Dowcip ten przyjęto wybuchem śmiechu...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Bóg to radość, Bóg to szczęśliwość, Bóg to zdrowie, Bóg to swoboda, Bóg to przyjemność, Bóg to wygoda i wszystko, co najlepsze...
- — Re Alide to kupa gruzów — rzekÅ‚ krótko; zdaÅ‚o mi siÄ™, iż temat nie byÅ‚ dlaÅ„ przyjemny — ale o tym na pewno pan wie...
- Przez jakiś czas obserwowałem ich i może dlatego, że byli nowi, patrzenie na nich sprawiało mi przyjemność; przy nich czułem się bezpieczny...
- — Gdy przyjechaÅ‚em, byÅ‚a pani na dole?— Tak...
- system funkcyjnyków zgodnie z przyjêtymi za³o¿eniami in-terwa³owymi tworzy -> skalê muzyczn¹, na której opiera siê muzyka danego œrodowiska kulturowego w danym...
- nawzajem swoimi energiami seksualnymi, co zarówno może dawaćdoznania przyjemności i błogości, jak i wzmacnia w was chęć, radośći siły do życia...
- aby zaniechali usprawiedliwiania przed sobą różnych swych zachowań, przyjęli odpowiedzialność za własne czyny i przeżyli poczucie winy...
- - Przyjêcie któregokolwiek z tych dwu ujêæ pozwala nam wyjaœniæ, dla 2 ' czego prawdziwe s¹ nastêpuj¹ce dwa...
- — Cha! cha! cha!— Åšmiech paÅ„ski rani moje serce...
- * * * Nazajutrz zostaliśmy przyjęci w prefekturze przez pana Lecussan, dyrektora Archiwum Administracyjnego...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
– Zdaje mi siÄ™ – ciÄ…gnÄ…Å‚ dalej jegomość z podbródkiem – że bÄ™dzie miaÅ‚ marny pogrzeb.
Jestem pewien, że wystrój kościoła i karawanu niedrogo będą kosztowały, bo nie znam nikogo,
kto by chciał pójść za jego trumną. A gdybyśmy tak bez zaproszenia odprowadzili go do grobu?
– Jeżeli wyprawiÄ… porzÄ…dnÄ… stypÄ™, to nie mam nic przeciwko temu – wtrÄ…ciÅ‚ jegomość w
okularach. – Za takie poÅ›wiÄ™cenie coÅ› siÄ™ przecież należy.
Gromadka znów się roześmiała.
– Jak widzÄ™, jestem najbardziej bezinteresowny – odezwaÅ‚ siÄ™ jegomość z podbródkiem. –
Nigdy nie chodzę na cmentarz i nie ubiegam się o stypy, ale jeżeli który z was wybierze się na
ten pogrzeb, ja chętnie będę mu towarzyszyć. Prawdę mówiąc, poniekąd sympatyzowaliśmy ze
sobą. Przy spotkaniu zawsze wymienialiśmy choć kilka słów. No, tymczasem do widzenia, moi
panowie.
Gromadka rozeszła się i zniknęła w tłumie, a Scrooge, który poznał wszystkich
rozmawiających, zwrócił oczy na ducha, jak gdyby oczekując wyjaśnienia tego, co usłyszał.
Zamiast odpowiedzi, duch pomknął na ulicę i palcem wskazał dwóch rozmawiających
mężczyzn.
Scrooge znów nadstawił uszu, w nadziei, że teraz zagadka się rozwiąże.
Obu mężczyzn wskazanych przez ducha znał dobrze. Byli to bogaci i bardzo wpływowi
giełdziarze. Scrooge usilnie zabiegał o pozyskanie ich szacunku i zaufania, oczywiście w
znaczeniu czysto giełdowym.
– Witam pana – mówiÅ‚ jeden z nich – jak zdrowie?
– Niezgorzej – odparÅ‚ zapytany – a paÅ„skie?
– DziÄ™kujÄ™, dobrze. A starego kutwÄ™ powoÅ‚ano nareszcie do obrachunku.
– SÅ‚yszaÅ‚em o tym. Ale nieznoÅ›ne zimno dziÅ› mamy...
– Przecież to wÅ‚aÅ›ciwa pora... Å›wiÄ™ta Bożego Narodzenia. Pan nie jeździ na Å‚yżwach?
40
– Co mi po tym? Mam co innego na gÅ‚owie. Do widzenia.
– Do widzenia.
Ani słowa więcej. Takie było ich przywitanie, rozmowa i pożegnanie.
Scrooge’a z początku dziwiło, że duch przywiązuje wagę do tak w gruncie rzeczy błahych
rozmów, lecz przeczuwając, że czyni to nie bez celu, zaczął się nad nimi zastanawiać.
ByÅ‚o niemożliwe – rozmyÅ›laÅ‚ – żeby rozmowy dotyczyÅ‚y Jakuba Marleya, jego dawnego
wspólnika, chociażby z tego tylko względu, że Marley umarł już dawno. Śmierć jego należała do
przeszłości, a ten duch przecież miał związek jedynie z przyszłością.
Na razie Scrooge nie mógł w żaden sposób wymiarkować, o którym z jego znajomych
rozmawiano. Nie wątpił jednak, że kogokolwiek dotyczyły te rozmowy, musiały zawierać naukę,
mającą na celu jego dobro, a on powinien przyjąć ją z uwagą i wdzięcznością. Przyszedłszy do
tego przekonania, postanowił uważnie przysłuchiwać się wszystkiemu, co mu w uszy wpadnie;
przede wszystkim bacznie obserwować własną postać, jeśli się ona zjawi, przewidując, że jej
zachowanie da mu klucz do rozwiązania dręczących go pytań. Zaczął więc szukać samego siebie.
Któż to zajął jego uprzywilejowane miejsce na giełdzie? Scrooge nie znał tego człowieka.
Rozglądał się na wszystkie strony, ale nie mógł odnaleźć siebie, chociaż zegar giełdowy
wskazywał godzinę, w której zwykle tu przebywał. Ta okoliczność nie zaniepokoiła go zbytnio,
gdyż po odwiedzinach pierwszej zjawy postanowił w głębi duszy, że zmieni dotychczasowy
sposób życia; przypuszczał więc, że jego nieobecność na giełdzie potwierdza, iż w postanowieniu
swoim wytrwał.
Duch, wciąż posępny i nieruchomy, stał przy nim z wyciągniętą ręką. Ocknąwszy się z
zamyślenia, Scrooge zauważył, że duch nie spuszcza z niego oczu; dreszcz przebiegł po nim od
stóp do głowy.
Szybko opuścili gwarną część miasta i zapuścili się w jedną z oddalonych dzielnic, gdzie
Scrooge nigdy nie zaglądał, wiedząc, że miała jak najgorszą opinię. Zobaczył ciemne, pełne błota
ulice; domy zaś i sklepy były nędzne, mieszkańcy bosi, półnadzy, pijani, budzili obrzydzenie.
Podwórza i korytarze nieprawdopodobnie wąskie, zagnojone, wydawały odór, dostrajały się do
ludzi, od których tu się roiło. Była to dzielnica błota, nędzy i zbrodni.
W tej oto strasznej dzielnicy znajdował się nędzny sklepik, w którym sprzedawano stare
żelastwo, gałgany, stare butelki, kości. Na podłodze, wewnątrz sklepu, piętrzyły się stosy