węszył śmierć...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Źródła w Antibes podają, że Jordana zatłuczono na śmierć zaledwie w kilka dni po jego weselu i po tym, jak wydostał pijaną bratową ze szponów portowego opryszka...
- RELIGIE ZBAWIENIATen typ religii jest zwi¹zany z refleksj¹ cz³owieka nad œmierci¹ i pragnieniem szczêœcia wiecznego...
- zabiegał u Kazimierza, aby po zgonie wspólnego bratanka Leszka, którego kilkuletnia choroba wróżyła bliską śmierć, jego następcą na stolicy Mazowsza...
- Co za rodzina z tych Jordachów, stary samobójca, brat zamordowany, a świątobliwy Rudolf pobity prawie na śmierć w swoim mieszkaniu...
- nakaza³em mówiæ, albo który bêdzie przemawia³ w imieniu innych bogów, takiprorok poniesie œmieræ...
- pośród nich, bezradnych w obliczu śmierci, rozlewał ich krew wzdłuż High Road i podpalał ją...
- Zapyta³em, czy Stalin wyznaczy³ przed œmierci¹ swego nastêpcê...
- prowadzić do śmierci...
- A kto¿kolwiek siê komu o pewny d³ug zapisa³, y do Grodu firma inscriptione [mocnym zapisem] odpowiadaæ siê podda³ dobrowolnie, b¹dŸ przed œmierci¹, abo iu¿ y po œmierci...
- Małgorzata roześmiała się...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Drgali rozchełstani, resztkami sił parli na siebie, gryźli i podmacywali noŜami.
Zyb, zyb, szuch, puch. Krew zalała nagła. Bańczycki upadł. Podniósł się jeszcze na łokciach,
ręka poszła pod pas i zastygła, czoło osiadło na śniegu. Wasicińska zdąŜyła machnąć
wróbelka koromysłem. Za-trzepał rękoma, upadł na wznak, szybko poderwał się i wybiegł za
wrota, podciągnąwszy poły kabata, znikł w sinawej zimowej pogodzie. Klara z Chaimem
zanieśli księdza do izby, ocucili i opatrzyli dwa przeprucia na karku. - Po diabła takie sztosy -
powiedział Chaim - zapominasz, Ŝe juŜ jesteś po pięćdziesiątce. - Aleja mam nosa, człowieku,
co? Od razu zwąchałem, Ŝe to szpicelek. - A baczki miał?
- Ech, baczki! Nie zawsze i nie kaŜdy szpicel baczki musi mieć. - Ja ci powiem. Wiesz, kto to
był? - spytał Chaim.
- No?
- Znak...
69
- Diabli tam znak. Taki sobie ptak.
- Po co ptak?
- Przyszedł szukać perły w jęczmiennej plewie - odparł ksiądz. - Osobliwa filozofia. Ale
pokaŜ no, bracie, tętno. Chaim przystawił kciuk do pulsu księdza. Plebania księdza
Bańczyckiego stała pod lipami, na kamiennych szerokich podwalinach. Zmarznięty liść
zsypał się na gonty, zatarasował kosze. Na podwórzu zwalony chrust z fasoliskiem i nacią.
Pod fudrygarnią bryczka z narzuconymi na siebie dyszlami, koła nabrane błotem. Na
przedłuŜeniu stodoły szopa na czterech słupach, a pod nią ule ustawione w budynek, oczkami
do środka. We wrotach kilka prosięcych śladów. Kiedy Kweller wszedł w obejście, zziajany i
mokry, ksiądz Bańczycki zamachnął ręką ku drzwiom ganku. Wszedł do stodoły. - Dziś ja
widział Buchsbauma - powiedział parobek do księdza. - śyje? No i co?
- Powiedział: Pochwalony.
- A ty co na to?
- Ja nic.
- Czego nic?
- Bo to nie wypada.
- Czego nie wypada? - ksiądz podniósł laskę, jakby chciał uderzyć, krzyknął: - Sypniesz tym
gołębiom grochu czy nie? - A ni ma garnca. Ni ma czym nabrać.
- Ach, duszo mizerna. Ta juŜ bym czapką nakarmił.
- Cholera z gołębiami - zasyczał parobek i wlazł za sieczkarnię. Ksiądz z progu stodoły
spojrzał ku wrotom. Uderzył laską w dyle. Śnieg zsypał się z zaciosów. 70
- Gołębiczek nie pilnujesz, to znaczy, Ŝe jesteś człowiek bezduszny. - Nu, czort wie. Niczym
juŜ teraz dogodzić księdzu nie moŜna. - Nie o to, bezduszniku, chodzi. Dogodzić, nie
dogodzić. Ja stwierdzam z rozpaczą, Ŝe jesteś zły. - Czego zły?
- Do ptaków miłości nie masz, to znaczy, Ŝe do matki miłości teŜ ci brak, jak zwyczajnie
bezdusznemu! - krzyczał Bańczycki i groził kułakiem. Gołębie zsypały się mendlem pod
nogi, gruchały iskając sieczkę. Ksiądz podszedł do rogu klepiska, nabrał w połę nie
przebranego prosa, wyszedł z tym na podwórze i wysypał na nabój pod progiem, laską
strzepał połę rewerendy. Wrócił, wysiąkał nos i powiedział spokojnie: - Ty od dzisiaj do
kuchni nie wchodź za jadłem. Ja ci wyniosę do komory. Oparzyny dla bydła ja wyniosę. Za
niczym do kuchni nie przychodź. A jak się to tobie nie podoba, zaplanuj sobie swoje Ŝycie
inaczej. Gołębiczki to tylko próba. Spodziewaj się w swoim Ŝyciu gorszych rzeczy. Ja się teŜ
spodziewam. Bańczyckiemu posiniał nos, policzki zbiegły się nienawistnie jak skórka
zduszonej purchawki. Nie czekając odpowiedzi, poszedł spokojnie ku wrotom. Prosięta
pobiegły za nim. Kweller stał u skrzydła wrót. Mały, w czarnym burnusie. Barania czapka
wsunięta po Ŝuchwy, ogon siwej brody w kołnierzu, w sinym przecięciu ostre, czarne oczy. -
Jak to dobrze, Ŝe taki mały jesteś, Kweller. Skryć się moŜesz z powodzeniem nawet pod
dzieŜą chlebową. Ksiądz Bańczycki spojrzał za siebie. Parobek niósł w objęciu wiązkę
koniczyny. Podszedł do drzwi stajennych, noskiem buta odrzucił skobel i skoczył za próg. -
Dziecko jest jeszcze mniejsze - zaświszczał chrypką Kweller. 71
- Tak. Dziecko jest jeszcze mniejsze. A kiedy je synowa urodziła? - Jeszcze przed Siewną.
Dziś urodziła, a jutro ją zabili. Kweller oderwał czarnym paznokciem trzaskę, przełamał na