Anielskie hufce Giotta z małego, błękitnego sklepienia kościółka w Padwie, a obok nich Hamlet kroczący z uwieńczoną Ofelią, piękne symbole wszelkiego smutku...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Jeśli rodzice nie dadzą dziecku doświadczyć miłości, jeśli nie ujawnią swoim zachowaniem, że samo jego istnienie jest dla nich radością, dziecko odwróci od...
- W pewien sposób cieszyła się, że Egwene oraz jej przyjaciółek tu nie ma, cieszyła się, że nie może widzieć ich twarzy, a na nich, być może, piętna...
- - Niedobitki Shaido wycofują się na północ - oznajmiła ponuro Amys - a coraz ich więcej przekracza Mur Smoka, jednak Rand al'Thor najwyraźniej o nich...
- Żadne z nich nie spoglądało na porucznika Ajaxa wrogo, ale admirał Harrington w ogóle rzadko tak na kogoś spoglądała, a nie na darmo nosiła...
- — Oskrzydlamy? — Powiedz mu po prostu, że uderzamy na nich od zachodu...
- nowy obrzęd chrztu wodą i uczył naród, iż trzeba żałować za swoje grzechy oraz oczyścić się z nich przez chrzest...
- Z początku wcale o nich nie myślał, potem, gdy mu coraz częściej wpadały w oczy lub pod rękę, zaczął doświadczać wyrzutów sumienia...
- „Królewską Eksploatacją Połowów Pereł z Ellebubu”, stanowią jego wyłączną własność prywatną i że wstęp do nich jest surowo wzbroniony...
- zobaczymy… (po chwili) A dlaczegoż to on teraz już tak się absztyfikuje, myśli gotów zgadywać… przecie nie z czułości, bo któż by patrząc na nich...
- pośród nich, bezradnych w obliczu śmierci, rozlewał ich krew wzdłuż High Road i podpalał ją...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Gdyby nawet te wszystkie piękne postacie żyły również w tysiącach innych serc, to istnieje jeszcze dziesięć tysięcy innych, nieznanych obrazów i dźwięków, których ojczyzna, widzące oko i słyszące ucho żyją jedynie we mnie. Stary szpitalny mur pełen plam starej, zwietrzałej, szarej zieleni, mur, pod którego rysami i pęknięciami można się domyślać tysięcy fresków - kto mu odpowiedział, kto przyjął go do swej duszy, kto go kochał, kto odczuwał czar jego łagodnie zamierających barw? Stare księgi mnichów z delikatnie połyskującymi miniaturami i przez własny naród zapomniane książki niemieckich poetów sprzed stu i dwustu lat, wszystkie te zniszczone i zbutwiałe tomy, druki i rękopisy dawnych muzyków, owe sztywne, pożółkłe nuty, na których zastygły w tony zaklęte marzenia - kto wsłuchał się w ich mądre, szelmowskie i tęskne głosy, kto niósł w sercu ich ducha, ich czar przez inny, obcy im czas? Kto zachował w pamięci mały, uparty cyprys, stojący wysoko nad wzgórzem Gubbio, złamany i rozdarty kamiennym zwałem, cyprys, który mimo to przetrwał i wypuścił nowy, mizerny pęd? Kto oddał sprawiedliwy hołd pracowitej właścicielce mieszkania na pierwszym piętrze i jej lśniącej czystością araukarii? Kto czytał nocą chmurne znaki przeciągających nad Renem mgieł? Wilk stepowy. I kto na gruzach swego życia szukał jego rozwiewającego się sensu, kto znosił to, co pozornie niedorzeczne, przeżywał to, co na pozór obłędne, i nawet w ostatnim szalonym chaosie żywił skrytą nadzieję na objawienie się i bliskość Boga?
Przytrzymałem kieliszek, który gospodyni chciała mi znów napełnić, i wstałem. Nie potrzebowałem już wina. Zabłysnął złoty ślad, odżyło wspomnienie wieczności, Mozarta, gwiazd. Mogłem znowu przez godzinę oddychać, żyć, istnieć, nie musiałem znosić cierpień ani lęku, ani wstydu. Kiedy wyszedłem na cichą już ulicę, dzwonił wokół latarń drobny kapuśniaczek, smagany zimnym wiatrem, i migotał szklanym blaskiem. A teraz dokąd? Gdybym w tej chwili miał moc czarodziejską, to życzyłbym sobie małej, ładnej salki w stylu Ludwika XVI, gdzie kilku dobrych muzyków zagrałoby mi dwa, trzy utwory Händla i Mozarta. Miałbym teraz do tego odpowiedni nastrój i rozkoszowałbym się chłodną, szlachetną muzyką, jak bogowie rozkoszują się nektarem. Ach, gdybym miał teraz jakiegoś przyjaciela, który gdzieś, na jakimś poddaszu, medytowałby przy świeczce i miał pod ręką skrzypce! Jakże chętnie wśliznąłbym się w jego nocną ciszę, wspiąłbym się delikatnie po krętych schodach, zaskoczyłbym go znienacka i spędzilibyśmy parę nieziemskich nocnych godzin na rozmowie i muzyce! Niegdyś, w minionych latach, często było mi dane zakosztować takiego szczęścia, ale z czasem i to oddaliło się ode mnie i oderwało, zwiędłe lata leżały między tym, co jest tutaj, a tym, co było tam. Pełen wahania ruszyłem w stronę domu, wysoko podniosłem kołnierz palta i uderzyłem laską w mokry bruk. Choćbym nie wiem jak wolno odbywał tę drogę, przecież w końcu i tak znajdę się znowu w mojej mansardzie, w mojej małej, iluzorycznej ojczyźnie, której nie lubię, bez której jednak obyć się nie mogę, minęły bowiem dla mnie czasy, kiedy potrafiłem spędzić dżdżystą zimową noc, biegając pod gołym niebem. Ale, w imię Boże, nie chciałem dopuścić do tego, aby mi deszcz, artretyzm czy araukaria zepsuły dobry nastrój tego wieczoru, i chociaż nie mogłem mieć orkiestry kameralnej ani znaleźć samotnego przyjaciela ze skrzypcami, to owa piękna melodia grała w mej duszy i nucąc cicho z miarowym oddechem, mogłem ją sobie choć w przybliżeniu odtworzyć. W zamyśleniu szedłem dalej. Owszem, można się obyć bez muzyki kameralnej i bez przyjaciela i, rzecz śmieszna, dać się trawić bezsilnemu pragnieniu ciepła. Samotność jest niezależnością, życzyłem jej sobie i zdobyłem ją po długich latach. Jest zimna, o tak, ale jest też cicha, cudownie cicha i wielka, jak zimne, ciche przestworza, po których wirują gwiazdy.
Z jakiejś dansingowej sali, którą mijałem, buchnęła na mnie gorąco i brutalnie, jak odór surowego mięsa, hałaśliwa muzyka jazzowa. Przystanąłem na chwilkę; choć ten rodzaj muzyki był mi wstrętny, miał jednak zawsze dla mnie tajemniczy urok. Nie lubiłem jazzu, ale zdecydowanie wolałem go od dzisiejszej muzyki akademickiej, gdyż swoją radosną pierwotną dzikością trafiał głęboko również i w mój świat popędów i tchnął naiwną, uczciwą zmysłowością.