- Proszę wybaczyć - wmieszałem się - ale nam się strasznie śpieszy...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- — ProszÄ™ pani, jeÅ›li pojedzie pani do siedziby detektywów Dystryktu Zachodniego przy PięćdziesiÄ…tej PiÄ…tej i Pine, gdzie podpisze pani dokument...
- proszę o zwięzłe streszczenie ostatnich wydarzeń obecnego tu kapita- na Tonkaia, który z mojego polecenia kierował dotąd śledztwem...
- Z mieczem Gawaina natarł na Gwydiona, który natychmiast upadł w poprzek łoża, wyjąc i strasznie krwawiąc z wielkiej rany na plecach; po chwili, gdy do przodu...
- bitwie dostał takie straszliwe cięcie mieczem przez twarz, że mu wypłynęło lewe oko i na21resztę życia pozostała głęboka blizna...
- - Dlaczego? Proszę cię, Holden! Nie będę ci przeszkadzała, tylko pojadę razem z tobą...
- ostrożnie, proszę!) na samym sobie...
- – Proszę mnie z nią połączyć...
- Smocza Skała nigdy dotąd nie wydawała mu się tak mroczna i straszna...
- jako zakładnik, wszedł do miasta i postanowił go wykraść i zbiec do Judei; następnie korzystając z tego, że Kasjusz musiał spiesznie podążać przeciwko...
- porozumiewawczo skinął Halley’owi, wmieszał się w tłum i niezauważony przez Lucy opuścił statek...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Najwyższy czas!
- Najwyższy czas? - Pani Zalewską zmierzyła mnie druzgocącym wzrokiem. -
Przecież pociąg odchodzi dopiero za dwie godziny! Do tego czasu chce pan pewnie jeszcze spoić to biedne dziecko.
Pat nie mogła powstrzymać śmiechu.
- Nie, proszę pani. Musimy pożegnać się jeszcze z resztą naszej paczki.
Mama Zalewską potrząsnęła niedowierzająco głową.
- Ach, panno Hollmann, pani myśli, że ten młodzieniec to brylant. A to tylko szkiełko... i to od kieliszka.
- Poetyczny obraz! - zauważyłem.
- Moje dziecko - jęknęła pani Zalewską, porwana nawrotem czułości. - Niech pani wraca jak najszybciej! Pani pokój będzie zawsze czekał. Nawet gdyby sam cesarz w nim zamieszkał, musiałby się wyprowadzić, gdy pani się zjawi.
- Dziękuję pani bardzo. Za wszystko. Także za wróżenie z kart. Zapamiętałam sobie wszyściuteńkie rady i ostrzeżenia.
- To bardzo ładnie z pani strony. Niechże pani sobie uczciwie odpocznie i wróci całkiem zdrowa!
- Tak, postaram siÄ™. Do widzenia, droga pani. Do widzenia, Frydo.
Wyszliśmy. Drzwi od korytarza trzasnęły za nami. Klatka schodowa była na wpół ciemna - parę żarówek przepaliło się. Pat milczała, zstępując lekkim, miękkim krokiem ze schodów. Miałem takie wrażenie, jak gdyby skończył się nasz urlop i jakbyśmy szli o szarym świcie na dworzec, ażeby wyruszyć z powrotem na front.
Lenz otworzył drzwiczki taksówki.
- Uwaga! - ostrzegł.
Wóz wyładowany był po brzegi różami. Dwa olbrzymie naręcza białych i czerwonych pąków leżały na tylnych siedzeniach. Poznałem natychmiast, skąd pochodzą kwiaty: ogród katedralny.
- Ostatnie - wyjaśnił Gotfryd wielce zadowolony z siebie. - Zdobycie ich było połączone z pewnymi trudnościami. Musiałem dłuższy czas dyskutować na ten temat z proboszczem.
- Czy on miał takie błękitne, dziecięce oczy? - spytałem.
- Ach, więc to o ciebie chodziło! Opowiadał mi o tobie! Był ogromnie rozczarowany, kiedy się zorientował, dlaczego odbywamy pielgrzymki do Stacji Męki Pańskiej. Myślał, że znowu wzrasta pobożność wśród mężczyzn.
- Ale pozwolił ci wynieść tyle kwiatów?
- Doszliśmy do porozumienia. W końcu pomagał mi je nawet zrywać.
Pat roześmiała się.
- NaprawdÄ™?
Gotfryd mrugnÄ…Å‚ porozumiewawczo.
- Oczywiście! Wspaniale to wyglądało, kiedy ksiądz niemal po ciemku skakał
do najwyższej gałęzi. Opanowała go po prostu gorączka sportowa. Opowiadał mi zresztą, że w czasach szkolnych był niezłym graczem w piłkę nożną. Prawy skrzydłowy, zdaje mi się.
- Namówiłeś księdza do kradzieży. To kosztuje ładne paręset lat pobytu w piekle. Ale gdzie się podziewa Otto?
- Jest już u Alfonsa. Bo przecież pójdziemy chyba do Alfonsa?
- Naturalnie - potwierdziła Pat.
- No, to jazda!
U Alfonsa podano nam zająca szpikowanego słoninką, z czerwoną kapustą i duszonymi jabłuszkami. Po uczcie gospodarz na zakończenie nastawił płytę z chórem dońskich kozaków. Była to cicha pieśń, przy której chór wtórował stłumionymi głosami jak dalekie organy. Jeden tylko samotny, dźwięczny głos unosił się na ich tle.
Wydawało mi się; że oto otwierają się bezgłośnie drzwi, wychodzi z nich zmęczony wiekiem starzec, siada w milczeniu przy stole i słucha pieśni swej młodości.
- Dzieci - rzekł Alfons, gdy szmer chóru ściszał się i bladł, aż wreszcie rozwiał się niby westchnienie. - Wiecie, o czym muszę zawsze myśleć, słuchając tego chóru? O Ypres... pamiętasz, Gotfryd, w marcu 1917 roku. O jednym takim wieczorze, kiedyśmy siedzieli z Bertelsmannem...
- Tak, pamiętam doskonale. Alfonsie. To był wieczór, kiedy kwitły czereśnie...
Alfons kiwnął głową.
Köster wstał.
- Zdaje mi się, że czas na nas. - Spojrzał na zegarek. - Tak, musimy się śpieszyć.