Richie przekazał butelkę Bobby’emu, który pociągnął sporego łyka, mimo że nie znosił smaku owocowego wina...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Elfowie zrobili wiele pierścieni, lecz Sauron potajemnie zrobił Pierścień Jedyny, który miał wszystkimi innymi rządzić...
- Krtko mwic, produkt narodowy brutto to wynik, ktry otrzymamy wyraajc w jednostkach pieninych ca rnorodno dbr i usug: korn-puterw, pomaracz, usug...
- włącznie, wszystko w tym stylu, który fachowcy nazywają stylem winietowym – sposób malo- wania przypominał wielce Sully'ego – w ulubionych...
- Odwrci si tyem do wiata reflektora i osaniajc oczy przed blaskiem bijcym mu spod ng, sprbowa zajrze w krysztaow gbin jak przez ld, ktry skuwa jezioro...
- – Hej! – krzyknął swym ochrypłym i niemal bezdźwięcznym głosem, który przypominał plusk kamieni wrzucanych do podziemnego jeziora...
- przed laty wieloma przywiózł mu w prezencie pewien bardzo wielki kupiec wprost z Gdań- ska, tliły się kawałki tego czarnego tytoniu, który nosi na paczce...
- da siy sprawiedliwoci, usprawiedliwiono si,iby sprawiedliwe i silne byy razem i aby bypokj, ktry jest najwyszym dobrem...
- Z mieczem Gawaina natarł na Gwydiona, który natychmiast upadł w poprzek łoża, wyjąc i strasznie krwawiąc z wielkiej rany na plecach; po chwili, gdy do przodu...
- Nałgała mu coś o jednym jedynym weekendzie w łóżku z narzeczonym, który poszedł do wojska i zginął, co potem okazało się szczerą prawdą, gdyż...
- zemsty wywrzeć, ogłosił między swymi dworzanami nagrodę temu, kto mu wskaże owego arbitra, który pierwszy po Ketlingowym wniosku zakrzyknął: „Zdrajca i...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Przypuszczał jednak, że jeśli uda mu się upić jeszcze bardziej, to smak przestanie mieć dla niego jakiekolwiek znaczenie. Być może jutro będzie miał kaca i porzyga się jak kot, ale jutro miało nadejść dopiero za tysiące lat. Na razie był ogromnie podniecony samym faktem przebywania w towarzystwie Buddy’ego; chodził dopiero do pierwszej klasy, Repperton zaś, otoczony mitem zła i siły, wywoływał w nim mieszane uczucia strachu i uwielbienia.
- Pieprzone klauny! - warknął ponuro Buddy. - Banda pieprzonych klaunów. Oni to nazywają koszykówką?
- Stado kretynów - zgodził się Richie. - Może z wyjątkiem Barongga. Trzydzieści cztery punkty to nie w kij dmuchał.
- Nie znoszę tego cholernego czarnucha. - Buddy zmierzył Richiego przeciągłym, pijackim spojrzeniem. - Trzymasz z tą małpą z dżungli?
- Skądże znowu - odparł szybko Richie.
- Dam mu kiedyś takiego Barongga, że się nie pozbiera.
- Co wolicie najpierw? - wtrącił się Bobby z tylnego siedzenia. - Dobrą czy złą wiadomość?
- Dawaj złą - zażądał Buddy. Była to jego trzecia butelka, w związku z czym nie czuł już bólu, tylko pełen żalu gniew. Zapomniał - przynajmniej na chwilę - że wyrzucono go ze szkoły. Skoncentrował się wyłącznie na fakcie, że szkolna drużyna, ta banda pieprzonych, niedorozwiniętych matołów, sprawiła mu zawód. - Zawsze mów najpierw złą wiadomość.
Camaro sunęło na północny wschód z prędkością sześćdziesięciu pięciu mil na godzinę po dwupasmowej wstędze asfaltu przypominającej prostą kreskę maźniętą czarną farbą na pofałdowanej białej podłodze. Zbliżając się do Wzgórz Squantic wjeżdżali w coraz bardziej urozmaicony teren.
- No więc, zła wiadomość jest taka, że w Nowym Jorku właśnie wylądowało milion Marsjan - powiedział Bobby. - A teraz chcecie usłyszeć tę dobrą?
- Nie ma żadnych dobrych wiadomości - wycedził ponuro Buddy. Richie pomyślał, że powinien był uprzedzić szczeniaka, iż -Buddy’ego nigdy nie należało rozbawiać na siłę, kiedy znajdował się w takim nastroju, bo prowadziło to tylko do pogorszenia sytuacji. Należało siedzieć z gębą na kłódkę i czekać, aż samo mu minie.
Buddy zachowywał się w ten sposób od chwili, kiedy jakiś wariat rozjechał na John Kennedy Drive tego tłustego okularnika Moochiego Welcha.
- Dobra wiadomość jest taka, że jedzą czarnuchów i szczają benzyną! - dokończył Bobby i natychmiast ryknął śmiechem. Dopiero po dłuższej chwili zorientował się, że nikt mu nie wtóruje, i natychmiast się zamknął. Zerknąwszy przed siebie dostrzegł we wstecznym lusterku wpatrzone w niego, nabiegłe krwią oczy Reppertona i to czerwone, fanatyczne spojrzenie wywołało u niego nieprzyjemny dreszcz strachu. Przemknęła mu niewyraźna myśl, że kto wie, czy nie umilkł o dwie lub trzy minuty za późno.
Daleko za nimi, trzy mile albo nawet więcej, w nocnym mroku niczym dwie maleńkie iskierki błysnęły reflektory jakiegoś samochodu.
- Myślisz, że to śmieszne? - zapytał Buddy. - Opowiadasz jakiś pieprzony rasistowski kawał i myślisz, że to śmieszne? Jesteś cholernym bigotem, wiesz o tym?
Bobby rozdziawił usta.
- Przecież sam powiedziałeś...
- Powiedziałem, że nie lubię Barongga. Generalnie uważam, że czarnuchy są równie dobrzy, jak biali. - Zastanowił się przez chwilę. - No, prawie równie dobrzy.
- Ale...
- Lepiej uważaj, co gadasz, bo jak nie, to wrócisz do domu na piechotę! - parsknął Buddy. - Z rozwalonym łbem. Potem będziesz mógł sobie pisać PRECZ Z CZARNUCHAMI, gdzie tylko zechcesz.
- Och... - pisnął cicho Bobby. Czuł się tak, jakby wyciągnął rękę, żeby włączyć światło, i został niespodziewanie porażony prądem. - Przepraszam.
- Daj mi tę butelkę i stul pysk.
Bobby pośpiesznie wręczył Reppertonowi butelkę z “Texas Driver”. Ręka trzęsła mu się jak w febrze.