Pochód dotarł do mostu Notre Damę...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- — Ale musisz przyznać, że naprawdę pochodzi z innej planety — dokończyła Trillian, pojawiając się w polu widzenia z drugiej strony mostka...
- Szczegowa relacja o ostatnich godzinach Hitlera w bunkrze w dniu 30 kwietnia 1945 roku pochodzi od jego kierowcy Ericha Kempki...
- • Propozycja Liddy'ego była bardzo kosztowna - wymagała 250 tysięcy dola rów w gotówce, o niemożliwym do wyśledzenia pochodzeniu...
- stych obliczach, w wieńcu promieni; ludzie pochodzący z Sychem nie wzięli do ust turkawek przez wzgląd na gołębicę Azyma...
- Lecz nagle przy krypcie zapalono kilka smolnych pochodni, które ułożono w mały stos...
- le duy, by wchon znaczny kapita pochodzcy ze skadek i przy-nie zysk wyszy od inflacji...
- kura był pijak albo wariat, a nade wszystko człowiek obcego pochodzenia...
- tylko „Siostrzeńca Rameau” Diderota i rozprawę „O pochodzeniu nierówności między ludźmi” Rousseau...
- Prawdziwe nazwisko Rolanda brzmiało Forchin, było pochodzenia francuskiego...
- powietrzu pochodnie...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
III
Synowie króla
Smakowity zapach rozgrzanego masła, mąki i miodu unosił się nad plecioną tacą.- Gorące placki, gorące! Dla wszystkich nie starczy! Chodźcie, zacni mieszczanie! Zajadajcie! Gorące placki! - wołał handlarz, uwijając się koło stojącego na świeżym powietrzu pieca.Robił wszystko naraz, wałkował ciasto, wyciągał z ognia upieczone placki, wydawał pieniądze, pilnował, aby wyrostki nie ściągały ciastek.- Gorące placki!Tak był zajęty, że nie zauważył klienta, który białą ręką wsunął miedziaka, płacąc za złocisty, chrupiący, zwinięty w rożek naleśnik. Ujrzał tylko, jak ta sama ręka odkłada rożek z odgryzionym jednym kęskiem.- Patrzcie, jaki delikacik - rzekł, podsycając ogień.- Daje się takim czystą pszeniczkę i masełko z Yaugirard...Nagle wyprostował się, otworzył usta i ostatnie słowa utkwiły mu w gardle na widok klienta, do którego przemawiał. Ten bardzo wysoki mężczyzna o bladych i ogromnych oczach, odziany w białą opończę i pół długą tunikę...Nim handlarz zdążył zgiąć się w ukłonie lub wyjąkać przeprosiny, człowiek w białej opończy już się oddalił, więc z bezwładnie zwisającymi rękami, nie bacząc, że przypala się blacha pełna placków, patrzył, jak tamten znika w tłumie.Zdaniem podróżnych, którzy zwiedzili Afrykę i Wschód, handlowe ulice Cite przypominały bardzo bazary miast arabskich. To samo mrowie ludzi, takie same przytulone do siebie malutkie kramiki, te same zapachy smażonego tłuszczu, korzeni i skóry i ten sam powolny krok kupujących, który tamował przejście osłom i tragarzom. Każda ulica, każdy zaułek miały swoją specjalność, swoje odrębne rzemiosło: tu tkacze, których warsztaty stały na tyłach sklepików, tam szewcy stukali w żelazne kopyta, trochę dalej siodlarze ciągnęli dratwę po szydle, a jeszcze dalej stolarze wytaczali nóżki do stołków.Była ulica Ptasia, ulica Zielarska i Warzywna, ulica Kowalska, rozbrzmiewająca stukiem kowadeł. Złotnicy pracowali przy swych tygielkach na nadbrzeżu, które nosiło ich imię. Pomiędzy domami i lepiankami o nachylonych ku sobie dachach widać było wąskie pasma nieba. Ziemię pokrywało cuchnące błoto, z którego ludzie zależnie od stanu wyciągali bose nogi, drewniaki lub skórzane trzewiki.Wysoki mężczyzna w białej opończy powoli posuwał się naprzód w ciżbie, z rękami założonymi do tyłu, jakby nieświadom, że go potrącają. Wielu przechodniów zresztą ustępowało mu z drogi i witało ukłonem. Odpowiadał lekkim skinieniem głowy. Miał postawę atlety; rudoblond lśniące włosy, na końcach zwinięte w loki, spadały mu prawie na kołnierz, okalając twarz o regularnych, rzadkiej piękności rysach.Trzech królewskich sierżantów w niebieskiej odzieży, trzymając pod pachą kije zakończone kwiatem lilii, postępowało w pewnej odległości za tym przechodniem, nie tracąc go nigdy z oczu, zatrzymując się, kiedy przystawał, i ruszając w ślad za nim[8].Nagle młody człowiek w bogato szamerowanym, wciętym w pasie kaftanie, pociągnięty przez trzy wielkie charty, które prowadził na smyczy, wypadł z uliczki i zderzając się z przechodniem omal go nie obalił. Charty splątały się, zaczęły szczekać.
- Ależ uważajcie, dokąd idziecie! -wykrzyknął młodzieniec z wyraźnym włoskim akcentem. - Mały włos, a wpadlibyście na moje psy. Cieszyłbym się, gdyby was pogryzły.