ciê¿si ni¿ przeciêtni doroœli ludzie...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- PO NEAPOLITAÑSKU (inaczej)30 dag m¹ki, 0,5 dag dro¿d¿y, 2 ³y¿ki oliwy, 4 pomidory, 2 ³y¿ki przecieru pomidorowego, 2 z¹bki czosnku, 4 filety anchois (kore-czki...
- Sytuacje przeciwnie zró¿nicowane polegaj¹ na tym, ¿e jednostka jest za jedn¹ ze swych cech akceptowana przez jedn¹ osobê, a za inn¹ cechê odrzucana przez drug¹...
- Nie mogłem pojąć, jak to się stało, gdy nagle z przeciwnej strony wypadł na mnie mój ordynans i zasypawszy mnie gradem płynących z serca powinszowań wyłożył mi...
- w swej głowie wymalował, iż potym sztychując ono z rzeczą prawdziwą a widomą, chocia sama w sobie onad rzecz była dziwnie osobna, jednak przeciwko onej...
- - Na fajki gracie? Kurcze, to już hazard! Szef jak się dowie to nas zjebie!- No co ty! Wiesz, przecież pooddajemy sobie te fajki na końcu...
- jako zakładnik, wszedł do miasta i postanowił go wykraść i zbiec do Judei; następnie korzystając z tego, że Kasjusz musiał spiesznie podążać przeciwko...
- mo to, kiedy w stoczniach Contruuma instalowano te urządzenia, mało kto pokładał w Ze skwierczeniem przecięły warstwy atmosfery, unicestwiły wszystko na swojej...
- Kommodus odby³ drogê z m³odzieñczym poœpiechem, przeci¹ga³ szybkoprzez miasta, które le¿a³y po drodze, przyjmowany wszêdzie po cesarsku,a gdy siê zjawi³...
- pozostali ze zburzonymi umysłami, z krwią zaognioną, z na pół w ustach przeciętymi wyrzuty wzajemnymi, które gdzie indziej wysypać się miały...
- kończył obrót o sto osiemdziesiąt stopni, ustawiając okręt ekranami ku przeciwnikowi i kontynuując ostry skręt w lewo...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Widz¹c jego wahanie, Han doda³:
– Proszê siê nie obawiaæ, wytrzyma nawet tysi¹c razy wiêk-
szy ciê¿ar.
– A co z moimi towarzyszami? – Hral Piksoar kiwn¹³ g³ow¹
w stronê dwóch rannych ¿o³nierzy.
– ¯artuje pan, sier¿ancie? – odezwa³ siê wy¿szy, usi³uj¹c
usi¹œæ. – Je¿eli mam wybieraæ miêdzy tymi parszywymi Gop-
so’ami a pleœniami, chyba nie w¹tpi pan, ¿e zaryzykujê. Na szczê-
œcie zosta³a mi jeszcze jedna sprawna macka.
Niezgrabni Drovianie nie zaliczali siê do najlepszych akro-
batów. Mimo to zwalili na wielki stos po³amane deski, p³yty wy-
rwanych drzwi i szcz¹tki mebli, wyniesionych z pobliskiego bu-
dynku; z mieszkania, którego okna wychodzi³y na ulicê. Zanim
pierwszy ranny ¿o³nierz wspi¹³ siê na stos, Han poda³ mu ciê-
¿arek, przymocowany do drugiego koñca linki. Drovianin, który
226
bez wahania powierzy³ ciê¿ar cia³a niepewnemu œrodkowi transportu, poszybowa³ ³ukiem w powietrzu i wyl¹dowa³ na balkonie,
sk¹d zeskoczy³ i dobieg³ do drewnianej k³adki. Nie mia³ ¿adnych
trudnoœci z odrzuceniem obci¹¿onego koñca linki nastêpnemu ¿o³-
nierzowi, poniewa¿ macki Drovian dysponowa³y si³¹ hydrau-
licznych t³oków, a wyj¹tkowo czu³e zmys³y pozwala³y istotom na
dok³adne celowanie. Jako ostatni postanowili opuœciæ posterunek
Han i doktor Oolos, którzy zamierzali a¿ do koñca raziæ ogniem
nacieraj¹cych Gopso’ów. W tym czasie napastnicy, kryj¹c siê za
wszelkimi mo¿liwymi os³onami, coraz bardziej siê zbli¿ali. Za-
sypywali obroñców b³yskawicami laserowych strza³ów, oddawa-
nych zarówno z poziomu ulicy, jak i balkonów ró¿nych miesz-
kañ, zajmuj¹cych wy¿sze piêtra. Han uœwiadamia³ sobie, ¿e inni
Gopso’owie, pokonuj¹c labiryny w¹skich uliczek, staraj¹ siê od-
ci¹æ drogê ucieczki grupie ¿o³nierzy dowodzonych przez sier¿an-
ta Hrala Piksoara. Wiedzia³ tak¿e, ¿e z ka¿d¹ chwil¹ warstwa ple-
œni i grzybów staje siê coraz grubsza i trudniejsza do powstrzyma-
nia albo zawrócenia z drogi. Od pierwszych chwil, kiedy oddzia³
star³ siê z Gopso’ami, na ka¿d¹ proœbê o przys³anie posi³ków, jak¹
wysy³a³ dowódca, s³ysza³ w odpowiedzi: „Przyœlemy, kiedy bê-
dziemy mogli”. Han rozumia³, ¿e by³o to grzecznym eufemizmem,
oznaczaj¹cym: „Jesteœcie zdani na w³asne si³y, ch³opaki”.
Jakaœ zab³¹kana laserowa b³yskawica trafi³a w œcianê nad jego
g³ow¹, a odpryœniête gor¹ce kawa³ki ska³y rozciê³y mu skórê na
twarzy. Han wymierzy³ lufê blastera w miejsce, z którego strze-
lano. Przycisn¹³ kilka razy guzik spustowy, ale nie wiedzia³, czy
kogoœ trafi³. Z balkonu, sk¹d trysnê³a œwietliste smuga, nie spad³o
na ulicê cia³o strzelca; mimo to nikt nie odpowiedzia³ ogniem na
jego strza³y. W pewnej chwili stoj¹cy za jego plecami doktor Oolos
krzykn¹³:
– Solo!
Ostatni Drovianin przedosta³ siê na drugi brzeg kana³u. Ca³¹
przestrzeñ ulicy pokrywa³a teraz gruba warstwa pleœni, powoli
pe³zn¹cych coraz dalej. Unosi³y siê nad ni¹ opary ¿r¹cych tra-
wiennych kwasów i chmury gryz¹cego dymu. Wydobywa³y siê
z miejsc, w które trafiali Drovianie, próbuj¹cy zmusiæ grzyby do
odwrotu.
– Poradzisz sobie? – krzykn¹³ Han, zwracaj¹c siê do Ho’Dina.
Przypomnia³ sobie, ¿e lekarz zg³osi³ siê jako ochotnik, który
odprowadzi go na l¹dowisko. Ju¿ wczeœniej podejrzewa³, ¿e kie-
227
dy droviañscy ¿o³nierze zostan¹ zaatakowani, zostawi¹ go, zda-nego na ³askê losu. Czu³by siê teraz bardzo g³upio, gdyby lekarz
wypuœci³ linê i zgin¹³, strawiony przez miêso¿erne grzyby.
Doktor Oolos jeszcze raz strzeli³ w kolonie pleœni, które znaj-
dowa³y siê teraz niespe³na pó³ metra od czubków jego butów. Pew-
nie uchwyci³ obci¹¿ony koniec linki, który rzucili mu Drovianie.
Wspi¹³ siê na stos strzaskanych desek i po³amanych mebli.
– Nie widzê innego wyjœcia – odpowiedzia³.
– Têdy! – upiera³ siê Threepio. Na chwilê przystan¹³ w po-
bli¿u wylotu jednej z zaniedbanych, nie wybrukowanych alejek,
jakie dochodzi³y do kana³u miêdzy mostkiem, na którym rozstali
siê z Yarbolkiem, a miejscem, gdzie Han Solo i jego grupa zni-
knêli za rogiem domu. – S³yszê odg³osy strza³ów!
Artoo nie odpowiedzia³. Wprawdzie móg³by zwróciæ uwagê
na to, ¿e odg³osy tocz¹cych siê walk – przenikliwe gwizdy blaste-
rowych strza³ów, niemo¿liwe do pomylenia z czymkolwiek innym
pomruki kartaczownic typu Caspel, a tak¿e dŸwiêczne ryki jono-
wych dzia³ek i blasterowych karabinów – dobiega³y z ró¿nych
punktów dzielnicy, ale tego nie uczyni³. Skrêci³ pod k¹tem dzie-
wiêædziesiêciu stopni i okazuj¹c niezwyk³¹ pewnoœæ siebie, poto-
czy³ siê przez niewielki, grz¹ski b³otnisty placyk.
– Artoo, nie b¹dŸ œmieszny! – krzykn¹³ w œlad za nim powa¿-
nie zaniepokojony z³ocisty android. – O rety. Obawiam siê, ¿e te
obwody, których nie zdo³aliœmy od³¹czyæ, kiedy przebywaliœmy
na pok³adzie „Radoœci Sabaka”, zupe³nie zak³óci³y funkcjo-
nowanie jego systemów kierunkowych! Pod¹¿aj¹c t¹ alejk¹, nie
dojdziemy nawet w pobli¿e miejsca, gdzie po raz ostatni ujrzeli-
Âœmy kapitana Solo!
Mimo to puœci³ siê œladami zdecydowanego na wszystko astro-
nawigacyjnego robota. Zapewne uœwiadamia³ sobie, ¿e nie dyspo-
nuj¹c wystarczaj¹cymi informacjami, nie zdo³a samemu pospie-
szyæ jej ekscelencji na ratunek. A zatem, nie zwa¿aj¹c na to, czy
Artoo zechce go us³uchaæ, czy te¿ nie, musia³ dostarczyæ ba-
ry³kowatego przyjaciela, ca³ego i sprawnego, kapitanowi Solo.
Ku swojemu bezgraniczemu zdumieniu stwierdzi³ jednak, ¿e
kiedy skrêcili za róg najbli¿szego domu, zobaczyli Hana, wyso-
kiego Ho’Dina i grupê droviañskich ¿o³nierzy, biegn¹cych przez
przerzucon¹ nad kana³em drewnian¹ k³adkê. Ujrzeli tak¿e o wie-
228
le liczniejszy oddzia³ Gopso’ów, którzy nieskutecznie ostrzeliwali ich z przeciwleg³ego brzegu, nie mog¹c przejœæ w¹sk¹ uliczk¹ za-blokowan¹ przez pokryte œluzem agresywne pomarañczowe i ¿ó³te
grzyby albo pleœnie. Z tej odleg³oœci wygl¹da³y jak siêgaj¹ca po
kolana i zajmuj¹ca ca³¹ szerokoœæ zau³ka rzeka œluzu.
Niestety, Artoo wy³oni³ siê z labiryntu w¹ziutkich uliczek kil-
kanaœcie metrów za daleko, tak ¿e miêdzy automatami a ucie-
kaj¹cymi Droviananmi znaleŸli siê Gopso’owie, rzeka galarety
i kana³ wype³niony cuchn¹c¹ wod¹. Usi³uj¹c przekrzyczeæ ka-
nonadê blasterowych strza³ów, Threepio zawo³a³:
– Kapitanie Solo! Kapitanie Solo!
Modulatory dŸwiêków, umieszczone we wnêtrzu ka¿dego
protokolarnego androida, nie pozwala³y na mówienie podniesio-
nym tonem, wskutek czego g³os Threepia nie zdo³a³ przebiæ siê