- Niech no pan spojrzy, panie Lohkamp! Czyż to nie śliczne? Co rok się wydaje cudem!Przystanąłem zdumiony...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- – Hej! żeby siÄ™ to tak udaÅ‚o tÄ™ wyspÄ™ i ten zamek ubiec! – Spojrzyj jeno na tych ludzi – odrzekÅ‚ Maćko...
- Po prawej, najbliżej Å›ciany hangaru, staÅ‚y bok w bok nowiutkie Gromy i BÅ‚yskawice – nieco mniejsze wozy bojowe przystosowane do przewozu piechoty...
- Dziewczyna na posadzce obciągnęła spódnicę, zasłaniając długie, spracowane nogi, spojrzała na Sefelta, który leżał przy niej uśmiechnięty, drgając w...
- Obrzuciła mnie ponurym spojrzeniem, obracając moje słowa w myślach, pró- bując odkryć zniewagę albo podstęp...
- Nieraz musiała przystawać po drodze dla otarcia potu z zabrudzonej twarzy i nabrania tchu, zanim doszła do swojego mieszkania, położonego w najbrudniejszej i...
- Toteż gdy po długiej żegludze wylądowali wreszcie w przystaniach pelopone-skich, padali na twarze i obejmując ramionami starą ziemię wołali ze łzami jak...
- — No, niech mnie nagÅ‚a krew zaleje! — zawoÅ‚aÅ‚ Tay Tay...
- Pitt odwrócił się i spojrzał przez przejrzystą bańkę kabiny na ultramarynowy, ciemny błękit, sięgający dalekiego południa...
- Obrzuca mnie przelotnym spojrzeniem, potem zagląda do skrzynki, w której trzyma cebulki przeznaczone do selekcji...
- którym nabarziey iasnowidzący nic by nie dopatrzył ani nie pochwycił nie znaiąc iego żeny, taką miał w sobie przystoyność, wdzięczną postawę y...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Stara śliwa przy pompie benzynowej zakwitła w ciągu nocy.
Przez całą zimę stała krzywa i naga, zawieszaliśmy na gałęziach stare opony i kanistry, żeby wyschły. Drzewo było dla nas tylko wygodnym wieszakiem na wszystkie możliwe przedmioty: od szmaty do czyszczenia metalu po miskę od motoru. Jeszcze przed paru dniami trzepotały się na śliwie nasze świeżo wyprane niebieskie spodnie płócienne, jeszcze wczoraj nie można było nic dostrzec. I oto nagle w ciągu nocy drzewo zamieniło się jak zaczarowane w lśniący obłok różowości i bieli, w chmurę jasnego okwiatu, jakby na nasze brudne i smętne podwórko zabłąkał się rój motyli.
- A ten zapach! - szeptała marząco Matylda wywracając w zachwyceniu oczy - zupełnie jak pańskiego rumu...
Nie czułem żadnego zapachu. Ale pojąłem w lot metaforę.
- Czuć raczej koniakiem przeznaczonym dla naszych klientów.
- Proszę pana - broniła się energicznie - pan chyba jest przeziębiony? A może ma pan polipa w nosie? Prawie każdy ma dzisiaj takiego polipa. Nie, stara matka Stoss ma nos jak wyżeł, może pan mi uwierzyć na słowo: to pachnie rum, stary rum.
- No, już dobrze, Matyldo.
Poczęstowałem ją kieliszkiem rumu i polazłem do pompy. Jupp był już na posterunku. W zardzewiałą puszkę od konserw włożył wiązankę obsypanych kwiatami gałązek.
- Cóż to ma znaczyć? - spytałem.
- To dla pań - oświadczył z dumą. - Jak biorą u nas benzynę, to dostają za darmo gałązkę. Dzięki temu sprzedałem już o dziewięćdziesiąt litrów więcej. Powiadam panu, to drzewo to kopalnia złota. Gdybyśmy go nie mieli, trzeba by było je namalować.
- Masz głowę do interesów.
Uśmiechnął się. Słońce prześwietliło jego uszy, tak że wyglądały jak witraże w kościele.
- Dwa razy sfotografowano mnie już dzisiaj - opowiadał. - Na tle drzewa.
- Zobaczysz, jeszcze się wykierujesz na gwiazdę filmową - rzuciłem mu i poszedłem do garażu, gdzie Lenz majstrował przy fordzie, leżąc na ziemi.
- Robby - rzekł wyłażąc spod wozu. - W tej chwili przyszła mi do głowy światła myśl. Musimy się zająć tą dziewczyną od Bindinga.
Zdębiałem.
- Jak to sobie wyobrażasz?
- Chyba mówię wyraźnie, hę? Czemu się gapisz jak sroka w gnat?
- Ja siÄ™ wcale nie gapiÄ™.
- Owszem, wybałuszasz na mnie gały. Jak się właściwie wabiła ta dziewczyna? Pat na imię, ale jak dalej?
- Nie mam pojęcia.
Wyprostował się teraz w całej swej okazałości.
- Jak to, kochasiu? Przecież zapisałeś sobie jej adres! Widziałem na własne oczy.
- Zgubiłem gdzieś kartkę.
- Zgubił kartkę! - Lenz chwycił obiema rękami płowy łan na głowie. - I po to wywabiłem tego Bindinga na całą godzinę! Zgubił! No, jedyna nadzieja w Ottonie, może on będzie pamiętał.
- Otto także nie wie.
Spiorunował mnie wzrokiem.
- Cóż za żałosny dyletant! Tym gorzej dla ciebie! Czyż nie wiesz, że to była klasa dziewczyna? Skaranie boskie i tyle! - Podniósł oczy ku niebu. - Przeleci nam wreszcie coś cacanego przez drogę, to takie rozchwierutane sprzęgło musi zgubić adres!
- Nie uważałem, żeby była znowu taka nadzwyczajna.
- Boś osioł. Jesteś durniem, który nie zna się na niczym, co wyrasta ponad poziom smętnych kurwiszonów z “Café International". Ty rzewny rzępoło od cygańskich romansów! Powtarzam ci raz jeszcze: to był los szczęścia, niezwykły los ta dziewczyna! Oczywiście, ty nie znasz się na tego rodzaju kobietach! Czy przyjrzałeś się, jakie ona miała oczy? Gdzie tam, ty gapiłeś się w swój kieliszek...
- Zamknij paszczę! - przerwałem mu, albowiem aluzją o kieliszku dotknął mojej otwartej rany.
- A te rączki - ciągnął nie zwracając na mnie uwagi. - Wąskie, długie ręce jak u mulatki, twój przyjaciel Gotfryd zna się trochę na tym, możesz mu wierzyć! Jasny gwint! Nareszcie dziewczyna jak się należy, ładna, naturalna i co najważniejsze z pewną atmosferą... - tu zatrzymał potok wymowy - czy ty w ogóle wiesz, co to jest atmosfera?
- Powietrze, które pompuje się do dętki - mruknąłem przez zęby.
- Oczywiście - westchnął ze współczuciem i pogardą. - Dla ciebie to powietrze! Atmosfera, aura, promieniowanie, ciepło, tajemnica - oto, bracie, składniki, które uduchawiają i ożywiają piękno. Ale do kogo ja to mówię? Twoją atmosferą są przecież opary rumu.
- No, teraz dość tego, albo dostaniesz czymś ciężkim w głowę! - warknąłem.
Ale Gotfryd gadał dalej jak najęty, a ja mu nic nie zrobiłem. Nie podejrzewał, że spotkałem się z dziewczyną i że każde jego słowo trafiało mnie celnie. Szczególnie każde słowo na temat picia. Zdołałem to już przezwyciężyć, ale teraz wszystko zaczęło mnie piec na nowo. Wychwalał dziewczynę pod niebiosy, a mnie robiło się na sercu tak, jakbym istotnie stracił coś niezwykłego raz na zawsze.
Wściekły polazłem o szóstej do “Internationalu". To była moja przystań. Lenz utwierdził mnie w tym przekonaniu. Ku memu zdumieniu stwierdziłem, że w lokalu panuje niesłychany ruch. Na ladzie wdzięczyły się torty i babki, a pokarany platfusem Alojzy, z tacą pełną szczękających wesoło filiżanek do kawy, biegał do utajonej na tyle lokalu salki. Przystanąłem zdumiony. Kawa w dzbankach? Chyba cały związek handlarzy bydłem leży spity pod stołami.
Ale gospodarz lokalu uświadomił mnie natychmiast. Dzisiaj w salce od tyłu uroczyście obchodzono pożegnanie przyjaciółki Róży, Lili. Uderzyłem się w czoło. Oczywiście, zaproszono mnie przecież! Co więcej, jako jedynego mężczyznę, jak mnie znacząco poinformowała Róża. Naturalnie pedzio Kiki, który miał być także, nie liczył się jako mężczyzna. Wysunąłem się z knajpy i kupiłem bukiet kwiatów, ananasa, dziecinną grzechotkę i tabliczkę czekolady.
Róża przyjęła mnie z łaskawym uśmiechem wielkiej damy. Ubrana była w czarną wydekoltowaną suknię i prezydowała na honorowym miejscu. Jej złote zęby połyskiwały. Spytałem, jak powodzi się jej małej, wręczyłem dla haka celuloidową grzechotkę oraz tabliczkę czekolady. Róża promieniała. Teraz zwróciłem się z bukietem i ananasem w ręku do Lili. - Najserdeczniejsze życzenia!
- Był i pozostał szykowny! - zaopiniowała Róża. - Chodź. Robby, usiądziesz między nami panienkami.