się nie zbliżali...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- 153 Gdyśmy we czterech jechali powozem i gdyśmy zbliżali się do domu trenera, zwróciłem uwagę na szczegół z baraniną...
- adne z nich nie zwracao najmniejszej nawet uwagi ani na ludzi obecnych na mostku, ani na zbliajcych si na ekranie...
- Zbliżała się właśnie płatność nowej daniny, którą chciwy Architor ustanowił...
- Myron poczuł, że pokój się kurczy, ściany zbliżają się do siebie...
- Tej nocy, kiedy khal Drogo przyszedł do jej namiotu, Dany czekała na niego...
- Dotarli do poręczy nad urwiskiem...
- — Przyznaję...
- 25wolno[ci osobistej, swobody ruchów i odwagi wBasnego zdania
- bie też mam dość...
- Ficko ji vak nepověděl celý svůj plán...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
— To nie było nic wielkiego — powiedział Dafydd zza stołu. — Oni byli
o ćwierć drogi z lasu i nie mieli wśród siebie łuczników ani kuszników.
— Mimo wszystko — rzekł Brian, patrząc na niego z zainteresowaniem. —
Dick mówi o piętnastu czy dwudziestu. Niepodobna, by zatrzymali się tylko na
twe wezwanie.
— Tak też było — wyjaśnił karczmarz. — I wtedy on uśmiercił pięciu z nich,
zanim zdążyłem zaczerpnąć tchu. Inni uciekli. Kiedy wyszedłem później, by za-
brać ciała, okazało się, że wszystkie strzały tkwiły dokładnie w samym środku
napierśników.
Brian aż gwizdnął.
— Moja panno Danielle — powiedział. — Odnoszę wrażenie, że twój ojciec
może mieć trudności z pokonaniem tego walijskiego łucznika. Zgaduję, Dick, że
ci ludzie sir Hugha nie wrócili tu więcej?
— Mogą wrócić, jeśli zechcą — rzekł łagodnie Dafydd. — Nie szukam zwady,
ale powiedziałem im, że nie wejdą tu i nie wejdą.
— Nie wrócą — stwierdził Brian. — Sir Hugh nie jest aż tak głupi, by tracić
ludzi, nawet dla zdobycia tak cennej karczmy jak ta.
Karczmarz wciąż się krzątał.
79
— . . . a co sobie życzyłby pan do jedzenia i picia, sir Brian? — mówił. — Mam mięsiwa świeże i solone, chleb, owoce. . . piwo, porter, a nawet wina francuskie. . .
Jim słuchał z rosnącym zainteresowaniem.
— A cóż ja mogę dać smokowi? — karczmarz zwrócił się do Jima. — Nie
mam bydła ani świń, ani nawet kóz. Może, jeśli ta poczciwa bestia. . .
— Dick — rzekł surowo Brian — ten szlachcic to sir James Eckert, baron
Riveroak z zamorskiego kraju. Został zamieniony w smoka i w tej postaci widzisz go teraz.
— Ach! Proszę mi wybaczyć, sir Jamesie! — Dick Karczmarz załamał ręce.
Jim gapił się na niego z ciekawością, gdyż nigdy nie widział czegoś takiego. —
Jak mogę naprawić moją głupotę? Trzydzieści trzy lata prowadzę tę karczmę i nigdy jeszcze nie zdarzyło się, bym nie rozpoznał szlachcica, gdy przekroczył mój próg. Ja. . .
— Wszystko w porządku odrzekł zakłopotany Jim. — To zrozumiała pomył-
ka.
— Jesteście, panie, uprzejmi, ale ktoś, kto prowadzi karczmę, nie robi błędów
— zrozumiałych czy też nie — bo inaczej wypada z interesu. Co, w takim razie,
mogę przynieść do jedzenia, sir Jamesie? Będziecie, panie, jedli to samo co inni?
Nie wiem, co jada się w zamorskich krajach. Moja piwnica naprawdę wypełniona
jest różnymi. . .
— Dlaczego nie miałbym tam zejść i rzucić okiem? — rzekł Jim. — Czy
mówiłeś coś o. . . winie?
— Oczywiście. Wino z Bordeaux, z Owernii, z. . .
— Myślę, że miałbym ochotę na odrobinę wina.
Była to przesadna skromność. W chwili gdy karczmarz wspomniał o winie,
Jimowi serce zabiło żywiej. Niemal tak samo jak wtedy, gdy padało słowo „złoto”.
Okazało się, że smoki oprócz zamiłowania do skarbów mają również pociąg do
wina.
— W twojej piwnicy znajdę sobie coś do jedzenia. Nie zawracaj sobie mną
głowy.
— W takim razie proszę iść za mną, sir Jamesie — zaproponował Dick, kie-
rując się w stronę wewnętrznych drzwi. — Myślę, że zmieścicie się tu, panie.
Wejście do piwnicy też powinno być wystarczająco szerokie, a schody dostatecz-
nie dla was mocne, gdyż toczymy tamtędy beczki. . .
Okazało się, że piwnica rzeczywiście mogła stanowić dumę karczmarza. Cią-
gnęła się wzdłuż całej karczmy i pełna była wszystkiego, co można by znaleźć po-cząwszy od średniowiecznego poddasza, a na średniowiecznej zamkowej spiżarni
skończywszy. Odzież, meble, worki zboża, pełne i puste butelki, beczki z trunka-mi. . .
W odległym końcu były ciężkie drewniane belki z hakami, z których zwisały
połcie wędzonego mięsa, a między nimi pokaźne szynki.
80
— Tak — rzekł Jim zatrzymując się przy szynkach — to powinno mi odpowiadać. Gdzie jest wino, o którym mówiłeś?
— Pod przeciwną ścianą, sir Jamesie — powiedział krzątający się Dick. —
W butlach. . . ale może wolelibyście, panie, spróbować tego z beczek, mam większy wybór. . .
Szperał po ciemnych półkach. W końcu podniósł się, trzymając wielkie skó-
rzane naczynie z drewnianą rączką przymocowaną metalowymi klamrami. Na oko
miało pojemność około trzech czwartych galona amerykańskiego. Podał je Jimo-
wi.
— Może popróbujecie, panie, różnych win — wina są z tej strony, piwo i por-
ter z tamtej — a ja tymczasem zaniosę trochę mięsiwa i napojów sir Brianowi
i reszcie. Zaraz wrócę i zaniosę to, co wy, panie, wybierzecie sobie.
— Nie kłopocz się — rzekł przebiegle Jim. — W obecnej sytuacji meble jakoś
nie pasują do mojego smoczego ciała. To trochę żenujące próbować jeść razem
z innymi, którzy są w swej normalnej ludzkiej postaci. Dlaczego nie miałbym
zjeść i wypić tu na dole?
— Jak sobie życzycie, sir.
Dick wyszedł, taktownie zostawiając obok beczek z winem pochodnię
w uchwycie.
Jim zatarł przednie łapy, rozglądając się dokoła. . .
Rozdział 13