Dotarli do poręczy nad urwiskiem...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Wyszedłem w deszcz i, zanim dotarłem do urzędu pocztowego, zmokłem do- kumentnie...
- - Mam to - dotarły do niej słowa Krisa i poczuła jak uwalnia jej dłoń...
- Pochód dotarł do mostu Notre Damę...
- Sowieci dotarli nad swój Rubikon...
- Podszedł do krawędzi urwiska i zerknął w dół...
- Gdy trafisz na słowo, którego nie rozumiesz, po prostu podkreśl je i czytaj dalej...
- Faulk poczuł dłoń drugiego instruktora na swoim ramieniu...
- - Obawiam się, iż żądasz za wiele...
- Położyłem dłonie na jego chudych ramionach...
- Narew, Rajgród, lub majÂące tylko liczbĂŞ mnogÂą, np...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Dzikie kwiaty tańczyły w podmuchach
wiatru z kanionu, który był Dezyderatą. Michele potrząsnęła krótkimi włosami i wyciągnęła rękę, mówiąc coś do Rolanda. Zdawało się, że jest autentycznie szczęśliwa. Case podążył wzrokiem za jej gestem: gładkie jeziora, białe błyski kasyn, turkusowe prostokąty tysiąca basenów i ciała pływaków jak maleńkie brą-
zowe hieroglify, wszystko przytrzymywane w łagodnej aproksymacji ciążenia na nieskończonej krzywiźnie powłoki Freeside.
Szli wzdłuż krawędzi do ozdobnego, żelaznego mostu, sięgającego łukiem po-
nad Dezyderatą. Michele pchnęła go lufą Walthera.
— Bez nerwów. Ledwie dziÅ› chodzÄ™.
Minęli jedną czwartą długości mostu, gdy uderzyła motolotnia. Elektryczny
silnik milczał do chwili, kiedy śmigło z włókien węglowych odrąbało czubek czaszki Pierre’a.
Na moment znaleźli się w cieniu maszyny. Case poczuł bryzgi gorącej krwi
na karku. Później ktoś go przewrócił. Przetoczył się, dostrzegł leżącą na plecach Michele. Uniosła kolana i mierzyła oburącz z Walthera. Niepotrzebny wysiłek, pomyślał z niezwykłą jasnością szoku. Próbowała zestrzelić motolotnię.
Potem biegł. Obejrzał się, gdy mijał pierwsze drzewo. Roland pędził za nim.
Dostrzegł, jak kruchy dwupłatowiec uderza o poręcz mostu, łamie się, koziołkuje i strąca dziewczynę w przepaść Dezyderaty.
Roland nie oglądał się. Twarz miał stężałą i bladą, wyszczerzone zęby. Trzy-mał coś w dłoni.
Automatyczny ogrodnik dopadł go, gdy przebiegał pod tym samym drzewem.
RunÄ…Å‚ spomiÄ™dzy przystrzyżonych gaÅ‚Ä™zi — mechaniczny krab w ukoÅ›ne, żółto-
-czarne pasy.
— ZabiÅ‚eÅ› ich. . . — dyszaÅ‚ Case. — Ty obÅ‚Ä…kany pierdolcu, zabiÅ‚eÅ› ich
wszystkich. . .
Rozdział 14
Mały wagonik pędził tunelem z prędkością osiemdziesięciu kilometrów na go-
dzinę. Case nie otwierał oczu. Prysznic pomógł, ale Case zwymiotował śniadanie, gdy spojrzał w dół i zobaczył spływającą po białych kafelkach krew Pierre’a.
Wrzeciono zwężało się i malała grawitacja. Żołądek podchodził Case’owi do
gardła.
Aerol ze swym skuterem czekał przy doku,
— Case, chÅ‚opie, jest problem. — MiÄ™kki gÅ‚os rozbrzmiewaÅ‚ cicho w sÅ‚uchaw-
kach. Case przesunął brodą dźwignię głośności i spojrzał w lexanową płytę hełmu Aerola.
— MuszÄ™ siÄ™ dostać na Garveya.
— Jasne. Wspinaj siÄ™, chÅ‚opie. Ale Garvey schwytany. Jacht, ten, co wcze-
śniej. Wrócił. Teraz mierzy twardo w Marcusa Garveya.
Turing?
— Ten, co wczeÅ›niej? — Case usiadÅ‚ na ramie skutera i zaczÄ…Å‚ dopinać pasy.
— JapoÅ„ski jacht. PrzywiózÅ‚ twojÄ… paczkÄ™.
Armitage.
Widok Marcusa Garveya przywoływał niewyraźne obrazy komarów i pają-
ków. Mały holownik tulił się do szarej piersi pięć razy dłuższego, smukłego, owa-dopodobnego statku. Na tle połatanego pancerza Garveya ramiona chwytników odbijały się z niezwykłą wyrazistością próżni i nagiego słońca. Jasny falisty trap sięgał od jachtu, skręcał, by ominąć silniki, i zakrywał śluzę rufową. Było coś ob-scenicznego w tym układzie, lecz budziło skojarzenia raczej z pożywieniem niż z seksem.
— Co z Maelcumem?
— Maelcum Å›wietnie. Nikt nie przyszedÅ‚ tÄ… rurÄ…. Pilot jachtu z nim gadaÅ‚,
powiedział: spokojnie.
Gdy mijali szary statek, Case dostrzegł nazwę: HANIWA wymalowaną ostry-
mi, białymi literami pod owalnym gąszczem japońskich znaków.
— To mi siÄ™ wcale nie podoba. MyÅ›laÅ‚em, że może pora zabrać stÄ…d tyÅ‚ki.
130
— Maelcum myÅ›laÅ‚ dokÅ‚adnie to samo, chÅ‚opie. Ale Garvey daleko tak nie poleci.
Kiedy Case wszedł przez luk dziobowy i zdjął hełm, Maelcum mówił coś
swoją prawie niezrozumiałą gwarą.
— Aerol wróciÅ‚ na Rockera — poinformowaÅ‚ Case.
Maelcum skinął głową, nadal szepcąc do mikrofonu.
Case przeciągnął się nad dryfującymi włosami pilota i zaczął ściągać skafander. Maelcum nie otwierał oczu; marszcząc czoło, słuchał odpowiedzi. Na uszach miał słuchawki w jasnopomarańczowej gąbce. Nosił obszarpane dżinsy i nylonową kurtkę z oderwanymi rękawami. Case wrzucił do magazynka czerwony kom-
binezon Sanyo i zapiął uprząż antyprzeciążeniową.
— Sprawdź, chÅ‚opie, czego chce twój duch — powiedziaÅ‚ Maelcum. — Kom-
puter ciÄ…gle o ciebie pyta.
— A kto jest w tamtej maszynie?
— PrzyszedÅ‚ jakiÅ› japoÅ„ski mÅ‚odziak. Teraz doleciaÅ‚ twój pan Armitage.
Z Freeside.
Case założył trody i włączył się.
— Dixie?