Wyszedłem w deszcz i, zanim dotarłem do urzędu pocztowego, zmokłem do- kumentnie...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Przez cały dzień odpoczywał po ostatniej misji, zanim wezwano go już nie do małego gabinetu kapitana Dumery'ego, ale na spotkanie z samym generałem Gorem...
- Zanim ktokolwiek zdążył coś powiedzieć, w wieży nad nimi zadzwonił dzwon; brzmiał przeraźliwie głośno i nisko - jak żaden inny, które słyszała Miriamele...
- Nieraz musiała przystawać po drodze dla otarcia potu z zabrudzonej twarzy i nabrania tchu, zanim doszła do swojego mieszkania, położonego w najbrudniejszej i...
- Islena przyłapywała się na coraz większym poleganiu na żonie Baraka i nie potrwało długo, zanim obie, jedna ubrana na zielono, a druga odziana w...
- Zanim jeszcze David skończył mówić, Cantor zerwał się z miejsca tak gwałtownie, że przewrócił krzesło, na którym przed chwilą siedział...
- Przed trzema laty, w wieku trzydziestu trzech lat, zanim zupełnie wypaliłem się jako psycholog, uciekłem na wcześniejszą emeryturę...
- Tylko jedn powan obiekcj mona wysun przeciwko tej teorii i sam j wysun, zanim uczyni to kto inny...
- wytłumaczyć przywódczyni Daali, co tam naprawdę zaszło, i muszę to zrobić szybko, zanim sama wyciągnie pochopne wnioski...
- - Reszta może uciekać, zanim doliczę do dziesięciu - rzekł, znacząco wywijając dwoma tasakami...
- Meggie wykręciła się z osłabłego uścisku księdza Ralpha i czmychnęła z namiotu, zanim zdołał ją złapać...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Był w tym jakiś nieokreślony spokój duchowy. Chociaż zwykle kpi-
łem z wszelkich nieporadnie rozniecanych wzniosłych nastrojów, rad powitałem teraz taki spokój.
CZ ˛
E Ś ´
C II
MISTERIA
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Sobota była dniem premiery, pierwszego przedstawienia misteriów. Po całej
dobie deszczu dzień wstał w bladym blasku słońca. O godzinie szóstej rano za-częły się dwie msze: jedna w kościele, a druga w amfiteatrze. Prawie każdy we Friedheim poszedł na jedną z nich. Ja wtedy jadłem w hotelu śniadanie. Kilku korespondentów, którzy przyjechali w piątek, jadło śniadanie także. Nie znałem ich i nie interesowałem się nimi. O tak wczesnej porze nie interesowałem się nawet samym sobą.
Przez cały piątek lało jak z cebra i hulał poświstując wiatr. Korespondenci
z wszystkich stron Niemiec i z Francji, Belgii, Holandii i Włoch przyjeżdżali zmoknięci i skwaszeni. Ta sobotnia premiera była przede wszystkim dla prasy, dopiero w poniedziałek miały się rozpocząć przedstawienia dla szerokiej publiczności, ściągającej zewsząd, jeżeli szczęście jej dopisze, już przy pięknej pogodzie.
W miasteczku od rana w sobotę panował nastrój napięcia. Nawet ja, bardzo przecież oporny, odczuwałem to ogólne naelektryzowanie. Dzwony kościelne zaczęły bić o szóstej, obwieszczając początek mszy, i ku mojemu zdumieniu biły radośnie.
Spodziewałem się poważnej, nawet posępnej tonacji, a nie tej wesołej nuty.
Usłyszałem je znowu o godzinie siódmej, nadal bijące żywo. Nie chciałem pa-
trzeć, jak tłumy po mszy przyjdą na śniadanie, wyszedłem więc zawczasu. Skierowałem się bez żadnego powodu na cmentarzysko zarazy i zamyśliłem się nad
kobietą, która w tym właśnie miejscu umarła jako czarownica. Potem od razu
ruszyłem do amfiteatru zadowolony, że jeszcze tam jest pusto i mogę spokojnie ocenić jego ogrom.
— Gdyby nie to, że pan z prasy — powiedział pełen namaszczenia bileter —
wpuściłbym pana dopiero na pół godziny przed początkiem.
— Wolność prasy to szczęście i chwała każdego państwa — powiedziałem
z takim samym namaszczeniem.
Facet zamrugał patrząc na mnie i miałem nadzieję, że będzie przetrawiał tę
sentencję przez cały poranek. Obejrzałem amfiteatr, konstrukcję drewnianą, co raczej nie zaprawiało optymizmem dumań o ewentualności pożaru. Amfiteatr we
Friedheim może pomieścić, jak przeczytałem w przewodniku, trzy tysiące osób.
66
Czyli jest tylko o połowę mniejszy od amfiteatru w Oberammergau i chyba —
pomyślałem — zaprojektowany zbyt ufnie.
Joan Terrill przyszła, kiedy zaczynano powoli się schodzić. Przyszła podnie-
cona i to, że ma miejsce obok mnie, wcale jej nie zaskoczyło. Ten żartowniś z informacji najwidoczniej pochwalił się przed nią, jaki jest mądry, skoro odkrył, że przyjechało dwoje Amerykanów, i zadecydował, że powinni oni siedzieć razem.
— Nie był pan na mszy — powiedziała.
— Nie byłem. Przypuszczała pani, że będę?
— Owszem. Dużo pan stracił. To było wspaniałe przygotowanie do misteriów.
— Ja jestem przygotowany.
Odwróciła wzrok ode mnie, patrząc na powoli zapełniające się miejsca poni-
żej nas. Siedzieliśmy wysoko pośrodku. Nasza kondygnacja była bezsprzecznie
najlepsza.
Coś w tej dziewczynie, nawet kiedy życzliwie rozmawiała ze mną, prowoko-
wało mnie do gburowatości. Wprost idiotyczne.
— Cieszę się, że dostałem to miejsce i że pani tu siedzi przy mnie — powie-
działem.
Dziewczyna zerknęła w moją stronę i odwróciła wzrok.
— Naprawdę?
— Tak.
— Mnie to bardzo ułatwia wszystko. Szalenie się ucieszyłam, kiedy on mi
powiedział o tych miejscach. Nie cierpię patrzeć na przedstawienia sama, a jakoś nie potrafię rozmawiać z nieznajomymi. — Wykonała prawą ręką dziwny gest. —
Oczywiście, pan właściwie jest nieznajomy, ale był pan tak miły robiąc te szkice dla mnie. No, nie uważam pana za nieznajomego.
Wzruszyłem ramionami.
— Więcej tu ludzi, niż myślałem. Zapełnią cały amfiteatr.
Roześmiała się cicho.
— Pan nie lubi podziękowań, prawda? Ani pochwał? Ciekawe. Ja też nie lu-
bię. Jest mnóstwo ludzi, bo na tę premierę prasową dostały bilety rodziny tych, którzy grają, i wszystkich innych, którzy mają z misteriami cokolwiek do czynienia. Misteria bardziej obchodzą miasteczko niż prasę.
— Tego nie wiedziałem.
Znowu Joan Terrill wyprzedziła mnie w odrabianiu swoich lekcji. Jej oczywi-
ście nie nawiedzał duch Bonifacego Rohlmanna; jednakże powinienem był spisać się lepiej.
W słoneczność dnia wtargnęła myśl o Rohlmannie. Muszę posłużyć się tą
dziewczyną, żeby zdobyć bodaj trochę informacji o nim. Ale nie chciałem jej
o to prosić. Z pewnością nawet nie wypadało zawracać jej tym głowy w czasie ze wszech miar ważnych dla niej misteriów.
67
Dyrygent orkiestry wszedł skromnie nie kłaniając się i nagle zaległa cisza. Na znak jego batuty orkiestra zaczęła grać. To była przyjemna muzyka, równie weso-
ła jak przedtem kościelne dzwony, ale przeplatana jakąś złowróżbną nutą. Przed kurtyną, pląsając posuwiście, śpiewały anioły. Kurtyna podniosła się powoli.
My na widowni mieliśmy dach nad głowami: nad sceną żadnego dachu nie