Ale Jasnienkę o zmroku znowu zaprowadzono do wieży...
Serwis znalezionych haseĹOdnoĹniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby siÄ tonÄĹo, jak gdyby grzebano ciÄ w ziemi.
- WysunÄ wszy delikatnie ramiÄ spod gĹowy Clare, wstaĹ z Ĺóşka, krzywiÄ c siÄ z bĂłlu, gdyĹź skaleczenia i rany, ktĂłre przez noc trochÄ przyschĹy, znowu siÄ...
- W TEJ WIEĹťY ZMARĹ WILFRED MANCROFT- ANSTEY27 PAĹšDZIERNIKA 1887 ROKU W WIEKU 69 LATCONCEPTIO CULPA NASCI PENA LABOR VITANECESSI MORIADAM Z ST...
- Zanim ktokolwiek zdÄ ĹźyĹ coĹ powiedzieÄ, w wieĹźy nad nimi zadzwoniĹ dzwon; brzmiaĹ przeraĹşliwie gĹoĹno i nisko - jak Ĺźaden inny, ktĂłre sĹyszaĹa Miriamele...
- to znaÄ jaĹnie, iĹź czynili te rzeczy, ktĂłre doskonaĹemu dworzaninowi naleĹźÄ ; jeden ÄwiczÄ c Aleksandra Wielkiego, a drugi krĂłle sycylijskie...
- - Niech ĹźrÄ gips i srajÄ ikrÄ Ĺososia!!! ***Roman, siedzÄ c na ruinach wieĹźy poniemieckiego stanowiska dowodzenia, prĂłbowaĹ rozkoszowaÄ...
- Shingo poczuĹ ciepĹo pĹynÄ ce aĹź do powiek, a Ĺwiat za oknem nagle wydaĹ mu siÄ jaĹniejszy...
- Z o f i a JeĹźeli siÄ JaĹnie pani czuje niedobrze, to moĹźna sprosiÄ goĹci...
- - Cholera, zaraz chyba pÄknie mu serce - Denny znowu klÄczaĹprzy chĹopcu...
- przypuszczaÄ, Ĺźe ta kobieta przypomni mnie sobie, Ĺźe zjawi siÄ znowu na mojej drodze?...
- Dain czekaĹ, aĹź Ĺoskot grzmotu przebrzmi w dalekim pomruku, po czym ozwaĹ siÄ znowu...
Smutek to uczucie, jak gdyby siÄ tonÄĹo, jak gdyby grzebano ciÄ w ziemi.
Na podłodze obok pryczy postawili jej miskę z przesolonym jedzeniem, a obok dzbanek z wywarem zapomnienia. Czarow-wnica liczyła na to, że wygłodniała dziewka nie wytrzyma i naje się jadła, a kiedy jš sól zacznie palić, do dna wypije napar z dzbanka, który jej postawiła zamiast wody...
Dziwnym trafem Janienka tego wieczora nie czuła ani głodu, ani pragnienia. Ledwo siepacze zaparli drzwi, obuła swoje czerwone pantofelki, usiadła na skraju drewnianej pryczy, objęła rękoma kolana i z otwartymi oczyma niła o tym, jak to będzie pięknie, gdy znowu pospólnie z Jurš będš żyć na wolnoci. A myszki gryzulki? I o nich chwilami mylała, ale na ich pomoc przecież nie mogła liczyć. Gdy zapadła zupełna ciemnoć, wycišgnęła z kryjówki krzesiwo i tak jak wczoraj zapaliła resztkę łojówki i postawiła jš na brzegu okna.
Jeszcze nie zdšżyła nawet przysišć na pryczy, już pod okienkiem usłyszała szum cichych skrzydeł. Zaczęło jej walić serduszko to na pewno Jura! Ale szum był coraz większy i większy, a Jury ani słychul Na Janience cierpła skóra, co to może znaczyć, takie dziwne skrzeczenie, ksykanie i płaczliwe skomlenie, które bez ustanku razem z szumem skrzydeł słyszy nad głowš? Jej, mówiła do siebie w chwili bojażni, lepiej, żeby Jura dzi nie przylatywał, bo uniknšłby przynajmniej tych strachów nasłanych przez czarownicę.
Tymczasem Jura spał pod czarnym bzem jak zabity. Dopiero po zmroku, gdy padła na ziemię rosa i zwilżyła mu twarz, ocknšł się z głębokiego snu. Obwišzał się wokół pasa łyko-
147
wym powrósłem, zarzucił na plecy swój szewski tłumok, przypišł do ramion skrzydła, a jeszcze na wszelki wypadek wzišł w garć szewski młotek, ostrzejszy od sztyletu. Rozejrzał się wród gwiazd i nieomylnie wzbił się ponad wierki.
Kierunek był dobry, już po godzinie lotu natrafił na pierwsze strzępy mgły, wróżyły bliskoć zamku czarownicy. I choć mgła była dzisiaj w dwójnasób gęsta, a noc wyjštkowo ciemna, dotarł niebawem do warownych murów. Zakołował nad zamkiem i dostrzegł cieniutkie wiatełko w więziennej wieży. Za jednym zamachem skrzydeł był przy okienku, złapał się gzymsu i zawołał:
Janienko! Serce moje!
A tu jak grom z jasnego nieba podniósł mu się nad głowš straszny harmider i w jednej chwili był otoczony rozwcieczonymi, dzikimi stworami, pierzastymi i uszastymi, które go szarpały szponami i dziobami i tłukły po głowie twardymi skrzydłami. Jura się zachwiał w powietrzu, osunšł parę metrów w dół, ale piorunem znów zamachał skrzydłami, żeby nie rozbić się o ziemię.
Wzleciał na krawęd dachu i swoim młotkiem zabił parę bestii. Czuł jednak, że w tej nierównej walce musi ponieć klęskę. Zebrał w sobie wszystkie siły, wysforował się jeszcze wyżej, przebił się przez gromadę sów na wierzchołek wieży i łykowym powrósłem przywišzał się do blaszanego kurka. Dzięki temu miał wolne obie ręce. Z młotkiem w lewej dłoni i z ostrym szydłem w prawej kłuł i dgał na wszystkie strony bez litoci.
Ale nocni drapieżnicy spadli na niego całš chmarš i na miejsce jednego porażonego zjawiało się pięcioro innych. Szpony puchaczy, ostre jak żelazne haki, rwały mu przyodziewek cal po calu i dobierały się już do ciała. Bluzę miał w strzępach, koszula przesiškała broczšcš krwiš, ręce całe były podziobane. Tracił już przytomnoć, powieki same mu się kleiły, kolana uginały.
Bim, bi-rim, biri-lim! usłyszał nagle osobliwe cieniu-sieńkie brzdęknięcie. Co tak dwięknęło? Czy mu się tylko wydawało? Co to za złudzenie? Oprzytomniał, otworzył oczy nai-
148
szerzej, jak mógł i ujrzał, że to dwięczy wiecšcy złoty drucik, który toczy się po dachu wieży. Włos Słonecznej Pani!
Który z tych rozsierdzonych puchaczy urwał Jurze kieszeń przy bluzie, gdzie był schowany ten drogocenny podarunek. I oto wiecšcy włosek się staczał, aż stoczył się poza krawęd dachu. Zanim Jura nabrał tchu, brzęknšł po raz drugi i to dużo głoniej, uderzajšc z góry o kocie łby dziedzińca. Biada, biada, czyż teraz, w rodku nocy, może Słoneczna Pani usłyszeć to dwięknięcie? Jura umiechnšł się cierpko, przekonany, że już ze wszystkim koniec...
Ale starszłiwa ciemnoć nad głowš Jury nagle się rozerwała i przez rzednšce mgły przedarło się wspaniałe wiatło! Wokół wieży podniósł się szalony wiatr, który rozwiewał resztki mgieł hen ponad bory. Toż to pan z Wichrowic przegalopował nad Jurš na swoich najszybszych koniach! Tršba powietrzna roztršca skrzydła drapieżników, zdmuchuje pójdki i puszczyki jak papierki, a grubanym puchaczom i!ozczapirza całe upierzenie. Przestwór nieba jest już czysty i coraz bardziej roz-błękitnia się wietlistš jasnociš.
To Słoneczna Pani, zbudzona brzękiem złotego włosar wstała ze swojego łoża i wyszła na sam rodek kopuły niebieskiej, by wesprzeć Jurę. I oto złotymi strzałami swych promieni uderza w dach wieży, poraża lepia nocnych drapieżników, a te, olepione, mrugajš powiekami i wciekle przebierajš w powietrzu pazurami. Słoneczny blask, jarzšcy się o północy, zbudził również wszystkie dzienne ptaki. Sroki skrzeczki, wrony krzy-kaczki, sójki szczebiotki i kawki, całe ptactwo rozwiergotało się nad borem i z wrzaskiem rzuciło się na otępiałe sowy, puchacze, puszczyki i pójdki. Taki jazgot podniósłby nawet nieboszczyka z grobu! Zła czarodziejka skoczyła na równe nogi z łoża, wycišgnęła za włosy z posłania leniwš córę Czernia-wę, wcisnęła jej do ręki klucze od skrzyni i oprzytomniła jš przerażonym krzykiem: