- Nie ma o czym mówić...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Zanim jeszcze David skończył mówić, Cantor zerwał się z miejsca tak gwałtownie, że przewrócił krzesło, na którym przed chwilą siedział...
- nakaza³em mówiæ, albo który bêdzie przemawia³ w imieniu innych bogów, takiprorok poniesie œmieræ...
- - O panu też mogą mówić z ironicznym uśmiechem na twarzy - rzekłem...
- I znów garść analogii spoza literatury pięknej, fikcji: Powracający z wojska urlopnicy [...
- Cóż, von Halbach był teraz człowiekiem bardzo bogatym, a nazywał się Willi Max...
- Najgorsze ze wszystkiego jest oczywiście "ja", które jest prawie wszechobecne i prawie nieoporne, choć poprzez swe głębokie zakorzenienie nie do końca...
- - Więzienia!- Poczekaj chwilę...
- zobowiązania osób, które uległy capitis deminutio itd...
- - Zimno tu jak w lodówce - bąknął...
- Wpływy miast dochodziły do głosu także w innych dziedzinach aktywności finansowej...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Nie dziwię się, że chciał pan poznać Karlę. To błyskotliwa, piękna młoda kobieta. Pracuje na terenie wykopalisk Gerstle River Quarry sto kilometrów stąd. Znaleźliśmy tam rzeźbione siekacze mamuta. To było niezwykle ekscytujące odkrycie. Praca naukowa Karli o wykorzystywaniu mamutów przez myśliwych to jedno z najlepszych opracowań na ten temat, jakie czytałem. Wiem, że chętnie poznałaby kogoś, kto ma takie osiągnięcia naukowe jak pan.
Listy uwierzytelniające Schroedera pochodziły z punktu poligraficznego Kinko w Anchorage. Z wizytówek, które kazał sobie wydrukować, wynikało, że nazywa się Herman Kurtz i jest profesorem antropologii na Uniwersytecie Berlińskim. Nazwisko zapożyczył od enigmatycznego bohatera powieści Conrada Jądro ciemności.
Przez cały okres jego mrocznej kariery nie przestawała go zadziwiać siła oddziaływania słów na papierze, kiedy towarzyszy im pewność siebie.
Najtrudniejsze było udawanie austriackiego akcentu po latach mówienia
zachodnioamerykańskim angielskim.
- Znam to opracowanie - skłamał Schroeder. - Faktycznie, robi duże wrażenie.
Czytałem też artykuł przedstawiający jej teorię na temat wymarcia mamutów.
- To typowe dla Karli. Kiedy doszła do wniosku, że człowiek miał minimalny wpływ na ich wyginięcie, wysunęła tezę, że przyczyną był jakiś kataklizm. Wyobraża pan sobie, jakie to wywołało kontrowersje?
- Tak, to raczej niecodzienna teoria, ale podoba mi się odwaga panny Janos. Czy jej wyjazd w teren ma coś wspólnego z przedstawioną przez nią tezą?
- Jak najbardziej. Karla ma nadzieję znaleźć dowody na poparcie swojej teorii na odludnej syberyjskiej wyspie.
- Syberia jest daleko stąd. Jak można się tam dostać?
- Karla poleciała na Wyspę Wrangla, gdzie wsiadła na lodołamacz, który zabrał ją na Wyspy Nowosyberyjskie. Ten sam statek przypłynie po nią za dwa tygodnie. Kilka dni później Karla wróci do Fairbanks. Będzie pan jeszcze na Alasce?
- Niestety nie. Ale bardzo jej zazdroszczę tej przygody. Gdybym mógł, rzuciłbym natychmiast wszystko i poszedł w jej ślady.
Mumford wyciągnął się w fotelu, założył ręce za głowę i uśmiechnął się szeroko.
- Wyspa Kości Słoniowej to chyba nowe Cancun.
- Słucham? - zapytał Schroeder.
- Karla pracuje na Wyspie Kości Słoniowej. Wczoraj był u mnie facet z Discovery Channel. Przybył ze swoją ekipą na Alaskę, żeby zrobić reportaż o Mount McKinley.
Chyba słyszał o pracy Karli. Wydawał się bardzo zainteresowany, kiedy wspomniałem o Wyspie Kości Słoniowej. Powiedział, że się tam wybiorą. Dla kogoś z grubym portfelem nic nie jest przeszkodą.
- Jak się nazywa? - spytał Schroeder. - Może go znam. Dużo podróżuję.
- Hunter - odrzekł Mumford. - Scott Hunter. Wielki, muskularny facet. Schroeder się uśmiechnął. Facet kiepsko się maskował, skoro wybrał sobie fałszywe nazwisko oznaczające myśliwego.
- Nie przypominam sobie. Oczywiście uprzedził go pan, że trudno jest się dostać na Wyspę Kości Słoniowej?
- Wysłałem go na lotnisko, żeby porozmawiał z Joe Harperem. To pilot, który latał
kiedyś nad trudno dostępnymi terenami, a teraz prowadzi firmę lotniczą PoleStar Air.
Wożą do Rosji turystów poszukujących przygód.
Schroeder szybko dopił parzącą herbatę. Podziękował Mumfordowi za gościnność i pojechał swoim wypożyczonym samochodem na lotnisko w Fairbanks. Port lotniczy, usytuowany w pobliżu koła podbiegunowego, był dogodnym miejscem tankowania dla dużych samolotów transportowych, kursujących między Dalekim Wschodem i Ameryką.
Kiedy Schroeder parkował samochód, zobaczył startującego boeinga 747. Lotnisko było stosunkowo małe i musiał tylko raz zapytać o drogę, żeby znaleźć biuro PoleStar Air.
Recepcjonistka uśmiechnęła się do niego uprzejmie i poinformowała, że pan Harper będzie wolny, jak tylko skończy rozmawiać przez telefon. Harper zjawił się po kilku minutach. Wyglądał tak, jakby wybrano go do roli polarnego pilota na castingu. Był
szczupły, miał czujne spojrzenie, zaciśnięte usta, starannie przystrzyżoną brodę i potargane włosy, opadające na uszy. Nosił świeżo wyprasowaną koszulę, wpuszczoną w wytarte dżinsy. Najwyraźniej nie przestawił się jeszcze z latania na organizowanie wycieczek. Sprawiał wrażenie zawodowca, ale w oczach miał cień niepokoju. Nachylił
się do ucha recepcjonistki i szepnął coś o rachunku za paliwo. Potem zaprosił Schroedera do swojego gabinetu.
W pokoju ledwo mieściło się biurko z komputerem. Całą pozostałą przestrzeń zajmowały sterty dokumentów.
Harper zdawał sobie sprawę z nieporządku.
- Przepraszam za bałagan. PoleStar to na razie firma rodzinna i większość papierkowej roboty odwalam sam. Właściwie prawie wszystko robię tylko z pomocą żony w recepcji.
- Rozumiem, że lata pan od dawna - powiedział Schroeder. Harper się rozpromienił.
- Sprowadziłem się tu w osiemdziesiątym czwartym roku. Miałem Cessnę, latałem nią przez lata. Potem dorobiłem się kilku maszyn. Sprzedałem je i kupiłem ten mały odrzutowiec pasażerski, stojący na płycie. Niebieski, cały w gwiazdy. Bogaci klienci lubią latać szybko i komfortowo.
- Jak idzie interes?
- Firma radzi sobie całkiem dobrze. Czego nie mogę powiedzieć o sobie. - Harper wziął