najmocniejszymi światłami, wyłapywał bezbłędnie wszystkie te znaki, które muludzie wskazywali, i przystawał jak gdyby na pamięć, ani bliżej, ani dalej...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Bóg to radość, Bóg to szczęśliwość, Bóg to zdrowie, Bóg to swoboda, Bóg to przyjemność, Bóg to wygoda i wszystko, co najlepsze...
- Elfowie zrobili wiele pierścieni, lecz Sauron potajemnie zrobił Pierścień Jedyny, który miał wszystkimi innymi rządzić...
- Ulice Mardecin wybrukowane były granitowymi płytami, wytartymi przez całe pokolenia stóp i kół wozów, wszystkie zaś budynki zbudowano albo z cegły, albo z...
- wĹ‚Ä…cznie, wszystko w tym stylu, ktĂłry fachowcy nazywajÄ… stylem winietowym – sposĂłb malo- wania przypominaĹ‚ wielce Sully'ego – w ulubionych...
- Wszystkie typy pracy wymagają od człowieka umiejętności współpracy z innymi, organizowania własnej pracy, radzenia sobie ze stresem, nawiązywania kontaktu,...
- Kramy po obu stronach ulic by³y zbudowane wszystkie wed³ug wzoru i nieomal tej samej wielkoœci, a przed ka¿dym sklepem rozpiêty by³ parasol z p³ótna ¿aglowego,...
- „Jakie to miłe, że wszystko, na co tylko mamy ochotę, możemy zanieczyścić pewnymi substancjami, takimi jak: tlen, ozon, azot, argon albo parą czy jakąś biotą...
- Jest to przede wszystkim wyraz błagania… a jednak czai się w nim podejrzenie! Ach, do licha z tymi podejrzeniami! Gdybym chciał o nim rozpowiadać, zrobiłbym to już...
- W przypadku zabójstw pod wpływem silnego wzburzenia, usprawiedliwionego okolicznościami, zabójstwo ma przede wszystkim charakter agresji emocjonalnej -i często w...
- Jak stosować zawarty układA naprzód, co się dotyczy tego wszystkiego, co wyżej wspomnianą umowę ma wprowadzić w zastosowanie; umowę zawierającą, jak...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Tylko że za każdym razem, gdy znów ruszał, wydawało się, że już nie ruszy.
Nadymał się, stękał, wpadał w jazgotliwe drżenie, aż ludzi strach ogarniał.
Niektórzy starali się go nawet zachęcać niczym konia z pełną furą pod górę,
dodawali mu otuchy lub przywołując imię Boże, złorzeczyli na tych, co wysiedli,
że to przez nich teraz nie ruszy. Niektórzy
96
krzyczeli do kierowcy, nie przystawać więcej, jechać, nie przystawać! Toteż gdy
udało mu się wreszcie ruszyć, z wszystkich ust wyrywało się westchnienie ulgi. I
tak toczył się, a choć z trudem, nic nie wskazywało na to, że się może nie
dotoczyć do Włostowa.
Wygłaszałem właśnie w mojej wyobraźni przemówienie w wielkiej sali cukrowni,
gdzie tam większej niż sala gimnastyczna w naszej szkole, i jak to w wyobraźni,
światła, flagi, transparenty, portrety jubilata, jubilat na trybunie, jubilat z
fajką przy biurku, jubilat głaszczący po płowych główkach dzieci, jubilat przy
konferencyjnym stole, jubilat przy mapie świata, przesuwający niczym paciorki
kraje, lądy, oceany, lecz z wszystkich portretów patrzący w jeden punkt, na mnie
przemawiającego. Widzę jego uśmiechnięte pod krzaczastymi brwiami oczy i słyszę
szept jego warg pod wąsami, maładiec. A sala huczy od oklasków, podchwytując to,
maładiec! maładiec! maładiec! Sam siebie nie poznaję, zawsze nieśmiały, jakby
zawstydzony tym, że jestem na świecie, wyrzucam słowa-płomienie, wymachuję
rękami, jakbym każdemu z tych słów wykreślał kształt w przestrzeni, nadawał mu
życie, rozkazywał, leć! A nawet widzę, jak te moje słowa przemieniają się w
gołębie i coraz większą chmurą krążą pod sufitem. Z sali, z tłumu, ktoś się
nagle zrywa z wyciągniętą szyją i patrzy za nimi. Poznaję Kaczmarskiego. Skąd
Kaczmarski tu? A ludziom się wydaje, że zawiesiłem głos w oczekiwaniu na
oklaski, więc zrywa się burza oklasków. Czekam, aż ta burza nadstanie. Lecz w
tej burzy raz po raz ktoś się zrywa z miejsca i krzyczy, niech żyje towarzysz
Stalin! Niech żyje towarzysz!... A ktoś intonuje, „Wyklęty powstań, ludu
ziemi!..."
Nagle autobus wpadł chyba w jakąś większą dziurę, bo najpierw dobiło mną aż do
wnętrzności, a potem wyrzuciło z siedzenia. Dosłownie już w powietrzu złapałem
się poręczy
97
u wezgłowia pustego siedzenia przede mną. Usłyszałem, jak w przedzie wszyscy
wraz stęknęli, a ktoś zaklął, kurwa! Lecz natychmiast jakiś głos upomniał
klnącego:
- Nie kląć, bo nie dojedzie.
Próbowałem znów zatopić się w myślach, lecz cały żar we mnie zgasł, tak że nawet
nie potrafiłem sobie wyobrazić sali, na której przed chwilą przemawiałem.
Zwłaszcza że w autobusie wszczął się jakiś dziwny ruch. Jedni do drugich
odchylali się, przechylali, a nawet zaczęli się do siebie dosiadać. Także ci, co
siedzieli pojedynczo w tyle, przenosili się na przód. I z narastającym
niepokojem wszyscy o czymś szeptali, lecz niczego początkowo się nie domyślałem.
Tym bardziej że zasklepiający uszy warkot silnika nie przepuszczał nawet
najgłośniejszych słów. Doszło mnie tylko czyjeś piskliwe skamlenie:
- Niech ktoś idzie go się spytać. Niech ktoś idzie. Na co czyjś tubalny głos,
jakby z wyrozumiałością należną przeznaczeniu, odparł:
- A co to pomoże. Jak postanowił, że zepsuty, to będzie zepsuty. Nie ma rady.
- Ale niech ktoś idzie - skamlenie nie ustępowało.
Wstał jakiś mężczyzna, głową sięgający sufitu, gdy nagle autobus, podskoczywszy
na wyboju, usadził go z powrotem na miejscu. Ponownie zerwał się, i to tak
gwałtownie, aż się zatoczył, i ze słowami, pójdę cholery się spytać, pójdę
cholery się spytać, potoczył się ku kierowcy. Wtem jakaś baba, nie wierząc
zapewne, że tamten coś wskóra u kierowcy, rzuciła zbawienną myśl:
- Ludzie, może by się złożyć?!
Ktoś na to wystawił ponad innych głowę i szacując podróżnych, a wśród nich i
mnie, choć groszem nie śmierdziałem, tyle, co na bilet w jedną, drugą stronę, na
moje szczęście orzekł z zawodem:
98
- Za mało nas. Trzeba by po ho, ho! Na to ktoś zachrypiał z pewnością