- Dlaczego? Proszę cię, Holden! Nie będę ci przeszkadzała, tylko pojadę razem z tobą...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Czy to ojczyzna moze byc kiedyniekiedy, byc i nie byc na przemian? Ojczyzna moze byc tylko kraj stanowiacy nieprzerwalnie teren historyczny narodu, i to teren centralny...
- Najczęściej wolno ci tylko kopiować pliki z serwera, ale często możesz także kopiować własne pliki na serwer do specjalnie w tym celu utworzonego katalogu...
- – Kiedy tylko dotrzemy tam, gdzie majÄ… w miarÄ™ rozwiniÄ™ty przemysÅ‚ – dodaÅ‚ po chwili – bÄ™dziemy musieli sprawić sobie trochÄ™ odtylcowych...
- Już dawniej kilka razy udało mi się wślizgnąć między Żydów pracujących we dnie poza gettem; kontrola nie była ścisła, chyba tylko wariat pchałby...
- Przez chwilę wahała się - to, co chciała zrobić, nie było zakazane przez zwyczaj, ale mógł dokonać tego tylko ktoś bardzo poruszony, w sytuacji, która go...
- się krew we mnie rozgrzeje, zapomnę, żeś kobietą i piękną! Zaprawdę, mogę ujrzeć tylko szpiega, co tym dla mnie wstrętniejszy, że jego panem Rzymianin!...
- „Jakie to miłe, że wszystko, na co tylko mamy ochotę, możemy zanieczyścić pewnymi substancjami, takimi jak: tlen, ozon, azot, argon albo parą czy jakąś biotą...
- Mimo to na ich widok czterej Neimoidianie nie tylko nie opuścili posterunku przed drzwiami apartamentu wicekróla, ale opuścili broń w geście ostrzeżenia...
- tylko jeden, podczas gdy żydowscy komuniści dostarczyli, jakże licznych zbrodniarzy, wcale nie mniejszych pod względem rozmiarów zbrodniczości od...
- I CZELADNIK A on, wicie, jeszcze jedno, wicie, ma cierpienie, towarzyszu mistrzu: on się kocha w naszym tym perwersyjnym aniołku tylko temu, co ona jest...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Jeżeli nie chcesz, żebym zabierała te rzeczy, to zostawię wszystko... Wezmę tylko...
- Nic nie weźmiesz. Bo nigdzie nie pojedziesz. Wyruszam sam. Więc przestań gadać tyle.
- Proszę cię, Holden, proszę! Będę bardzo, bardzo, bardzo... Nawet nie zauważysz...
- Nie. Dość gadania. Daj mi to - powiedziałem odbierając jej walizę.
Byłem prawie gotów uderzyć małą Phoebe. Już, już byłbym ją trzepnął. Słowo daję. Phoebe zaczęła płakać.
- O ile mi wiadomo, miałaś w tym widowisku grać rolę Benedykta Arnolda - powiedziałem. A powiedziałem to bardzo złośliwym tonem. - Czego chcesz? Wyrzekasz się tego występu czy co, na miłość boską?
Phoebe rozpłakała się na dobre. Byłem zadowolony. Chciałem w tym momencie, żeby płakała, żeby sobie oczy wypłakała na amen. Prawie że jej nienawidziłem w tej chwili. Zdaje mi się, że nienawidziłem jej przede wszystkim za to, że nie będzie grała w tym przedstawieniu, jeżeli pojedzie ze mną na zachód.
- Chodź - powiedziałem, i zawróciłem schodami pod górę do muzeum. Wykombinowałem, że oddam tę głupią walizę, którą Phoebe przytaszczyła do szatni, a smarkula odbierze ją sobie, jak o trzeciej będzie wracała ze szkoły do domu. Oczywiście nie mogła zabierać walizy do szkoły. - No, chodź - powtórzyłem.
Ona jednak nie poszła za mną. Nie zważając na to, odniosłem walizę do szatni i oddałem na przechowanie, a potem zbiegłem z powrotem do Phoebe. Stała jak mur na chodniku, ale odwróciła się ode mnie plecami, kiedy podszedłem bliżej. Taka już jest Phoebe. Jeżeli się obrazi, odwraca się plecami.
- Wiesz, właściwie ja także nigdzie nie pojadę. Rozmyśliłem się. Przestań więc beczeć i nie gadaj tyle - powiedziałem. Głupio, bo ona przecież nic od dawna nie gadała, a teraz nawet już przestała płakać. No, ale tak powiedziałem. - Chodź, Phoebe. Odprowadzę cię do szkoły. Chodźże. Inaczej się spóźnisz.
Nic nie odpowiedziała, tylko zmiękła. Chciałem ją wziąć za rękę, ale nie pozwoliła. Wciąż odwracała się ode mnie uparcie.
- Lunch jadłaś? Powiedz, jadłaś co? - spytałem.
Milczała dalej. Za całą odpowiedź zerwała z głowy czerwoną dżokejkę - tę, którą dostała ode mnie - i cisnęła mi ją niemal prosto w twarz. Potem znów się odwróciła plecami. Aż mnie zatkało, ale nic nie mówiąc podniosłem czapkę i schowałem do kieszeni palta.
- No, chodź, odprowadzę cię do szkoły - powtórzyłem.
- Nie pójdę więcej do szkoły!
Nie miałem pojęcia co zrobić wobec tego oświadczenia. Przez chwilę stałem osłupiały.
- Musisz iść do szkoły. Przecież chcesz występować w przedstawieniu, prawda? Chcesz grać Benedykta Arnolda.
- Nie.
- Na pewno chcesz. Założę się, że chcesz. No, chodź, pójdziemy razem - powiedziałem. - Przede wszystkim ja także nigdzie się już nie wybieram. Słyszysz? Wracam do domu. Odprowadzę cię do szkoły i zaraz idę do domu. Wstąpię tylko na dworzec po walizki, a potem już prosto do domu...
- Powiedziałam ci, że nie pójdę więcej do szkoły. Możesz sobie robić, co ci się podoba, ale ja i tak do szkoły nie pójdę - odparła. - Więc zamknij buzię.
Pierwszy raz w życiu Phoebe powiedziała do mnie: "Zamknij buzię". Zabrzmiało to okropnie. Gorzej niż gdyby mnie sklęła i w dalszym ciągu nie chciała na mnie patrzeć, a ilekroć próbowałem położyć rękę na jej ramieniu czy dotknąć jej, otrząsała się ze złością.
- Słuchaj, może zgodzisz się iść na spacer? - spytałem. - Może chcesz, żebyśmy poszli razem na przykład do zoo? Jeżeli pozwolę ci nie wracać dzisiaj do szkoły i wezmę cię na spacer, dasz spokój tym wszystkim bzdurom, dobrze?
Nie odpowiedziała, więc zacząłem raz jeszcze od początku:
- Jeżeli pozwolę ci zwagarować dzisiaj ze szkoły i pójdę z tobą na mały spacerek, machniesz ręką na te głupstwa, dobrze? Pójdziesz jutro rano znów do szkoły jak grzeczna dziewczynka?
- Może tak, a może nie - powiedziała. Nagle puściła się pędem w poprzek jezdni, nie patrząc wcale, czy nie jedzie jakiś samochód. Niezły wariat czasem z tej małej. Nie pobiegłem jednak za nią. Wiedziałem, że to ona za mną pójdzie, więc ruszyłem w kierunku zoo, wzdłuż parku; Phoebe szła równolegle do mnie po drugiej stronie ulicy. Nie oglądała się niby na mnie, ale byłem pewny, że kątem oka zerka i uważa, dokąd idę i co robię. W ten sposób zawędrowaliśmy aż do zoo. Raz tylko zdenerwowałem się, kiedy przejeżdżał piętrowy autobus i zasłonił mi widok na przeciwległy chodnik, tak, że przez chwilę nie wiedziałem, co się dzieje z Phoebe. Ale gdy znaleźliśmy się wreszcie u wejścia do zoo, krzyknąłem poprzez jezdnię: "Phoebe!
Ja idę do zoo! Chodź ze mną!" Nie patrzyła na mnie, ale wiedziałem, że usłyszała, a kiedy schodząc po schodach obejrzałem się, zobaczyłem, że Phoebe przechodzi przez ulicę i dalej idzie moim śladem.
W zoo nie było tłoku z powodu szkaradnej pogody, ale trochę ludzi zebrało się nad basenem, w którym pływały foki. Zamierzałem minąć to miejsce, ale Phoebe zatrzymała się, chciała widać przyjrzeć się karmieniu fok, bo właśnie jakiś facet rzucał im ryby. Zawróciłem więc, stanąłem sobie za plecami małej i spróbowałem niby od niechcenia połączyć ręce na jej ramionach. Phoebe jednak ugięła kolana i wymknęła mi się natychmiast. Bywa okropnie zawzięta, jeżeli jej coś strzeli do głowy. Stała cały czas, póki foki nie przestały jeść, a ja stałem tuż za nią. Nie próbowałem już więcej kłaść rąk na jej ramionach ani zaczepiać jej, bo gdybym to zrobił, pewnie by mi uciekła na amen. Dzieci mają swoje dziwactwa. Trzeba dobrze uważać, żeby ich nie spłoszyć.
Kiedy w końcu odeszliśmy od fok, Phoebe nie chciała iść ze mną, ale trzymała się w pobliżu. Ja szedłem jednym skrajem chodnika, ona - drugim. Nie było to wielkie osiągnięcie, ale bądź co bądź postęp; nie dzieliło nas już pół świata jak przedtem. Zawędrowaliśmy tak w głąb zoo, do misiów, na tę ich górkę, ale nie bawiliśmy tam długo, bo niewiele było do oglądania. Tylko jeden niedźwiedź - polarny - pokazał nos, drugi - ten brunatny - siedział w swojej jaskini i nie chciał z niej wy leźć. Ledwie można było dostrzec jego zad. Tuż obok mnie stał malec w kowbojskim kapeluszu, który mu wpadał na oba uszy, i powtarzał w kółko" "Niech tatuś mu każe wyleźć. Tatusiu, niech tatuś mu każe..." Spojrzałem na Phoebe, ale nie chciała się roześmiać. Dzieci, kiedy się obrażą, takie już są. Ani się nie śmieją, ani nic.