Spojrzała na miecz w swej dłoni...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- – Hej! żeby się to tak udało tę wyspę i ten zamek ubiec! – Spojrzyj jeno na tych ludzi – odrzekł Maćko...
- Dziewczyna na posadzce obciągnęła spódnicę, zasłaniając długie, spracowane nogi, spojrzała na Sefelta, który leżał przy niej uśmiechnięty, drgając w...
- Obrzuciła mnie ponurym spojrzeniem, obracając moje słowa w myślach, pró- bując odkryć zniewagę albo podstęp...
- Pitt odwrócił się i spojrzał przez przejrzystą bańkę kabiny na ultramarynowy, ciemny błękit, sięgający dalekiego południa...
- Obrzuca mnie przelotnym spojrzeniem, potem zagląda do skrzynki, w której trzyma cebulki przeznaczone do selekcji...
- - Niech no pan spojrzy, panie Lohkamp! Czyż to nie śliczne? Co rok się wydaje cudem!Przystanąłem zdumiony...
- F’lar oderwał niechętnie spojrzenie od porywającego widoku Pernu i zaczął się przyglądać próbce...
- Spojrzała na radio z zegarem, marki Sony, które podarowała jej matka...
- Pahner wziął głęboki oddech i spojrzał na wielkiego Mardukanina...
- Nynaeve spojrzała na wystawę ter’angreali i szarpnęła za warkocz...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Był czarny jak noc i nienaturalnie lekki. Powinien wystarczyć. Nie przypuszczała, by Abu nauczył się już używać pasów, więc zapewne jedynym latającym pojazdem był dywan. Gdyby doszło do walki, wolała siedzieć na koniu.
– TWOJE NASTĘPNE ŻYCZENIE JEST DLA MNIE ROZKAZEM.
– Najpierw powiedz mi, w jaki sposób latasz – odparła, patrząc na rozciągające się pod nią ogrody.
– SKONSTRUOWAŁ MNIE MAG ABNAZZARD. PRZEMIESZCZAM SIĘ DZIĘKI ZASTOSOWANIU SPRĘŻONEGO SILNIKA PODRZUTU MASY, CO W PUNKCIE KRYTYCZNYM WYMAGA CIĄGŁEGO WSPARCIA DŻINA ZOLAHA.
– Czy wiesz, gdzie w pałacu jest zoo?
– TAK.
– W takim razie tam wylądujemy.
– USŁYSZEĆ, ZNACZY WYKONAĆ, O PANI.
Wciąż galopując, koń zaczął schodzić w dół po spirali. Kiedy byli na wysokości dachów, przez chwilę widziała uniesione ku nim twarze. Przelecieli nad poszarpaną linią zakurzonych drzew i dotarli do szerokiej alei między rzędami niskich klatek. W zapadającym zmierzchu wyglądały ciemno i odpychająco. Rumak delikatnie dotknął ziemi, zaś kopyta płynnie przeszły w trucht po jej powierzchni. Coś uderzyło w pręty najbliższej klatki. W przelocie dostrzegła skrzydła i zęby. Całe mnóstwo zębów.
– Marco!
Jakieś stwory zaczęły wyć i prychać w cienistych zamknięciach.
– Tutaj!
Popędziła do przodu. Dostrzegła oczy Kunga wyglądające zza krat grubych niczym pnie drzew. Może nimi były.
Szarpała rygle tak długo, aż opadły z hałasem. Marco wypadł jak z procy.
– Dawaj miecz – rozkazał.
Zanim zdała sobie sprawę, że może odmówić, było za późno. Wyrwał jej z ręki.
– Nie było nic lepszego? – zasyczał. – Tępy jak zęby starca.
– Coś takiego! Mogłam odlecieć i zostawić cię tu!
Pacnął płazem w otwartą dłoń i spojrzał na nią z namysłem.
– Tak – odparł. – Mogłaś. Ten wystarczy. Dziękuję. Skąd wzięłaś tego latającego robota?
– Weszłam...
– Jak się tym lata?
– Po prostu wykonuje polecenia i... hej, złaź! Marco, nie zwracając na nią uwagi, usadowił się w siodle.
– Znasz drogę do pałacu, czworonożny robocie?
– TAK, PANIE.
– No to leć.
Zastukały kopyta i po chwili stali się malejącą plamką na niebie. Popatrzyła, aż zniknęli, po czym zajrzała, do klatki.
– Srebrna? – powiedziała łagodnie.
W mroku poruszył się jaśniejszy kształt.
– Chodź. Lepiej stąd znikać. Jak się czujesz?
Shandyjka usiadła.
– Gdzie jest Kung? – spytała grubym głosem.
– Poleciał bić złoczyńców, szaleniec.
– No to dokąd mamy iść? – dodała, gramoląc się na nogi.
– Myślę, że za nim. Masz lepszy pomysł?
– Nie. Wszyscy będą chyba zbyt zajęci, żeby zwracać na nas uwagę.
Wyszły na alejkę.
– Tu są jednorożce – stwierdziła Srebrna, wskazując palcem. – Widzieliśmy, jak je karmili. W basenie chyba trzymają syreny, dawali im ryby.
– Jak widać, Abu to urodzony kolekcjoner.
Ujrzały białą kopułę wielkości świątyni. Z bliska okazała się być jajem, w jednej trzeciej zakopanym w piasku. Z tyłu widniał niewielki otwór.
– Złożył to jakiś ptak? – zapytała Srebrna pokazując kciukiem.
– Mnie pytasz? Nie chciałabym rzucać mu okruchów. Tam jest jeszcze jedno. Nie...
To nie było jajo, lecz skorupa ładownika planetarnego sondy Terminusa. W myślach Kin ujrzała nagle starą kopię jeszcze starszego filmu oświatowego. Tam lądownik zdawał się być mniejszy niż w rzeczywistości. Po jego bokach widniały trzy głębokie rysy, jakby usiłowała go złapać jakaś wielka bestia.
Może to prawda. Jeśli ta rzecz obok była jajem, coś musiało je złożyć.
Wnętrze było kompletnie zniszczone.
– Jalo przynajmniej wylądował w pobliżu centrum – mruknęła Srebrna. Kin spojrzała na, no cóż, nazwijmy je śladami szponów. W końcu mogły nimi być.
– Nie zazdroszczę mu – odparła. – Nasz Abu jest prawdziwym entuzjastą, niczego nie wyrzuca.
Za nimi rozległ się tupot. Ujrzały dwóch obserwujących ich mężczyzn. Jeden trzymał pikę, którą łagodnie wysunął w kierunku Srebrnej.
To był błąd. Shandyjka chwyciła jej czubek, powaliła go na ziemię, następnie uniosła i podcięła ciałem nogi stojącego obok.
Natychmiast też runęła w kierunku pałacu, unosząc strzaskane drzewce jak maczugę.
Kin podążyła jej śladem. Nie miała wyjścia.
Znalazły Marco kierując się wrzaskami.
Na dziedzińcu kłębił się tłum, w którego środku szalał rozmazany kształt, otoczony ścianą mieczy. Marco walczył z pięcioma przeciwnikami naraz i najwyraźniej wygrywał.
Jeden z mężczyzn odwrócił się i widząc Srebrną skoczył ku niej z podziwu godną odwagą. Mrugnąwszy sennie okiem, machnęła na odlew pięścią i zgruchotała mu kręgosłup.
Jeden miecz cały czas śpiewał. Kin słyszała takie określenie w poezji, lecz ten robił to naprawdę. Dziwaczne elektryczne zawodzenie, przerywane cięciami i jękiem.
Marco trzymał go w daleko wyciągniętych dłoniach i niemalże przed nim uciekał. Miecz poruszał się sam, skacząc pomiędzy klingami i ciałami, bez widocznego przemieszczania się w przestrzeni. Wzdłuż krawędzi trzeszczały niebieskie płomyki.
Srebrna poczłapała do dwóch mężczyzn i zwaliła ich z nóg. Trzech innych, którzy się do niej odwrócili i zagapili, wykończył Marco.
Zostali sami, nie licząc martwych. Kung osunął się na ziemię i rzucił broń. Kin podeszła i spojrzała na ostrze. Nie zostały nawet ślady krwi. Było po prostu czarne, jak dziura we wszechświecie prowadząca do innego wymiaru.
– To jest żywe – wymamrotał Kung. – Wiem, że mnie wyśmiejecie, ale...
– Mamy tu – powiedziała Kin – zwyczajną, nietrącą klingę z elektronicznym ostrzem. Metal jest przewodnikiem. Na pewno widziałeś podobne rzeczy, na przykład miecze rzeźnicze.
Nastąpiła cisza. Marco kiwnął głową.
– Oczywiście, masz rację – odparł.
– Więc wynośmy się stąd do diabła! Rozejrzała się i pognała ku najbliższym schodom.
– A ty dokąd? – zawołał Marco.
– Znaleźć magika! – zanim ty to zrobisz, dodała w myślach. Nie można go zabić, jest jedyną szansą wydostania się stąd.
Przebiegła przez puste pomieszczenia, kierując się w górę. Krótkie schody wyglądały znajomo. Wspięła się po nich i na końcu korytarza znalazła komnatę.
* * *