— Przyznaję...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- — Proszę pani, jeśli pojedzie pani do siedziby detektywów Dystryktu Zachodniego przy Pięćdziesiątej Piątej i Pine, gdzie podpisze pani dokument...
- Tak więc nie można też ustalić, czy pewne rodzaje literackie ukształtowały się raczej pod naciskiem zjawisk realnych, czy raczej — norm kulturowych jako...
- dobiegł do jej wytężonego słuchu — cichy jak brzęczenie komara daleki dzwonek, za chwilę ponowny • dzwonek, już bliżej, potem stukot...
- Niemniej obawiałem się wyjść z lasu — choć skądinąd było oczywiste, że prędzej albo później wyjść muszę...
- par³ margraf — ale nie jeno przeto, jeno ¿e przez Odrê³acniej siê przeprawiæ, w górnym biegu...
- ciekawe i co mnie osobiście bardzo zaskoczyło — zdałem sobie spra- wę, że czasami pracując mniej i krócej, można było zrobić więcej, niż...
- le jest potrzebny), niedostępnej dla użytkowników i przeznaczonej wy- łącznie na potrzeby administratora, — skonfigurowanie portów...
- wyreperował dach i ściany, wybił otwory i wstawił okna, żeby był przewiew — zmienił całe pomieszczenie tak, że wyglądało prawie jak mieszkanie...
- — Od dawna panowało przekonanie, że rzeka Nil wypływa z wielkich jezior leżących u stóp Gór Księżycowych[46]...
- mogła umknąć uwagi czatowników pilnujących granicy — i niepostrzeżenie prze- dostać się w głąb terenów Armektu...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Pan, pastorze, jednak dopatruje się w nim czegoś nadprzyrodzo-
nego, czego ja nie chcę się dopatrzeć.
Neil roześmiał się cicho.
— Kirk — powiedział — my wszyscy tam u Ludwiga byliśmy takiego czy in-
nego wyznania, wszyscy oprócz ciebie. Ty jesteś agnostykiem, może ateistą dumnym ze swojej niewiary. Wydaje mi się, chłopcze, że spośród nas właśnie ty masz największą szansę odkrycia, jakie znaczenie ma ten dzisiejszy ewenement, i że właśnie ty nam je wyjaśnisz. — Roześmiał się znowu. To nie był śmiech weso-
ły: to był śmiech, który trudno określić. — Może nawet otworzysz z klucza dwie najgłębsze ze wszystkich tajemnic: Dobro i Zło.
Zatrzymał przejeżdżającą taksówkę, po czym pomachał do mnie ręką i wsiadł.
Stojąc na zatłoczonym chodniku, patrzyłem, jak odjeżdża. Lubiłem go i darzyłem podziwem, ale wiedziałem, że nie jestem odkrywcą znaczeń. Życie zawsze wymagało ode mnie akceptowania wielu rzeczy niezrozumiałych: zawiłych procesów,
w wyniku których żywi ludzie wkraczają na martwy Księżyc, pomysłowo zapro-
jektowanych bomb, które mogą zburzyć całe miasta, oraz innych dziwów i po-
zornych cudów. Nie pojmowałem tych rzeczy, a przecież akceptowałem je i nie
szukałem w nich żadnego znaczenia: po prostu są i koniec.
ROZDZIAŁ DRUGI
W tydzień po tej historii u Ludwiga Lorensona złożyłem Neilowi Carltonowi
wizytę późno po południu w jego domu. Dotychczas nasze stosunki towarzyskie
nie obejmowały takich wizyt i nawet nie znałem jego żony. Bywają w przyjaźni dziwne linie uznawane bez sprzeciwu, ponieważ mają one swój sens. Pod wzglę-
dem finansowym nie dorastałem do poziomu Neila i jestem znacznie od niego
młodszy. Towarzystwo, w jakim obracają się państwo Carlton, naturalnie musi
być znacznie starsze niż ja i mieć zupełnie inne zainteresowania. Sztuka stanowi tylko jedną z licznych pasji Neila, toteż dla ludzi, których on spotyka w kręgach artystycznych, po prostu nie ma miejsca na innych torach jego życia.
Siedzieliśmy w bibliotece, pokoju z ciemnymi boazeriami, regimentem ksią-
żek i kilkoma obrazami. Meble tam służą od wielu lat i już się przystosowały.
Jeżeli w pierwszych latach coś mogło razić, z pewnością dawno razić przestało: wszystko teraz znajdowało się akurat tam, gdzie powinno, bez żadnych zgrzy-tów. Był to miły pokój, sprzyjający odprężeniu, przestronny i nie zagracony. Siedzieliśmy naprzeciw siebie po dwóch stronach kominka w wygodnych fotelach,
w których człowiek może siedzieć, nie doznając wrażenia, że się zapada.
Neil miał na sobie sportową marynarkę jasnobrązową w delikatne paski i kasz-
tanowaty wzorzysty krawat. Jego ubranie nigdy nie świadczy o tym, że jest duchownym, chociaż sam często o tym przypomina. Zbudowany krzepko, nie otyły,
ma cerę śniadą nawet w zimie, głowę wyciosaną dosyć topornie, czoło tylko średnio wysokie, małe woreczki pod oczami żywymi i bystrymi, o dziwnym kolorze,
chyba bliskim temu, który nazywamy kolorem piwnym. Włosy ciemne, prawie
czarne, przerzedziły mu się, ale jeszcze nie za bardzo. Ma krótkie, niedbale przystrzyżone brytyjskie wąsy. Podbródek ścięty i mocny. Ukończył chyba pięćdzie-siąt parę lat.
— Prosiłem, żebyś wstąpił do mnie dziś po południu — powiedział — bo
myślałem o tym obrazie. Nie mogłem nie myśleć. Ciekaw byłem, jak ty sobie
z tym radzisz, ponieważ twoje rozważania z pewnością przybierają inną formę.
— Żadnej formy nie przybierają — odpowiedziałem. — Ja po prostu odsze-
dłem od tego obrazu. Każdy z nas zobaczył na nim siebie. Rzecz oczywiście nie-24
możliwa. I ponieważ nie dało się tego logicznie wytłumaczyć, uznałem, że nie warto łamać sobie nad tym głowy. Wcale już o tym nie myślę.
— Szczęściarz z ciebie! Jeżeli potrafisz tak reagować, doprawdy szczęściarz.
Daruj mi jednak, że niezupełnie ci wierzę. N’importe! Myśmy ledwie musnęli
powierzchnię, kiedy wracaliśmy od Ludwiga. Miałem nadzieję, że przez tych parę dni rozwinąłeś jakąś teorię.
— Zadowolę się tą teorią, ale tylko jako przedmiotem do przeprowadzenia
sekcji.
— Ty byś mojej teorii nie zrozumiał. Na to trzeba mieć podstawę z wiary,
a tobie wiary brak. Z wami niewierzącymi zawsze są trudności.
— Przysłuchujemy się grzecznie.
— To za mało. Więcej jest tego, czego nie widzicie, niż tego, co widzicie.
Zresztą nieistotne teraz. Czy wiadomo ci cokolwiek o malarzu, który namalował
ten obraz Ludwiga?
— O Bonifacym Rohlmannie? Nie, nic nie wiem. Zaglądałem do książek,
a mam ich sporo. Nie znalazłem żadnej wzmianki.
Neil przytaknął.
— Ja też zadałem sobie pewną fatygę. W ciężkich sytuacjach zwracam się
do specjalistów. Zadzwoniłem więc do znajomej bibliotekarki, bardzo sprawnej.
Pokryłem koszt jej dwóch rozmów telefonicznych z Europą. W rezultacie dostarczyła mi tylko paru szczegółów i zaklina się, że więcej nie wyszperamy.
— To byłoby ciekawe.
— Dobrze. Ciekawość prowadzi do mądrości.
— I do innych rzeczy.
— Podobno. W każdym razie nasz przyjaciel Rohlmann urodził się w nie-