- Zimno tu jak w lodówce - bąknął...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- –Łup jedno–bąknął niepewnie nieco Woldan z Osin–ale pono kto weźmie krzyż, grzechy będzie miał na pytel odpuszczone...
- Bogatsi pławili się w hulance, średniacy obierali jakiś zawód biorąc z rezygnacją biret lub szpadę, najbiedniejsi rzucali się w entuzjazm na zimno, w...
- Wiał silny wiatr i było zimno...
- trzymać się; pf...
- 187możemy przyjąć jako zasadę, że każdy kraj wymieniony wśród owych affines leżał na zewnątrz granic tego państwa, jako jego bok" (tatuś] Kierując się tą zasadą,...
- Bystrego
- 29 Usłyszawszy te słowa Mojżesz uciekł i zamieszkał jako cudzoziemiec w ziemi Madian, gdzie urodziło mu się dwóch synów...
- Zanim zdążył to przemyśleć, odepchnęli go wybiegający zza drzwi strażnicy...
- a oficjalnym Kościołem, reprezentującym Papiestwo, zaczęły zarysowywać się rozbieżności, które zczasem przekształciły się nawet w otwartą wrogość...
- O tym, która z kombinacji rozpatrywanych dóbr jest realna z punktu widzenia możliwości nabywczych konsumenta, decyduje tzw...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Przepraszam.
Autostopowicz podkręcił szybę. Leigh czekała w napięciu na ponowne pojawienie się niemiłej woni, ale nie czuła nic oprócz zapachu skóry, tapicerki i wody po goleniu Arniego.
- Proszę.
Podał jej hamburgera, frytki i małą colę. Sobie wziął Dużego Maca.
- Jeszcze raz piękne dzięki za podwiezienie - odezwał się z tylnego siedzenia nieznajomy. - Mogę wyskoczyć na rogu Kennedy Drive i Center Avenue, jeśli nie sprawi wam to różnicy.
- W porządku - odparł krótko Arnie i ruszył z miejsca. Śnieg sypał jeszcze obficiej niż do tej pory, a wiatr także wyraźnie przybrał na sile. Po raz pierwszy Leigh wyczuła, że Christine wpadła w niewielki poślizg szukając najpewniejszego toru jazdy na szerokiej, teraz niemal zupełnie pustej ulicy. Znajdowali się mniej niż kwadrans jazdy od domu.
Kiedy zapach znikł, Leigh poczuła, że natychmiast wrócił jej apetyt. Kilkoma kęsami zniszczyła pół hamburgera, popiła łykiem coli i czknęła cicho, zakrywając usta wierzchem dłoni. Po lewej stronie pojawił się pomnik ofiar wojny stojący na rogu John Kennedy Drive i Center Avenue; Arnie zjechał na bok naciskając pulsacyjnie pedał hamulca, by nie dopuścić do zablokowania kół.
- Życzę miłego weekendu - powiedział. Znowu zachowywał się niemal normalnie. Może po prostu był głodny, pomyślała z rozbawieniem Leigh.
- Nawzajem - odparł autostopowicz. - I Wesołych Świąt.
- Wesołych Świąt - powiedziała Leigh. Odgryzła kolejny kęs hamburgera, przeżuła, połknęła... i poczuła, jak zatrzymuje się jej w gardle. Nagle przekonała się, że nie może oddychać.
Autostopowicz właśnie wysiadał z samochodu. Odgłos otwieranych drzwi był bardzo donośny, a trzask, z jakim się zamknęły, przypominał łoskot zasuw w bankowym skarbcu. Wiatr świszczał jak fabryczny gwizdek.
(wiem że to głupie Arnie ale ja nie mogę nie mogę oddychać)
Usiłowała krzyknąć, że się dusi, lecz z jej gardła wydobył się jedynie słaby świszczący odgłos, który z całą pewnością nie przebił się przez zawodzenie wiatru. Sięgnęła ręką do szyi, nabrzmiałej i pulsującej. Jeszcze raz spróbowała krzyknąć. Nie miała czym, nie mogła
(Arnie nie mogę)
nabrać powietrza. Czuła w gardle ciepły knebel z mięsa i bułki. Chciała go wypluć, ale nie potrafiła tego zrobić. Światełka na tablicy przyrządów, jaskrawozielone, okrągłe,
(kot jak oczy kota dobry Boże nie mogę ODDYCHAĆ)
wpatrujące się w nią...
(Boże nie mogę ODDYCHAĆ nie mogę ODDYCHAĆ nie mogę)
Jej pierś zaczęła gwałtownie unosić się i opadać, usiłując zaczerpnąć powietrza. Knebel z mięsa i na pół przeżutej bułki nie chciał wyskoczyć z gardła. Wycie wiatru wypełniało cały świat, było głośniejsze niż wszystkie odgłosy, jakie słyszała do tej pory, Arnie zaś wreszcie odwracał się od autostopowicza, by na nią spojrzeć; odwracał się w zwolnionym tempie, oczy rozszerzały mu się w niemal komiczny sposób i nawet jego głos wydawał się zbyt donośny, jak grom, jak głos Zeusa przemawiającego do jakiegoś biednego śmiertelnika zza zasłony chmur:
- LEIGH... CO TY?... CO SIĘ STAŁO, DO DIABŁA?... ONA SIĘ DUSI!... BOŻE, ONA SIĘ DUSI!
Wyciągnął do niej ręce, nadal w zwolnionym tempie, a potem cofnął, sparaliżowany paniką,
(pomóż mi na litość boską zrób coś umieram o Boże duszę się zaraz umrę z hamburgerem McDonalda w gardle Arnie dlaczego nie chcesz mi POMÓC?)
ona zaś doskonale wiedziała, dlaczego cofnął ręce, ponieważ Christine nie życzyła sobie, żeby jej pomógł, postanowiła pozbyć się jej w ten sposób, pozbyć się drugiej kobiety, rywalki, a teraz światła na tablicy przyrządów naprawdę zamieniły się w oczy, wielkie, okrągłe i pozbawione uczuć oczy, obserwujące, jak dławi się na śmierć, oczy, które widziała przez coraz gęściejszą zasłonę czarnych punktów, wirujących i powiększających się, podczas kiedy
(mamo moja kochana mamo umieram a ONA PATRZY NA MNIE ONA ŻYJE ŻYJE ŻYJE OCH MAMO DOBRY BOŻE CHRISTINE ŻYJE)