Wspinając się na grzbiety olbrzymich fal, łódź przywierała do dryfkotew niczym alpinista do liny...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- dzy koteriami, ciągłe walki o przywileje, ciągłe wydzierki i rwactwo, a to z powodu owej potrzeby rajskiego ptaka wy-pełniającej każdego człowieka...
- przed laty wieloma przywiózł mu w prezencie pewien bardzo wielki kupiec wprost z Gdań- ska, tliły się kawałki tego czarnego tytoniu, który nosi na paczce...
- — Dawniej nie słyszało się o niczym podobnym… — mówił majtek...
- niezrozumiałe szczegóły zawarte w tre ci rzeczonych przywilejów nabior ja niejszego znaczenia i zatrac wszelk niepewno wyra enia dwuznaczne, skutkiem...
- ośnieżonych szczytach Parnasu, odziany jedynie w skórę jelonka; jego ciało poruszało sięnieświadomie, prawie bezwolnie, niczym kwiat w rękach...
- Nic zatem dziwnego, że w konsultowanym przeze mnie przypadku niczym nie zagrożony, dobrze odżywiony pies na początku nie protestował, kiedy mu zabierano miskę...
- d³u¿szy czas, a¿ los przywiód³ nas na pewn¹ piêkn¹ wyspê, na której ros³y kêpy drzew uginaj¹cych siê pod ciê¿arem dojrza³ych owoców, gdzie unosi³...
- nie nowinka firmy “Kepler” przywieziona na dachu przyczepy kempingowej czy w bagażniku mercedesa przez sąsiadów zza Odry...
- go zupełnie sieć czerwonych żyłek na przywiędłych policzkach, którym smutki i jakieś dolegliwości dały ton ceglasty...
- Już osiem dni panuję, czas rychło umyka – I ciągle sława niczym, wszystkim Bereniką...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Jechaliśmy w górę, aż do śnieżnobiałego grzebienia, w eksplozji światła i piany, ze sterczącym pionowo dziobem. Z grzbietu fali widać było wszystko wyraźnie w promieniu kilku mil. Ale góra wody była ruchoma i usuwała się spod szalupy, przyprawiając mnie o mdłości. W ułamku sekundy wracaliśmy do kolejnej mrocznej doliny, innej niż poprzednia, ale jednocześnie takiej samej, ze spiętrzoną nad nami masą tysięcy hektolitrów wody, a wtedy ratowała nas tylko lekkość i kruchość naszej łupiny. Góra znów się wypiętrzała, naprężały się liny dryfkotew i diabelski młyn ruszał od nowa.
Dryfkotwy zdawały egzamin doskonale — właściwie aż za dobrze. Każda potężna fala, która wynosiła nas na szczyt, próbowała nas przewrócić, ale dryfkotwy, znajdujące się poza jej grzebieniem, stabilizowały łódź swym ciężarem, ściągając w dół przód szalupy. Rezultatem była eksplozja piany i bryzgów wody spod dziobu. Za każdym razem zalewało mnie od stóp do głów.
W końcu nadeszła fala, której chyba szczególnie zależało na tym, żeby nas przewrócić. Tym razem dziób zanurzył się pod wodą. Byłem zszokowany i przerażony, odchodziłem wprost od zmysłów ze strachu. Ledwie udało mi się utrzymać w szalupie. Łódź była zalana po brzegi. Słyszałem ryk Richarda Parkera. Czułem, że śmierć jest blisko. Jedynym wyborem, jaki mi pozostał, był wybór między śmiercią w odmętach a śmiercią zadaną przez zwierzę. Wybrałem to drugie.
Kiedy runęliśmy znów w dół po zboczu fali, skoczyłem na plandekę i błyskawicznie odwinąłem jej zrolowaną część aż do rufy, zamykając w środku Richarda Parkera. Jeśli nawet protestował, to go nie słyszałem. Z szybkością maszyny do szycia przytwierdziłem brezent do haków po obu stronach łodzi. Znów wynosiło nas na szczyt fali. Łódź wystrzeliła pionowo w górę. Z trudem utrzymywałem równowagę. Szalupa była teraz cała szczelnie zakryta, z wyjątkiem kawałka na dziobie. Wcisnąłem się między boczną ławkę a plandekę i naciągnąłem luźny kawałek brezentu na głowę. Nie miałem zbyt wiele miejsca. Pomiędzy ławką a krawędzią burty było jakieś dwanaście cali, a boczne ławki miały zaledwie półtorej stopy szerokości. Nawet jednak w obliczu śmierci nie byłem aż tak nieroztropny, żeby kłaść się na dnie łodzi. Zostały jeszcze cztery wolne haki. Wsunąłem rękę przez mały otwór i zacząłem naciągać linę. Z każdym kolejnym hakiem było mi coraz trudniej. Udało mi się zaczepić linę na dwóch. Dwa zostały. Nachylona pod kątem trzydziestu stopni łódź sunęła tymczasem znowu w górę, jednostajnie i w równym tempie. Poczułem, że zjeżdżam w stronę rufy. Wykręcając ręce, zdołałem zaczepić linę na jeszcze jednym haku. To było wszystko, co mogłem zrobić. Sznurowałem plandekę od zewnątrz, a powinienem był to robić od środka. Ciągnąłem za linę z całych sil, co było o tyle korzystne, że mając się czego trzymać, nie ześlizgiwałem się w stronę rufy. Kąt nachylenia łodzi zwiększył się do czterdziestu pięciu stopni.
Kąt ten musiał być jeszcze większy, kiedy osiągnęliśmy szczyt fali i przedarliśmy się przez jej grzbiet na drugą stronę. Drobny odprysk potężnego grzywacza spadł na nas z hukiem. Odczułem to tak, jakby zdzieliła mnie jakaś gigantyczna pięść. Łódź przechyliła się raptownie do przodu i wszystko się odwróciło: byłem teraz na dole i wszystko zalewała woda, a przemoknięty tygrys zaczął się zsuwać w moją stronę. Nie wyczuwałem jego obecności — nie miałem pojęcia, gdzie może się znajdować, bo pod brezentem było ciemno jak w grobie. Zanim zsunęliśmy się do kolejnej doliny, byłem na wpół utopiony.
Przez resztę dnia i sporą część nocy jeździliśmy tak w górę i w dół, w górę i w dół, w górę i w dół, aż monotonia zneutralizowała grozę i zastąpiło ją odrętwienie oraz uczucie kompletnej rezygnacji. Leżąc płasko na bocznej ławce, trzymałem się jedną ręką liny sznurującej brezent, a drugą krawędzi ławki na dziobie. Co chwila zalewała mnie woda, brezent chłostał, ubijając mnie na miazgę, byłem przemoczony, zziębnięty, podrapany i pokaleczony przez kości i żółwie skorupy. Jednostajnemu rykowi żywiołu towarzyszyło nieustanne warczenie Richarda Parkera.
Gdzieś w środku nocy dotarło do mojej świadomości, że sztorm się skończył. Szalupa kołysała się łagodnie, tak jak zwykle. Przez rozdarcie w plandece widać było skrawek nocnego nieba. Rozgwieżdżonego i bezchmurnego. Rozsznurowałem brezent i położyłem się na wierzchu.
O świcie zauważyłem, że urwała się moja tratwa. Pozostały z niej tylko dwa związane wiosła i kamizelka ratunkowa. Zrobiły na mnie takie samo wrażenie, jakie ostatnia niedopalona belka stercząca na zgliszczach domu robi na pogorzelcu. Przeszukałem wzrokiem cały horyzont. Bez rezultatu. Moja mała zagospodarowana wysepka przepadła. To, że pozostały dryfkotwy, które jakimś cudem się utrzymały i teraz wiernie towarzyszyły szalupie, było słabą pociechą. Strata czegoś tak cennego, jak tratwa, nie była może zabójcza dla mojego ciała, ale zabijała we mnie ducha.
Szalupa była w opłakanym stanie. Plandeka zwisała w kilku miejscach w strzępach; było to najwyraźniej dzieło pazurów Richarda Parkera. Większość naszych zapasów przepadła: albo wypadły za burtę, albo zniszczyła je woda, wdzierając się do łodzi. Ja byłem cały obolały i miałem paskudną ranę na udzie, spuchniętą i białą. Aż bałem się zaglądać do schowka. Dzięki Bogu, żaden z worków z wodą nie pękł. Sieć i destylatory, z których nie wypuściłem całego powietrza, wypełniły pustą przestrzeń, unieruchamiając w ten sposób worki.