włącznie, wszystko w tym stylu, który fachowcy nazywają stylem winietowym – sposób malo- wania przypominał wielce Sully'ego – w ulubionych...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Bóg to radość, Bóg to szczęśliwość, Bóg to zdrowie, Bóg to swoboda, Bóg to przyjemność, Bóg to wygoda i wszystko, co najlepsze...
- Ulice Mardecin wybrukowane były granitowymi płytami, wytartymi przez całe pokolenia stóp i kół wozów, wszystkie zaś budynki zbudowano albo z cegły, albo z...
- Od strony ulicy prawie wszystkie bary oraz mniejsze sklepy zamiast ścian miały różnego rodzaju żaluzje, które usuwano całkowicie lub rolowano na czas otwarcia...
- Wszystko zaczyna się bardzo prosto, bo system liczbowy Majów jest całkiem prosty: jedynkę oznaczali kropką, dwójkę dwiema kropkami- i tak dalej...
- Wszystkie typy pracy wymagają od człowieka umiejętności współpracy z innymi, organizowania własnej pracy, radzenia sobie ze stresem, nawiązywania kontaktu,...
- Kramy po obu stronach ulic by³y zbudowane wszystkie wed³ug wzoru i nieomal tej samej wielkoœci, a przed ka¿dym sklepem rozpiêty by³ parasol z p³ótna ¿aglowego,...
- „Jakie to miłe, że wszystko, na co tylko mamy ochotę, możemy zanieczyścić pewnymi substancjami, takimi jak: tlen, ozon, azot, argon albo parą czy jakąś biotą...
- Jest to przede wszystkim wyraz błagania… a jednak czai się w nim podejrzenie! Ach, do licha z tymi podejrzeniami! Gdybym chciał o nim rozpowiadać, zrobiłbym to już...
- Grobstein Ruth, Wszystko o raku piersi FAKTY, KTÓRE POWINNAÂ ZNAå, I PYTANIA, KTÓRE MO˚ESZ ZADAå 37 • Skoro us∏ysza∏aÊ takà diagnoz´,...
- W przypadku zabjstw pod wpywem silnego wzburzenia, usprawiedliwionego okolicznociami, zabjstwo ma przede wszystkim charakter agresji emocjonalnej -i czsto w...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Ramiona, piersi, a nawet koń-
czyny prześwietlonych włosów tajały niepochwytnie w rozwiewnym, lecz głębokim cieniu, który
stanowił tło całości. Rama była owalna, bogato złocona i ozdobna w stylu mauretańskim. Jako
dzieło sztuki obraz ten był tak godny podziwu, że nie można było chyba znaleźć mu nic równego.
16
Lecz bardzo być może, iż ani wykonanie dzieła, ani nieśmiertelne piękno samej twarzy nie były
tym, co mię tak nagle i tak gwałtownie wzruszyło. Jeszcze mniej mam powodów do przypusz-
czeń, że moja wyobraźnia, wymykając się swemu półsnowi, zwidziała w tej twarzy – twarz pew-
nej żyjącej osoby. Postrzegłem od razu, że odcienie rysunku, styl winiety i widok ramy rozwiały-
by niezwłocznie podobną mrzonkę i uchroniłyby mnie od chwilowych nawet przywidzeń.
Bezpodzielnie i zapalczywie oddany tym rozmyślaniom, godzinę niemal całą trwałem, na
wpół leżąc, na wpół siedząc, z oczyma przykutymi do portretu. Wreszcie – odgadłem istotną ta-
jemnicę jego oddziaływań i upadłem na łóżko. Domyśliłem się, że czar malowidła polega na ży-
wotności wyrazu, który jest bezwzględnym równoważnikiem samego życia, a który od pierwsze-
go wejrzenia przejął mię dreszczem i ostatecznie – stropił, ujarzmił, przeraził. Z głębokim stra-
chem usunąłem świecznik na dawne miejsce.
Ująwszy w ten sposób oczom oglądania przedmiotu mych głębokich wzruszeń, chwyciłem
gwałtownie do rąk książkę, która zawierała ocenę i opis obrazów.
Trafiwszy z miejsca na numer, którym był oznaczony portret owalny, przeczytałem niejasną i
osobliwą opowieść, i tę poniżej podaję: „Była to młoda, niezmiernie rzadkiej urody dziewczyna –
zarówno powabna, jak wesoła. Przeklęty jest ów dzień, gdy ujrzała i pokochała, i poślubiła – ma-
larza. On – zapalony, namiętnie oddany pracy, surowy i już w swej sztuce mający – oblubienicę.
Ona – młoda dziewczyna, niezmiernie rzadkiej urody – zarówno powabna, jak wesoła: nic, jeno
światło i uśmiech, i swawolność młodego jelonka. Kochała i wielbiła rzecz wszelaką. Nienawi-
dziła jeno sztuki – swojej rywalki. Przerażała ją jeno – paleta i pędzle, i inne dokuczliwe narzę-
dzia, które ją pozbawiały widoku kochanka. Straszkami były dla tej pani nawet te słowa malarza,
w których zdradzał chęć utrwalenia na płótnie swojej młodej małżonki. Lecz była pokorna i po-
słuszna i całymi tygodniami trwała – przesłodka – w ciemnej a górnej komnacie na wieży, kędy
światło jeno od sklepień sączyło się na bladość płótna. Wszakże malarz całą swą chlubę widział w
swym dziele, które z godziny na godzinę, z dnia na dzień powstawało.
A był to człowiek – pełen zapału, i dziwny, i zamyślony, i tak zapodziany w marzeniach, że
nie chciał postrzec, jak światło, tak ponuro wpadające do wnętrza tej samotnej wieży, niszczy
zdrowie i ducha jego żony, która widomie nikła dla całego świata, z wyjątkiem jego osoby. Mimo
to uśmiechała się wciąż i wciąż – bez skargi, gdyż widziała, że malarz (który wielką cieszył się
sławą) z płomienną i żarliwą uciechą oddaje się swej pracy i trwa w niej nocami i dniami, aby
przenieść na płótno tę, która go kocha, lecz która z dnia na dzień coraz bardziej niszczeje i mar-
nieje. I doprawdy – ci, którzy oglądali portret, półgłosem zaznaczali podobieństwo, jako skutek
wielmożnego cudu i jako dowód nie tylko niezmiernej potęgi samego mistrza, lecz i jego głębo-
kiej miłości dla tej, którą tak przedziwnie odtwarzał na obrazie. Po pewnym jednak czasie, gdy
trud dobiegał do końca, nikt nie miał dostępu do wieży, mistrz bowiem oszalał w swych wysił-
kach i rzadko odrywał oczy od płótna, nawet w celu przyjrzenia się obliczu swej żony. I nie chciał
dostrzec tego, że barwy, które gromadził na płótnie, były odjęte obliczu tej, co przed nim siedzia-
ła. A po upływie wielu tygodni, gdy już praca była na ukończeniu i brakło zaledwo jednego rzutu
pędzlem po wargach i jednej plamy na oku, dusza w piersiach pani tliła się jeno jak płomyk w
lampie. I wówczas pędzel dokonał swego rzutu – i plama na oku spoczęła – i przez jedno mgnie-
nie; mistrz trwał w zachwyceniu przed dziełem spełnionym, lecz w chwilę potem, gdy przedłużył
jeszcze swe oglądanie, zadrżał – i zbladł – i wręcz się przeraził! I głosem wzburzonym krzycząc:
– „Zaiste! To życie samo!” – odwrócił się znienacka, aby zaoczyć swoją kochankę. Ta wszakże
już nie żyła.
17
Prawdziwy opis wypadku z. P. Waldemarem
Trudno – doprawdy – dziwić się temu, że nadzwyczajny wypadek, jaki się zdarzył panu Wal-
demarowi, stał się przyczyną sporów. Cud by to był, gdyby się stało inaczej – szczególniej w ta-
kich, a nie innych okolicznościach. Chęć wszystkich stron zainteresowanych dochowania sprawie
tajemnicy, przynajmniej na razie lub do czasu pozyskania sposobności nowych badań, oraz nasze
ku ich uskutecznieniu wysiłki dały powód do rozpowszechnionych wśród ogółu, nie uzasadnio-
nych lub przesadnych pogłosek, które, ukazując sprawę w świetle najdotkliwiej mylnym, stały
się, ma się rozumieć, źródłem głębokiej niewiary.