się chętnie takich zwrotów, jak „zadanie przytłaczające”, „praca
niezmordowana” – a zwłaszcza „benedyktyńska”. Boy i benedyktyn stali się niemal synonimami.
228
A jednak kiedy – minie od tej chwili niedługo prawie dwadzieścia lat – zadebiutowałem zbiorem
piosenek, uznano je za bardzo śmiałe, a nawet frywolne, gdyż wykpiwały wiele rzeczy szacownych, które
mnie wydawały się niezbyt godnymi szacunku. Kiedy następnie stałem się popularny – zanadto popularny
– w moim kraju, jako poeta, uczyniono mi zaszczyt powiadając, że jestem zmysłowy i perwersyjny. Ale
kiedy jako krytyk teatralny i jako felietonista muszę nieraz walczyć i wykłócać się, czynię to z werwą,
która doprawdy nie ma nic benedyktyńskiego.
Lecz to nie koniec niespodziankom. Dla jednych jestem tłumaczem Myśli Pascala, dla innych –
tłumaczem Żywotów pań swowolnych Brantôme’a. Z jednej strony proponowano mi katedrę literatury
francuskiej na Uniwersytecie Poznańskim, z drugiej traktowano mnie jak gorszyciela młodzieży. I
zauważcie na koniec, że za tym wszystkim ukrywała się dość długo jeszcze trzecia postać: Boy-lekarz,
och! trudno tu trafniej powiedzieć: „lekarz mimo woli”.
Bardzo to przykre nie mieć fizjonomii jednorodnej. Otóż – zdarzyło się pewnego dnia, że przyszła mi
chęć rozeznać się jasno i dokładnie w samym sobie, odnaleźć to, co te różne osobistości mają ze sobą
wspólnego. Najskuteczniejszą wydała mi się droga spowiedzi publicznej. I to nie spowiedzi na piśmie; o
nie – spowiedzi mówionej. Spakowałem manatki i odbyłem podróż, z odczytami, po jakich pięćdziesięciu
miastach polskich. Otóż tak się złożyło, że ta spowiedź dotyczyła pod każdym względem spraw
francuskich; że to we Francji musiałem szukać utajonego sensu moich przemian – toteż w ogólności moja
spowiedź stała się namiętnym hymnem na cześć Francji. Ale kiedy pozwoliłem sobie zrzucić ów habit
benedyktyński, w który mnie przystrojono, niesposób mi było przeciągać mistyfikacji: musiałem pokazać,
co kryje pod sobą ta surowa szata – a były to namiętność, miłość, uciechy i rozkosz.
Byłem pod urokiem myśli francuskiej, zanim właściwie ją poznałem; dźwięk języka francuskiego,
widok książki francuskiej miały dla mnie – od dziecka – coś fascynującego. U nas w Polsce w wielu
rodzinach dzieci wcześnie uczą się po francusku: nie tak wcześnie, niestety, jak Montaigne uczył się
łaciny, ale w każdym razie dość wcześnie. Kiedy byłem w tym wieku, że nie potrzebowałem już bony,
zaczął mnie uczyć francuskiego pewien sfrancuziały Kurlandczyk, z rodziny emigrantów, dawny żuaw,
który służył Francji w Legii Cudzoziemskiej. Był to samotnik, mizantrop w guście Alcesta, żyjący pośród
swoich książek, pośród swoich ukochanych klasyków francuskich. A ja byłem podówczas bardzo
„moderne” – rzecz całkiem naturalna, gdy się ma trzynaście lat – toteż spieraliśmy się często. Mówiłem
mu o Guy de Maupassancie, on zaś replikował Pascalem. Przekonałem się później, że miał rację. Gorzej,
kiedy kazał mi recytować z pamięci opis groty Kalypso w Telemachu, domagając się, abym przyznał, że
nie istnieje nic piękniejszego na świecie. Byłem wtedy pod urokiem wielu innych nimf. Rozkoszowałem
się „powieścią z życia wyższych sfer”, będącą właśnie u szczytu; faszerowałem się Okrutnymi zagadkami,
Kłamstwami, Naszym sercem, Sercem kobiety etc. Trzynastoletni smarkacz – umazane ręce i podarte
spodenki – w wyobraźni mieszkałem w wykwintnych garsonierach „światowców” i w marzeniach
okrywałem pocałunkami gorące i smukłe ciała czarodziejskich „mężatek”, które po godzinie rozkoszy
wymykały się dyskretnie, zostawiając za sobą smugę perfum; zdaje się, że był to opoponax. Ach! Jak
dobrze rozumiałem te „nie zrozumiane kobiety”, jakżebym wtedy je kochał! Było to dla mnie niby
haszysz, odkładałem książkę z wypiekami, z daremną czułością w duszy...
Wybaczcie te szczegóły, może zbędne, ale od czasów wielkiego patrona tych wszystkich, którzy się
spowiadają, od czasów nieśmiertelnego Jana Jakuba, krótki opis niewinnych majaczeń wyobraźni
dziecięcej stał się na spowiedzi niemal – by tak rzec – obowiązkowy.
Kiedy skończyłem gimnazjum, należało zastanowić się nad karierą. Byłem synem artysty, sławnego
muzyka-kompozytora, Władysława Żeleńskiego. Wychowałem się w atmosferze artystycznej, a jednak –
nie wiem, ki diabeł się tu wmieszał – w decydującym momencie obrałem medycynę. Był to jeszcze może
ostatni pogłos epoki pozytywizmu, kiedy to wytworzył się przesąd, że każde studium, choćby trochę
poważniejsze a dotyczące życia, winno rozpoczynać się od sekcji trupów. Jeśli idzie o stan umysłu,
przypominałem wtedy mniej więcej słynnego Ucznia.
Uczęszczając dość niedbale na wykłady, miałem zawsze w kieszeni jakąś książkę francuską.
Pasjonowała mnie wtedy krytyka francuska, uwielbiałem Jules Lemaître’a. Był to również okres rozkwitu