Musiała tu niegdyś panować temperatura dorównująca słonecznej...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Nieraz musiała przystawać po drodze dla otarcia potu z zabrudzonej twarzy i nabrania tchu, zanim doszła do swojego mieszkania, położonego w najbrudniejszej i...
- jako zakładnik, wszedł do miasta i postanowił go wykraść i zbiec do Judei; następnie korzystając z tego, że Kasjusz musiał spiesznie podążać przeciwko...
- Nawet gdybym miał zamiar powiększyć kompanię, musiałbym wiedzieć znacznie więcej, niż wiem o tobie i twoich sprawach, zanimbym się na coś...
- innymi nie otworzono już drzwi tego dnia, bo pani była zdrożona, a przy tym musiała się za-jąć panem Nowowiejskim...
- przypuszczał, że sum musiał ją mieć w brzuchu bardzo długo, bo cała czymś obrosła i zrobiła się okrągła jak kula...
- sze chcia³ i musia³ rezygnowaæ z zajêæ typu bur¿uazyjnego...
- marionetki, które musiały robić to, czego zażądał...
- Nie mogła mieć do niego pretensji, ale nie musiało jej się to podobać...
- Ze swojej strony wcale nie musiała niczego udawać...
- - Musiała komuś powiedzieć, dokąd się wybiera...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Całą powierzchnię łagodnie pochylonej skarpy pokrywały drobne bąble szkliwa, które zastygło kipiąc. Zwróciło naszą uwagę, że w dwu miejscach ściana jest nieco wygładzona i tworzy nieznaczne zaklęśnięcia. Kiedy przybliżało się silny reflektor i oświetlało ją z boku, tak że promienie padały niemal równolegle do powierzchni, z chropowatego tła występowały dwie zatarte sylwety, zaostrzone w górze, jak cienie w wysokich kapturach. Jeden był pochylony silnie do przodu, jakby pochwycony w upadku, drugi skulony jak ktoś, kto przysiadł wciągając głowę w ramiona. Oba cienie mierzyły niewiele ponad metr wysokości. Porównanie do istot ludzkich jest oczywiście w większej mierze uzasadnione pracą wyobraźni aniżeli tym, co widniało na powierzchni skarpy; były tam po prostu dwie plamy, które mogły, lecz nie musiały być czyimiś cieniami. Uczeni z największą uwagą przystąpili do szczegółowego badania: plamy fotografowano w rozmaitym oświetleniu, mierzono radioaktywność w ich obrębie i otoczeniu. Arseniew wysłał nawet Sołtyka do rakiety po materiał plastyczny do wykonania odcisków, lecz po pięciu godzinach
dociekań nie doszliśmy do pewnego wniosku. Było możliwe, że w chwili wybuchu stały przed skarpą dwie żywe istoty, a ciała ich, zanim zmieniły się w parą w temperaturze miliona stopni, zasłoniły część ściany od bezpośredniego działania żaru. Lecz nie domyślając się nawet kształtów ani wielkości owych istot i nie wiedząc, na jakiej wysokości nastąpiła eksplozja, nie mieliśmy danych niezbędnych do rozwiązania zagadki.
Aby nie przedłużać nadmiernie pobytu w martwym mieście,
podzieliliśmy się potem na dwójki, z których każda miała za zadanie pobieżnie choćby przeszukać jedną dzielnicę.
Arseniewowi i mnie przypadła rozległa przestrzeń, pokryta lasem wyszczerbionych kolumn, wspartych o siebie płyt, filarów, rozdartych konstrukcji mostowych i wąskich, zasypanych wydmami piasku dróg, które biegły wykopami pośród stromych, gładkich kopułek. Wszystko to świeciło ślepym blaskiem, pogrążone w absolutnym milczeniu, i tylko światła naszych reflektorów ożywiały w panującym przy samym gruncie półmroku kłębowiska cieni.
Wspiąwszy się na wysoki nasyp, pokryty falami zastygłego metalu, ujrzeliśmy jak gdyby kadłuby wielkich grzybów o płaskich
kapeluszach, zapewne szczątki jakichś maszyn. W głębi terenu ciemną sylwetą odcinał się od rozjarzonego tła wysoki budynek. Pociągnęło nas ku niemu właśnie to, że w przeciwieństwie do otoczenia pogrążony był w mroku. Obeszliśmy go z bliska, a nie odnalazłszy wejścia, wywierciliśmy w fundamentach otwory, żeby założyć ładunki fulguritowe. Eksplozja utworzyła gwiaździsty
wyłom, przez który weszliśmy do środka. Wspiąwszy się po
fragmentach uczepionej filarów pochylni znaleźliśmy się w rozległej hali. Zaścielały ją metalowe skorupy, przemieszane z czymś, co wyglądało jak strzępy futra. Były to spopielone szczątki, przy najlżejszym dotknięciu rozsypujące się w proch. Pośrodku hali stał
czworogranny filar z dwoma okrągłymi otworami. Był pusty i tworzył
coś w rodzaju szybu. Ze ścian wystawały krótkie, w dół zwrócone haki. Zeszliśmy kilka metrów szybem i, przebiwszy się przez kopce złomu, odkryliśmy istny labirynt niskich i wąskich korytarzy. Jedne biegły promieniście, inne spiralnie, przecinając tamte pod kątem. Było tu zupełnie ciemno. W świetle latarek ukazały się w ścianach pionowe wnęki. W każdej tkwiły skośne trójkątne płyty, przewiercone gęsto drobnymi otworami. W samych otworach, na przegrodach wnęk i pod
nimi leżały stosy srebrzystych ziaren, takich samych jak te, które wziąłem kiedyś za metalowe owady. Arseniew przypuszczał, że pomieszczenie to jest czymś w rodzaju archiwum lub biblioteki. Za jego przykładem wypełniłem kieszenie metalowymi ziarnami i ruszyliśmy dalej.
Nie obawialiśmy się zbłądzenia, gdyż żyrokompasy nieomylnie notowały każdy skręt i zmianę kierunku drogi. Niektóre korytarze były tak wąskie, że nie mogliśmy nimi przejść, inne rozszerzały się baniaste i tworzyły połączone z sobą kuliste cele, jak gdyby system wydętych z metalu pęcherzy, komunikujących się eliptycznymi rurami. Po godzinie wędrówki w podziemiach wracaliśmy na górę, najpierw stromym chodnikiem, potem przestronną halą. Jej dno wyłożone było gładkimi, czarnymi płytami; pokrywała je cienka warstwa pyłu. Rzuciwszy przypadkiem promień światła w bok, zauważyłem na szarej powierzchni sznur ciemnych plam. Natychmiast skierowaliśmy się w tę stronę.
Na zaprószonych płytach widniały eliptyczne ślady, może