pośród nich, bezradnych w obliczu śmierci, rozlewał ich krew wzdłuż High Road i podpalał ją...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Jeśli rodzice nie dadzą dziecku doświadczyć miłości, jeśli nie ujawnią swoim zachowaniem, że samo jego istnienie jest dla nich radością, dziecko odwróci od...
- W pewien sposób cieszyła się, że Egwene oraz jej przyjaciółek tu nie ma, cieszyła się, że nie może widzieć ich twarzy, a na nich, być może, piętna...
- - Niedobitki Shaido wycofują się na północ - oznajmiła ponuro Amys - a coraz ich więcej przekracza Mur Smoka, jednak Rand al'Thor najwyraźniej o nich...
- Anielskie hufce Giotta z małego, błękitnego sklepienia kościółka w Padwie, a obok nich Hamlet kroczący z uwieńczoną Ofelią, piękne symbole wszelkiego smutku...
- Żadne z nich nie spoglądało na porucznika Ajaxa wrogo, ale admirał Harrington w ogóle rzadko tak na kogoś spoglądała, a nie na darmo nosiła...
- — Oskrzydlamy? — Powiedz mu po prostu, że uderzamy na nich od zachodu...
- Siej myli pokoju drogami, ktrymi chodzisz, aby stay na stray tych, ktrzy stpa po nich bd w smutku i zwtpieniu...
- nowy obrzęd chrztu wodą i uczył naród, iż trzeba żałować za swoje grzechy oraz oczyścić się z nich przez chrzest...
- Z początku wcale o nich nie myślał, potem, gdy mu coraz częściej wpadały w oczy lub pod rękę, zaczął doświadczać wyrzutów sumienia...
- „Królewską Eksploatacją Połowów Pereł z Ellebubu”, stanowią jego wyłączną własność prywatną i że wstęp do nich jest surowo wzbroniony...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Strumienie płynnego ognia wdzierały się do ogrodów i przelewały przez progi. Płomienie ogarniały strzechy. Chaty szły z dymem. Po kilku minutach pożar rozszerzył się na całe Zeal.
Roń ściągnął z ołtarza brudny obrus, starając się nie myśleć o Debbie i Margaret. Policja na pewno zabierze je w bezpieczne miejsce. Najważniejsze było to, co robił.
Pod obrusem znajdowała się pokaźna skrzynia, której przednią ścianę pokrywała jakaś toporna płaskorzeźba. Nie zwrócił uwagi na to, co przedstawiała, miał ważniejsze sprawy na głowie.
Na dworze szalała bestia. Słyszał jej triumfalny ryk i aż palił się - tak, aż palił się - by stawić jej czoła. Zabić ją lub zginąć. Ale najpierw - skrzynia. Kryła w sobie moc, co do tego nie było wątpliwości, moc, która już teraz elektryzowała jego włosy i oddziaływała na jego członek, powodując bolesny wzwód. Podniecenie owładnęło całym jego ciałem, upajało go. Złakniony, położył obie dłonie na skrzyni. Ramionami jego targnął nagły wstrząs. Roń miał wrażenie, że gotują mu się stawy. Odleciał w tył. Ból był tak okropny, że niemal pozbawił go przytomności. Zaraz jednak ustąpił. Roń rozejrzał się w poszukiwaniu narzędzia, które pomogłoby mu bezboleśnie otworzyć skrzynię.
Zdesperowany, owinął dłoń strzępem obrusa i podniósł ze skraju ogniska mosiężny lichtarz.
Płótno zaczęło się tlić, żar dotknął jego skóry. Roń cofnął się o krok i zaczął walić w skrzynię jak opętany, aż poleciały drzazgi. Ręce mu całkiem zdrętwiały, nie czuł nawet, czy rozgrzany metal pali mu dłonie. Jakie to zresztą miało znaczenie? Tam wewnątrz znajdowała się broń, oddalona zaledwie o kilka cali. Gdyby tylko zdołał do niej dotrzeć, wziąć ją w posiadanie. Erekcja stawała się już trudna do zniesienia, czuł drażniące swędzenie.
- Chodź do mnie. No chodź. No chodź - powtarzał bezmyślnie. - Chodź do mnie. Chodź do mnie. - Zupełnie, jakby chciał wziąć ów skarb w ramiona; jakby miał do czynienia z dziewczyną, której pragnął, której pożądał jego członek i którą należało zahipnotyzować, by weszła do łóżka.
- Chodź do mnie, chodź do mnie...
Drewno pękało. Dysząc z wysiłku, odwalał krawędzią podstawy lichtarza co większe odłamki. Ołtarz był w rzeczywistości wydrążoną skrzynią. I do tego pustą.
Pustą.
Jeśli nie brać pod uwagę kamiennej kuli wielkości małej futbolówki. Czyżby to była jego zdobycz? Aż nie mógł w to uwierzyć. Tak niepozornie wyglądała, a jednak powietrze wokół niego wciąż było naelektryzowane, a krew w żyłach wrzała. Wsunął rękę w wyłamany przez siebie otwór i wydobył ową relikwię.
Na dworze Trupiogłowy święcił triumfy.
Roń ważył ów kamień w zmartwiałej dłoni, a przed jego oczyma przesuwały się niesamowite obrazy. Trup o płonących stopach, chata w płomieniach, pies - żywy kłąb ognia - biegnący przez ulicę. To wszystko rozgrywało się teraz w Zeal; czekało, by położyć temu kres.
A on mógł przeciwstawić podpalaczowi jedynie ów kamień. Przez pół dnia wierzył Bogu i zawiódł się na tym. Zdobył zwykły kamień, pieprzony kamień. Obracał teraz w rękach tę kulę, próbując wyłowić w jej fałdach i wypukłościach jakiś sens. Może coś przedstawiała? Może nie dostrzegł jej prawdziwego znaczenia?
Z drugiego krańca kościoła dobiegł do niego jakiś zgiełk, trzask, krzyk spod drzwi i huk płomieni.
Do wnętrza wpadło dwoje ludzi, Ściganych przez dym i błagania.
- Podpalił wioskę - powiedział jakiś nieobcy Ronowi głos. Życzliwy policjant, który nie wierzył w istnienie piekła. Starał się teraz nie ulec panice, może ze względu na swą towarzyszkę, panią Blatter z hotelu. Koszula nocna, w której kobieta wypadła na ulicę, zdążyła się już podrzeć i odsłaniała piersi, które trzęsły się w rytm szlochu. Pani Blatter chyba nie wiedziała, że jest półnaga ani nawet, gdzie się znalazła.
- Chryste, pomóż nam! - powiedział Ivanhoe.
- Tu nie ma żadnego cholernego Chrystusa - odezwał się Declan. Wstał już i szedł teraz chwiejnie ku intruzom. Roń, z miejsca, gdzie stał, nie widział jego twarzy, ale był pewien, że trudno byłoby ją rozpoznać. Pani Blatter minęła kierującego się ku drzwiom szaleńca i pobiegła w kierunku ołtarza. W miejscu, gdzie teraz płonęło ognisko, kiedyś brała ślub.
Roń patrzył na nią, urzeczony.
Była zdecydowanie za gruba; miała obwisłe piersi i zbyt duży brzuch, na tyle przesłaniający łono, że należało wątpić, czy kiedykolwiek je widziała. A jednak dzięki niej Roń pojął, dlaczego miał tak silny wzwód i dlaczego kręciło mu się w głowie.
Trzymał w dłoni jej podobiznę. Na Boga, tak, to ją trzymał w dłoni, była żywym odzwierciedleniem owej bryłki. Kobieta. Wizerunek Wenus, kobiety tęższej niż pani Blatter, o brzuchu nabrzmiałym od potomstwa, cyckach jak góry i otwartej dla całego świata dolinie, która zaczynała się poniżej jej pępka. Przez te wszystkie lata wierni chylili głowy przed boginią, ukrytą pod obrusem i krzyżem.
Roń zszedł ze stopni ołtarza i puścił się biegiem przez kościół, odtrącając na bok panią Blatter, policjanta i szaleńca.
- Nie wychodź! - ostrzegł go Ivanhoe. - Jest tuż pod kościołem.