szony był również, tym nade wszystko, że osiągnął swój cel...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Bóg to radość, Bóg to szczęśliwość, Bóg to zdrowie, Bóg to swoboda, Bóg to przyjemność, Bóg to wygoda i wszystko, co najlepsze...
- Elfowie zrobili wiele pierścieni, lecz Sauron potajemnie zrobił Pierścień Jedyny, który miał wszystkimi innymi rządzić...
- Ulice Mardecin wybrukowane były granitowymi płytami, wytartymi przez całe pokolenia stóp i kół wozów, wszystkie zaś budynki zbudowano albo z cegły, albo z...
- włącznie, wszystko w tym stylu, który fachowcy nazywają stylem winietowym – sposób malo- wania przypominał wielce Sully'ego – w ulubionych...
- Od strony ulicy prawie wszystkie bary oraz mniejsze sklepy zamiast ścian miały różnego rodzaju żaluzje, które usuwano całkowicie lub rolowano na czas otwarcia...
- Wszystko zaczyna się bardzo prosto, bo system liczbowy Majów jest całkiem prosty: jedynkę oznaczali kropką, dwójkę dwiema kropkami- i tak dalej...
- Wszystkie typy pracy wymagają od człowieka umiejętności współpracy z innymi, organizowania własnej pracy, radzenia sobie ze stresem, nawiązywania kontaktu,...
- Kramy po obu stronach ulic by³y zbudowane wszystkie wed³ug wzoru i nieomal tej samej wielkoœci, a przed ka¿dym sklepem rozpiêty by³ parasol z p³ótna ¿aglowego,...
- „Jakie to miłe, że wszystko, na co tylko mamy ochotę, możemy zanieczyścić pewnymi substancjami, takimi jak: tlen, ozon, azot, argon albo parą czy jakąś biotą...
- Jest to przede wszystkim wyraz błagania… a jednak czai się w nim podejrzenie! Ach, do licha z tymi podejrzeniami! Gdybym chciał o nim rozpowiadać, zrobiłbym to już...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Tu doszedł, dokąd był
zamierzył. Wielki książę przypatrywał mu się z głęboką uwagą, z zastanowieniem, a
nawet z czymś w rodzaju podziwu.
22
II
Obudził się ze snu, o którego twardości wnosili wagonowi sąsiedzi z chrapania
iście artyleryjskiego, gdyż chrapał prawdziwie wszystkimi bateriami. Ocknąwszy się
nareszcie, powiódł zdumionym okiem po lśniącym, z lekka wklęsłym suficie, przy-
pomniał sobie, gdzie jest, i zachichotał wewnętrznie. Był wyspany i silny jak koń po-
ciągowy. Pochylił głowę i spojrzał ze swego łoża na górnym, podniesionym siedzisku
wagonu: przedział był pełen osób. Słońce świeciło prosto w okno.
„Teraz się umyjemy – myślał podporucznik – a później trzeba będzie zjeść dużo,
ale za to coś smacznego...”
Usiadł na posłaniu, o ile na to pozwalała bliskość wagonowego sufitu, wdział no-
wiuteńki mundur z nieposzlakowanie aksamitnym kołnierzem, z dziewiczymi szlifa-
mi i gwiazdą akademicką na lewym boku – wyprostował lakierowane, bajecznie szy-
kowne buty z cholewami, przygładził włosy...
– Pardon-s! – mruknął spuszczając nogi i zwinnie jak kot schodząc z podniesionego
łoża. Wyminął pokoszlawione figury drzemiące w zaduchu przedziału i udał się do
umywalni – później do bufetu. Gdy stamtąd wrócił wyświeżony, wymyty, wyszczot-
kowany, pełen kawy i bułek z masłem, był tak szczęśliwy, że gotów by był ściskać po
kolei wszystkich towarzyszów podróży. Za jego idąc przykładem towarzysze podróży
prostowali zdrożone gnaty i gnaciki, myli się, czesali i dysputowali o kawie oraz o
wzmiankowanych bułkach z masłem. Rozmowa toczyła się w języku polskim, więc jej
Piotr Rozłucki nie rozumiał. Coś tylko piąte przez dziesiąte, jakiś wyraz chwytał ze
zrozumieniem. Zażył siły rycerskiego ramienia do zgięcia sprężyn podtrzymujących
górne siedzenie, które mu służyło za łóżko, i pomógł jednej z pań otworzyć okno.
Na dworze był poranek. Rosa lśniła na potrawach niedawno skoszonych łąk. Jak
srebrzysty mat leżała blisko na ścierniskach, kędyś iskrzyła się brylantowo na kłosach
jeszcze nie zżętych. Płaska ziemia słała się w niezmierną dal. Tam i sam las ją umaił,
dalekie łęgi przepasały. Tu i ówdzie wydmuch bezpłodnego piasku jak bolak na-
brzmiały wśród uroczystej odzieży owsów i żyt żółkł pod sosnowym lasankiem.
Brzozowe zagaja, niewielkie wszędy dąbrowy śniły wśród zbóż.
Rozłucki, znalazłszy wolne miejsce przy oknie, wpatrywał się w ten krajobraz. Nie
widział jeszcze ani takich chat, ani podobnych wsi, ani strzelistych kościołów, ani alei
topolowych, co w rozmaitych kierunkach szły w kraj. Ludzie żęli, wiązali snopki i
podawali je widłami na wozy drabiniaste. Gdy pociąg mknął wśród tej roboty, zda-
wało się patrzącemu, że ci ludzie, rojnie tam zajęci, kłaniają się nisko. Szare były,
spalone, ściągłe ich twarze, kościste postacie, białoszare odzienie. Barwniej nieco za-
znaczały się chusteczki i spódnice kobiet, schylających się ku ziemi i z pięknym ge-
stem odkładających na uboczu garście zżętego zboża.
„Jaki to inny naród... – myślał Rozłucki. – Szary jakiś naród... Twarze mężczyzn
golone, ludzie szczupli”.
Było mu bardzo miło patrzeć tak w tę przestrzeń zaciągniętą zbożami, w tę niską,
szarą, piaszczystą ziemię zalaną słońcem i zasypaną rosą. Oto tam kędyś daleko
mgiełka śniada jeszcze się ciągnęła znad wód.
Stado cyranek pomknęło w dal...
„Polsza...” – myślał oficer.
23
Gniewne, surowe uczucie wzniosło się z tego wyrazu, lecz wnet upadło w zadu-
manie. Po raz pierwszy był oto na swobodzie. Ukończywszy z najwyższym odzna-
czeniem Michajłowską szkołę, jechał do wyznaczonej mu baterii konsystującej w
mieście dalekim, o co wystarał się dziad i opiekun, generał w dymisji, mieszkający na
wsi. Miesiąc poegzaminacyjny spędził u krewnych, synów drugiego stryja, również
generała – którzy byli już szlachtą osiadłą w guberni penzeńskiej. Nareszcie zdjęto
zeń wszelką opiekę po tylu latach korpusu kadetów i szkoły artyleryjskiej, gdzie był
numerem, jednostką w wiekuistym szeregu. Nie czuł na sobie w tej chwili badawcze-
go oka zwierzchników ani egzaminującego wzroku bogatych krewniaków – i ta oko-
liczność najbardziej go radowała.
Na przeciwległej ławce, również pod oknem, siedziała młoda osoba. Młoda osoba
miała już na pewno siedemnaście lat, ale niewiele ponad to. Była bardzo urocza w
swym niemal dzieciństwie a już kobiecości. Zdjęła była skromny, słomkowy kapelusz
i ciemne jej włosy, w sposób wysoce oryginalny zaczesane na bok, lśniły w porannym
słońcu. Twarz miała zaróżowioną, nos prosty, usta bardzo ładne. Oficer nie mógł zo-
baczyć barwy jej oczu, gdyż czytała książkę i nie odrywała się od niej.
Wsiadła, widać, do pociągu niedawno, gdyż nie znać było w jej postaci zmęczenia
ponocnego. Jej prosta, jednostajna suknia liliowego koloru nie była zmięta ani zaku-
rzona, a policzki jeszcze kwitły od rannego powiewu w polach.
Rozłucki, który patrzył długo w te pola i dojrzałe ich urodzaje, zdziwił się, jak pa-
nienka siedząca naprzeciwko podobna była do łanu zboża. Jej włosy i cera twarzy – to
był łan dojrzałej pszenicy.
Czekał, żeby podniosła oczy, i zuchwale wlepiał w nią swoje. Nadaremnie. Czytała
angielską książkę i nie zwracała uwagi na jego ruchy, pobrzęki ostrogami i wszelkie
celowe szarmanterie. W pewnej chwili podniosła oczy o źrenicach złotych, niemal
czarnych, lecz nie zobaczyła tego nowego towarzysza podróży. Czuł, gdyż z niepo-
strzeżonych jej ruchów to spostrzegł – że zdaje sobie sprawę z jego tajnych manew-
rów, wie o wrażeniu, jakie wywarła, lecz nie chce go widzieć ani wiedzieć o jego