Nie mogła mieć do niego pretensji, ale nie musiało jej się to podobać...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- W końcu wybuchnął jak francuska bomba wodorowa, dwadzieścia pięć kilometrów nad Sidi Ben Hassid, oślepiając wszystkich, którzy na niego patrzyli...
- cio nie ma worka z pieniędzmi? W gronie najbliższych tak nazywała teraz hrabiego, a panowie nie pytali już o niego inaczej, jak: „Czy widziałaś wczoraj...
- Po jakimś czasie, badając nowe terytoria, napotkali na uroczej, przybrzeżnej wyspie źródło i napili się z niego, i napoili swe konie...
- cej żony, próbując z nią rozmawiać, ale nie chciała się doń odezwać ani też pozwolić, żeby ją trzymał za rękę, a kiedy już na niego patrzyła, to z...
- ba, wybrał także tego syna Izaaka i Rebeki, by przez niego realizować swoje obietnice (Rdz 28,3-4...
- decznoci czy sympatii, psychoterapeut moe potraktowa je jako ekspresnowego, bardziej niezalenego i dojrzaego stosunku pacjenta do niego, a...
- 55 najpierw, jak to z Tomkiem Sawyerem znaleźliśmy te sześć tysięcy dolarów (tylko że z sześciu zrobiła dziesięć) i wszystko o tatku jakie to z niego...
- Opowiedział to wszystko Madze, która obudziła się przytulona do niego, mrucząca i senna...
- Nieraz musiała przystawać po drodze dla otarcia potu z zabrudzonej twarzy i nabrania tchu, zanim doszła do swojego mieszkania, położonego w najbrudniejszej i...
- jako zakładnik, wszedł do miasta i postanowił go wykraść i zbiec do Judei; następnie korzystając z tego, że Kasjusz musiał spiesznie podążać przeciwko...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Wątpiła, żeby Roger kiedykolwiek się nad tym zastanawiał, ponieważ prawdopodobnie protestowałby, gdyby przyszło mu stracić któregokolwiek członka swojej „świty”.
Wniosek, że człowiek odpowiedzialny za utrzymanie ich wszystkich przy życiu uznał ją – z żalem – za zbędną, dawał do myślenia. Przez całe życie działała według własnych reguł. W pracy naukowej reguły te były dość bezlitosne. Pamiętała, że często patrzyła z góry na tych, którzy wypadli z akademickiego toru, ale nawet oni znajdowali mniej satysfakcjonujące, ale intratne zajęcia.
W tym wypadku było inaczej. Teraz stawiała czoła fizycznemu wyzwaniu, którego stawką było dosłownie życie albo śmierć, i instynktownie wiedziała, że jeśli poprosi o łagodniejsze traktowanie, jej prośba spotka się z odmową. Nic nie znaczyła w porównaniu z powodzeniem zadania, nie można było ryzykować dla niej bezpieczeństwa całej kompanii. Ona i Matsugae musieli „maszerować albo umrzeć”.
O’Casey była prawie pewna, że ją spotkają obie te rzeczy, ale Kostas wydawał się znosić warunki całkiem nieźle. Wiecznie niezadowolony mały służący niósł plecak prawie tak wielki jak mechanik, ale dotrzymywał kroku żołnierzom bez słowa skargi, a po drodze kilka razy jej pomógł. Szczerze mówiąc, była tym zaskoczona.
Wyprostowała się i ruszyła wydeptanym w błocie szlakiem zostawionym przez przemarsz żołnierzy. Marines dookoła niej zwracali taką samą uwagę na tyły co na flanki, zrozumiała więc, że znalazła się niebezpiecznie blisko końca kolumny.
Przyspieszyła kroku i spojrzała na służącego, który cały czas szedł za nią krok w krok.
– Nie wyglądasz, jakbyś miał z tym marszem jakiekolwiek problemy, Matsugae – powiedziała cicho.
– Och, tego bym nie powiedział, proszę pani – odparł służący, poprawiając szelki plecaka z wewnętrznym stelażem, który wraz z maskującym mundurem wydano mu z zapasów kompanii. Leniwie pacnął moskita i mrugnął do uczonej. – Obawiam się, że sporo czasu spędziłem podczas safari z Rogerem w miejscach prawie tak samo nieprzyjemnych, jak to, chociaż, muszę przyznać, nigdy w warunkach tak... ekstremalnych i improwizowanych. Ale myślę, że wszystkim jest ciężko, nawet marines, czy to po nich widać, czy nie.
– Przynajmniej nie masz kłopotów z nadążaniem – powiedziała gorzko.
Czuła się, jakby ktoś wbijał jej gorące noże w nogi, a dotarli dopiero do końca pochyłości. Oznaczało to przekroczenie płytkiego strumienia i wspięcie się na kolejne wzgórze, które wyglądało na jeszcze wyższe niż ostatnie. Ślizgając się w gorącym błocie, nie mogąc się przytrzymywać drzew w obawie przed robactwem, padając ze zmęczenia i w ciągłym strachu...
– Musi pani po prostu stawiać krok za krokiem, proszę pani – powiedział służący. Oparł stopę na wydeptanej ścieżce prowadzącej w górę zbocza i podał naczelniczce świty rękę. – Hej–hop!
O’Casey wzięła go za rękę.
– Dziękuję, Kostas.
– Już niedaleko, proszę pani – uśmiechnął się Matsugae. – Już zupełnie niedaleko.
67
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY
Wioska stała na szczycie wzgórza, otoczona ostrokołem z pali i cierni.
Samo wzgórze położone było u zbiegu sporego strumienia i rzeki, wzdłuż której maszerowała kompania. Z jednej strony wzniesienia rzeka z hukiem przelewała się przez kataraktę, z drugiej – zasilona wodami potoku – rozlewała się tak szeroko, że prawdopodobnie można było nią spławiać barki. W miarę jak schodzili coraz niżej, oczywiste stało się, że okolica jest regularnie zalewana. Wioskę zbudowano na wzniesieniu, by uniknąć powodzi, poza tym wylewy musiały utrudniać nawigację.
Kiedy kompania zbliżyła się do wzgórza, zaczął padać deszcz. Nie łagodny i równomierny, jakim chmury hojnie zraszają spaloną ziemię, nawet nie ostra ulewa potężnego frontu pogodowego. Z nieba runęło wgniatające w ziemię, zalewające wszystko, tropikalne oberwanie chmury, tak potężne, że jego pierwsze uderzenie przewróciło co słabszych członków kompanii.
– Czy to normalne? – krzyknął Roger do Corda, kiedy kompania z trudem pięła się pod górę.
– Co? – spytał Mardukanin, podciągając trochę wyżej swoją skórzaną płachtę.
– Deszcz! – wrzasnął książę, pokazując na niebo.
– Och, deszcz – powiedział Cord. – Oczywiście. Kilka razy dziennie. Czemu pytasz?
– Świetnie – mruknął Pahner, który podsłuchiwał rozmowę.
Roger przesłał pigułkę językową, którą skompletował podczas całodziennego marszu, do tootsów pozostałych, dzięki czemu żołnierze byli w stanie przekładać lokalny język na swój własny.
Wszyscy spodziewali się, że mając podstawy, będą w stanie szybko opanowywać kolejne dialekty.
– Powinienem iść na czoło kolumny – zauważył Cord. – Jestem pewien, że byłem obserwowany, ale moi ludzie muszą się upewnić, że nie jestem jeńcem ani kractan.
– Jasne – zgodził się Roger i spojrzał na Pahnera. – Idzie pan, kapitanie?
– Nie – powiedział marine i włączył komunikator. – Kompania, stój. Nasz tubylec idzie nas przedstawić.
– Zostanę tutaj – dodał i podniósł przywołujące rękę. – Despreaux!
– Tak jest! – zgłosiła się plutonowy.
Skanowała zarośla ręcznym skanerem i nie podobało jej się, że cały czas coś wykrywa, ale nie jest w stanie nic namierzyć.
– Idziecie ze swoją drużyną do przodu, z księciem i Cordem.
– Zrozumiałam, sir. – Despreaux machnęła rękaw stronę czoła kolumny. – Ruszać się, marines.
Odłożyła skaner i jeszcze raz popatrzyła na północ. Coś tam było, wiedziała to, ale cały czas jej umykało.
Cord i Roger przeszli na czoło kolumny, otoczeni przez żołnierzy z drużyny Despreaux. Kompania rozproszyła się w standardowym wrzecionowatym szyku, a większość marines legła bez ruchu na ziemi, kryjąc się przed możliwym atakiem.
W strefie walki nie istniało pojęcie bezpieczeństwa, ale oddział, który zatrzymał się chwilowo w polu, był w najgorszym możliwym położeniu. Jeśli wróg nie miał czasu zastawić zasadzki, poruszająca się jednostka była trudnym celem, tak samo jak taka, która zdążyła się okopać. Kompania, która dopiero co się zatrzymała, może zostać zaatakowana w każdej chwili i nie jest na to przygotowana.
Dlatego dobrze wyszkoleni żołnierze, tacy jak marines z Osobistego Cesarzowej, bardzo nie lubią takich sytuacji.
* * *