Podniosła papierosa do ust i przypaliła go, ufając, że ten gest zaświadczy przed obydwoma mężczyznami o jej spokoju...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Schemat A2Zalenoci wystpujce midzy rozwojem public relations w Niemczech i w Stanach ZjednoczonychPraktyka PR w Niemczech przed 1945 rokuPraktyka PR...
- A ktokolwiek si komu o pewny dug zapisa, y do Grodu firma inscriptione [mocnym zapisem] odpowiada si podda dobrowolnie, bd przed mierci, abo iu y po mierci...
- czstki (przed zmierzeniem jej cech), ktra nie znajduje si nigdziew przestrzeni i czasie? Jeli za jeden obiekt uwaa to, co jestopisywane przez jeden wektor...
- Odwrci si tyem do wiata reflektora i osaniajc oczy przed blaskiem bijcym mu spod ng, sprbowa zajrze w krysztaow gbin jak przez ld, ktry skuwa jezioro...
- Kramy po obu stronach ulic by³y zbudowane wszystkie wed³ug wzoru i nieomal tej samej wielkoœci, a przed ka¿dym sklepem rozpiêty by³ parasol z p³ótna ¿aglowego,...
- przed laty wieloma przywiózł mu w prezencie pewien bardzo wielki kupiec wprost z Gdań- ska, tliły się kawałki tego czarnego tytoniu, który nosi na paczce...
- Mimo to na ich widok czterej Neimoidianie nie tylko nie opuścili posterunku przed drzwiami apartamentu wicekróla, ale opuścili broń w geście ostrzeżenia...
- naszych ewolucyjnych uprzedzeń mamy skłonność do myślenia o początku wszechświata jak o pewnej szczególnej chwili, przed którą wszechświat nie...
- - Ale Thrawn jest inny? diousa nie obejmował zlikwidowania wszystkich świadków, aby nic nigdy nie przed- - Thrawn to dorosła wersja - odparła...
- Bój na przebicie był szybki, błyskawiczny, trwał krótko pląs kling, brzęk, zgrzyt - i oto przed oczami hobbita już rozwarła się zbawcza czerń nocy...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Wypuściła pierwszy kłąb dymu i przełknęła ślinę. Gardło miała nieprzyjemnie suche. Gwałtownie potrzebowała wódki. Albo paru wódek. Albo pięknego, silnego, milczącego mężczyzny, z którym kochałaby się do utraty przytomności.
- I co teraz? - spytała tak opanowanym głosem, na jaki było ją stać.
Cesar popatrzył na Muńoza, a ten na Julię. Stwierdziła, że jego wzrok na powrót zmętniał, życie zeń uleciało, jakby to wszystko przestało szachistę interesować do czasu kolejnego posunięcia.
- Czekamy - powiedział Muńoz, pokazując szachownicę. - Teraz jest ruch czarnych.
Menchu była niezwykle podniecona, ale nie z powodu tajemniczego gracza. W miarę opowieści Julii jej oczy coraz bardziej upodabniały się do spodków, aż do chwili kiedy wytężywszy słuch, można było dosłyszeć niedyskretny brzęk kasy podliczającej ostateczną sumę. Bez wątpienia w sprawach pieniędzy Menchu zawsze wykazywała pazerność. A w tym momencie, podliczając przyszłe wpływy, wykazywała ją w szczególności.
Jest pazerna i lekkomyślna - dodała w duchu Julia - skoro na wieść o ewentualnym mordercy lubiącym szachy ledwie okazała zaniepokojenie. Menchu wolała zachowywać się wobec problemów zgodnie z tym, co jej dyktowała własna osobowość - jakby tych problemów nie było. Niezdolna do skupiania uwagi na jakiejś sprawie przez dłuższy czas, może dodatkowo znużona obecnością w domu goryla w postaci Maxa - co utrudniało inne manewry - właścicielka galerii postanowiła zmienić swój punkt widzenia. W jej mniemaniu wszystko to było teraz ciągiem zdumiewających zbiegów okoliczności albo dziwacznym żartem, najpewniej niegroźnym, wykoncypowanym przez kogoś o szczególnym poczuciu humoru, kogoś, czyje motywy były dla niej za mądre. Tę wersję uznała za bardziej uspokajającą, zwłaszcza wobec sporych zarobków czekających na nią po drodze. A co do śmierci Alvara, czy Julia nigdy nie słyszała o pomyłkach w śledztwie...? Weźmy zamordowanie Zoli przez tego Dreyfussa czy na odwrót. Albo Lee Harveya Oswalda czy inne podobne wpadki. Poza tym każdemu mógł się przydarzyć upadek w wannie. No, prawie każdemu.
- Jeśli chodzi o van Huysa, zobaczysz, zgarniemy mnóstwo kasy.
- A co robimy z Montegrifem?
W galerii było niewielu klientów - dwie panie w dojrzałym wieku, dyskutujące przy dużym oleju marynistycznym o klasycznej fakturze, oraz jakiś ciemno ubrany mężczyzna, który przeglądał teczki z grafikami. Menchu oparła dłoń na biodrze niczym na kaburze pistoletu, zatrzepotała teatralnie rzęsami i powiedziała cicho:
- Nie będzie miał wyboru, maleńka.
- Sądzisz?
- Mówię ci. Albo się zgodzi, albo wojna między nami - zaśmiała się władczo. - Mamy twoje badania historyczne, mamy wspaniały scenariusz o księciu Ostenburga i tej czarnej owcy, jego ślubnej. Przy takiej historii w Sotheby’s czy w Christie's witają nas z otwartymi ramionami. A Paco Montegrifo ma dobrze pod kopułą... - Nagle coś sobie przypomniała. - Racja, dziś wieczorem jesteśmy z nim umówione na kawę. Zrób się na bóstwo.
- Jesteśmy?
- Ty i ja. Dzwonił rano, słodziutki jak karmelek. Ma skubaniec nosa.
- Mnie w to nie mieszaj.
- Ja cię wcale nie mieszam. Sam nalegał, żebyś przyszła. Nie wiem, coś ty mu zrobiła, dziewczyno. Taka mizerotka.
Obcasy ręcznie szytych, potwornie drogich, ale dwa centymetry za wysokich butów Menchu zostawiały na beżowej wykładzinie nieprzyjemne ślady. W jej galerii, na wielkich przestrzeniach spowitych odbitym od ścian światłem, panoszyła się - jak to określał Cesar - sztuka prostacka: głównie akryle i gwasze połączone z kolażami, płócienne płaskorzeźby na zmianę z zardzewiałymi kluczami francuskimi albo plątaniny plastikowych rur zlepione z kierownicami pomalowanymi na błękitno. I tylko gdzieniegdzie, w dalszych zakątkach, pojawiał się bardziej konwencjonalny portret czy pejzaż, sprawiając wrażenie nieproszonego gościa, który jednak służy jako dowód szerokich gustów pretensjonalnej gospodyni. Mimo to galeria przynosiła Menchu pieniądze. Sam Cesar musiał to niechętnie przyznać, wspominając z rozrzewnieniem czasy, kiedy byle gmina nie mogła się obejść w swojej sali konferencyjnej bez uczciwego obrazu comme il faut[17], adekwatnie spatynowanego, w grubej, złoconej ramie. Następne pokolenia, które wprowadziły się do tych samych gabinetów po uprzednich wizytach najmodniejszych, kosztownych dekoratorów, wolały już obłędne wymysły postindustrialne, zgodne z duchem epoki: plastikowe pieniądze, plastikowe meble, plastikowa sztuka.
Ot, paradoksy życia. Menchu i Julia przyglądały się teraz dziwnej kombinacji czerwieni i zieleni, ilustrującej wydumany tytuł Uczucia, która wyszła kilka tygodni wcześniej spod pędzla Sergia, najnowszego oblubieńca Cesara. Był to obraz, który antykwariusz sam im zarekomendował, aczkolwiek, trzeba przyznać, spuścił uczciwie wzrok, kiedy o nim mówił.
- Tak czy inaczej sprzedam go - westchnęła z rezygnacją Menchu, gdy już obydwie się nań napatrzyły. - W sumie wszystko da się sprzedać. Nie uwierzysz, co?
- Cesar jest ci bardzo wdzięczny - powiedziała Julia. - Ja też.
Menchu potarła z wyrzutem nos.
- To mnie właśnie denerwuje. Że jeszcze się wstawiasz za tą całą zgrają twojego antykwariusza. Ta stara ciota mogłaby się już nieco ustatkować.
Julia potrząsnęła zaciśniętą pięścią przed nosem przyjaciółki.
- Daj mu spokój. Wiesz dobrze, że Cesar to święty człowiek.
- Wiem, wiem. Ciągle nic, tylko Cesar to, tamto, siamto, od kiedy cię znam... - popatrzyła udręczona na obraz Sergia. - Powinniście oboje iść do psychoanalityka i zabić mu klina. Już was widzę razem na kozetce, jak nawijacie mu tę freudowską gadkę: “Widzi pan, panie doktorze, od dzieciństwa nie chciałam posuwać się z ojcem, wolałam tańczyć walca z antykwariuszem. Który notabene jest pędzlem, ale mnie uwielbia...” Zwątpiłby, dzidzia.
Julia patrzyła na przyjaciółkę, ale nie zdobyła się nawet na uśmiech.