Przesuwając się z kamienia na kamień, miała nieodparte wrażenie, że podąża po śladach Ilfaylena...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- A za chwilę Paris miała poprowadzić Park Lane przez parcours - pod okiem Jane Lennox, która zamierzała opuścić tonący statek Jade’a...
- Melanię to wszystko razem więcej śmieszyło, niż irytowało, Felicja była wściekła, miała własne poglądy na nakrycie stołu i nie przywykła, żeby nią ktoś...
- Jak dotąd połączenie wyprawy na zakupy i misji szpiegowskiej szło całkiem nieźle, co wskazywało, że Pedi miała prawdopodobnie rację...
- Córka barona popatrzyła na nią pytającym wzrokiem i usiadła na krześle przy stole, gdyż nie miała siły utrzymać się na nogach...
- Mężczyzna przybyły po tym, który was przed chwilą oczarował, życzył sobie, by przedstawiona mu kobieta miała niestrawność...
- - Gdyby tam miała stale zamieszkać, Poppea pogadałaby o niej z Lokustą, ale przez kilka dni nic jej nie grozi...
- Człowiek mądry daje upust swoim uczuciom społecznym zabiegając o to, by jego grupa miała powodzenie...
- Gavin przybrał minę, która w założeniu miała być poważna, ale dziecinna buzia - No jasne...
- Przestrzeń pośrodku koncentrycznych osłon miała około sześciu metrów średnicy...
- Nie była wielką artystką, miała jednak w sobie to coś, co od wieków inspiruje twórców...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Jakoś udało mu się przecisnąć przez szczelinę. Musiał tędy stąpać, podobnie jak ona; uważać na każdym kroku i w miarę możliwości zachowywać ciszę. Miejsce to nadawało się idealnie na przechowywanie jedynej kopii iluminacji wiążącej Kolczasty Wieniec. W jaskini panował martwy, podniosły nastrój mauzoleum.
Po dotarciu na środek groty obniżyła świecę i zaczęła przypatrywać się mrocznym zakamarkom pod głazami i sterczącymi, granitowymi występami. Była pewna, że kopia znajduje się gdzieś na wyciągnięcie ręki: zloty punkcik został namalowany w samym środku niebieskiego owalu. Ponieważ nic znalazła niczego prócz złóż minerałów i wstrętnych grzybów, skupiła się na kamiennych kolumnach, pnących się po sam sufit.
Wśród grubych, przeplatających się z sobą skalnych żył tworzyły się pasma cieni, czarne otwory i wydłużone szczeliny. Tessa ustawiła świeczkę w stygnącym wosku i zaczęła obmacywać kamienie. Były zimne i gładkie, a miejscami – tam gdzie woda skapywała ze stropu – mokre. Nie znalazłszy niczego w schowkach, do których mogła dosięgnąć, podeszła do następnej kolumny. Ilfaylen musiał być wątłym człowiekiem (w przeciwnym razie nie przeszedłby przez wąski otwór), toteż kopia nie mogła zostać umieszczona zbyt wysoko. Nie wierzyła, że wspinał się po kamieniu – gdyby pod wpływem nacisku struktura kolumny uległa zachwianiu, wszystko mogło się zawalić.
Szarą, upstrzoną bursztynem powierzchnię drugiego słupa zdobiły koronki pęknięć i otworów. Porozrzucane wokoło zwały luźnych kamieni i fragmentów skał budziły w niej lęk. Okrążając kolumnę w poszukiwaniu cieni oznaczających wgłębienia, z trudem utrzymywała równowagę. Niektóre odłamki musiały odpaść od kolumny i zastanawiała się, czy pod wpływem jej ruchów mogą odpaść też inne. Zerknęła do góry, by sprawdzić, czy nie ma tam jakichś podejrzanych rozgałęzień lub wybrzuszeń. Zobaczyła tak wiele niebezpiecznie wyglądających wypukłości, że cofnęła się o krok.
Ledwie dotknęła butem kamienia, ten zachwiał się. Zatoczyła się, lecz zanim upadła, dała susa i chwyciła się kolumny, odzyskując równowagę. Raptem fragment skały odłamał się pod jej dłonią i poleciała całym ciałem na słup. Gdy jej ramię uderzyło o kamień, coś trzasnęło. Cala kolumna zadrżała. Pył szczypał ją w oczy, odłamki sypały się rzęsiście. Zgasło światło. Kiedy zasłoniła rękami głowę przed spadającymi kamykami, wielka skalna płyta roztrzaskała się u jej stóp. Posypały się na nią kamienne odpryski.
Kurz dusił w gardle. Jaskinia napełniła się wielokrotnym echem. Z oddali dobiegały zduszone okrzyki Emitha.
Za wszelką cenę usiłowała zachować spokój i poczekać, aż umilkną echa i wszystko wróci do normy. Z jej lewej ręki i nogi płynęła krew, jednak nie czuła bólu. Pył drażnił gardło i nos, utrudniając oddychanie. Choć wiedziała, że najrozsądniej jest poczekać na Emitha i światło, postanowiła przesunąć się na lewo, z dala od kurzu unoszącego się nad rumowiskiem. Brak świeżego powietrza przypomniał jej wyraźnie noc spędzoną w serowej jaskini.
Położyła lewą dłoń na ziemi, między ostre odłamki skały i obróciła się ostrożnie. Następnie, gdy wyciągała rękę z gruzu, otarła się palcami o coś, co nie przypominało kamienia.
– Cofnijcie się wszyscy, kiedy będę lał naftę! – Krzyk Ravisa wzbił się ponad trzask łamiącego się drzewa i huk padających belek. – Cofnijcie się i nie ruszajcie! – Z owiniętym szmatką drewienkiem w zębach, z huśtającym się u pasa woreczkiem na krzemień, przyciskając do piersi baryłkę nafty, Ravis wspinał się na ostatnie stopnie prowadzące do budynku przy bramie.
Dym buchał gęstymi kłębami – za sprawą stworów – i gryzł go w oczy, gdy stał tuż nad stosem, który ludzie Camrona dopiero co wznieśli z suchego chrustu, trzciny, mebli i tkanin ściennych. Z myślą o zatrzymaniu wroga kilka kroków przed bramą, na ubitym żwirze wewnętrznego dziedzińca przygotowano naprędce ognisko. Lada chwila potwory Izgarda mogły wyważyć bramę. Najwyższa pora, żeby dać im nauczkę.
Jeśli chcą się pobawić ogniem, zgoda. Dźgnął nożem w baryłkę i podważył dekiel. Niech pokażą, jak pięknie umieją się palić.