- Jesteśmy małżeństwem...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- – Czy jesteÅ›cie w stanie podjąć dÅ‚ugi marsz w tym deszczu?MÅ‚oda kobieta o caÅ‚kiem ludzkim wyglÄ…dzie i czÅ‚owiek – diabeÅ‚ jÄ™knÄ™li...
- — Gdzie jesteÅ›my? — odważyÅ‚am siÄ™ zapytać...
- – JesteÅ›my na dworcu – mówiÅ‚a dalej...
- W sklepie bierzesz towar w ręce, dokładnie go oglądasz, a jak jesteś przekonany, że właśnie on ci jest potrzebny - płacisz...
- - Katy - zapytał Heathcliff - jesteś dziś zajęta? Czy się gdzieś wybierasz?- Nie...
- — Stop! Kim jesteÅ›?SÄ™pi Dziób przystanÄ…Å‚ i przyjrzaÅ‚ siÄ™ policjantowi...
- – Czy nie należaÅ‚oby pozbyć siÄ™ przede wszystkim małżeÅ„stwa Barrymore? – PopeÅ‚niÅ‚byÅ› najwiÄ™kszy bÅ‚Ä…d...
- «Ale Ty, Synu Mój, jesteś blady i wychudzony...
- - Jesteśmy tutaj - usłyszał po chwili...
- - Ale nie jesteÅ› tego pewna...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Pobraliśmy się dzisiaj.
- Nie to miałam na myśli - powiedziała z roztargnieniem pani Gaylord.
- W takim razie nie wiem, co pani miała na myśli.
Pani Gaylord podniosła wzrok. Uśmiechnęła się uspokajająco do Jenny i wyciągnęła rękę.
- Jestem pewna, że to nic strasznego - oznajmiła. - Możliwe, że postanowił zaczerpnąć świeżego
powietrza i to wszystko. W ogóle nic strasznego.
- On nie otwierał drzwi, pani Gaylord! – warknęła Jenny. - On zniknął!
Pani Gaylord zachmurzyła się.
- Nie musi pani na mnie napadać, moja droga. Jeśli ma pani jakieś kłopoty ze swoim nowym
mężem, to na pewno nie z mojej winy!
Jenny już miała na nią krzyknąć, ale zatkała usta ręką i odwróciła się. Nie było sensu zachowywać
się histerycznie. Jeśli Peter po prostu wyszedł, zostawiając ją, to trzeba się dowiedzieć, dlaczego
tak zrobił; a jeżeli tajemniczo zniknął, to musi starannie przeszukać dom, aż go znajdzie. Mimo
wszystko czuła strach, a poza tym ogarniało ją uczucie, którego od bardzo dawna nie doświadczyła.
Samotność. Trzymała rękę przy ustach, aż uspokoiła się trochę i wtedy, bez odwracania się,
powiedziała cicho do pani Gaylord:
- Przepraszam. Byłam tylko wystraszona. Nie wiem, dokąd mógł pójść.
- Chce pani przeszukać dom? - spytała pani Gaylord. Ma pani wolną rękę.
- Chciałabym, jeśli pani nie ma nic przeciwko temu.
Pani Gaylord wstała.
- Nawet pani pomogę, moja droga. Musi pani być bardzo zmartwiona.
Następną godzinę spędziły, chodząc od pokoju do pokoju, otwierając i zamykając drzwi. Zanim
jeszcze zapadła ciemność, a zimny wiatr przybrał na sile, wiedziały już, że Petera nie ma w domu.
- Czy chce pani zawiadomić policję? - upewniła się pani Gaylord. Znajdowały się w mrocznym
salonie. Na antycznym kominku palił się malutki ogień. Wiatr zamiatał liście i kołatał do okien.
- Myślę, że trzeba - odparła Jenny. Czuła się pusta i zszokowana, niezdolna do powiedzenia czegoś
sensownego. - Chciałabym też, jeśli to możliwe, zatelefonować do paru moich przyjaciół
w Nowym Jorku.
- A zatem do dzieła. Ja zacznę przygotowywać obiad.
- Nie będę jadła. Przynajmniej póki nie dowiem się czegoś o Peterze.
Pani Gaylord, z twarzą na pół ukrytą w cieniu, powiedziała cicho:
- Jeśli naprawdę odszedł, musi pani się do tego przyzwyczaić, a najlepiej zacząć od razu.
Nim Jenny zdobyła się na odpowiedź, wyszła z pokoju i udała się do kuchni. Jenny zauważyła na
bocznym stoliku mahoniowe, inkrustowane pudełko na papierosy i pierwszy raz od trzech lat
wyjęła papierosa i zapaliła. Miał obrzydliwy smak, ale zaciągnęła się głęboko i przytrzymała dym
w płucach, zamykając oczy w osamotnieniu i udręce.
Zatelefonowała na policję. Byli bardzo uprzejmi i pomocni, i obiecali przyjechać nazajutrz
rano, o ile nie będzie żadnej wiadomości o Peterze. Wspomnieli jednak, że Peter jest dorosły, i że
wolno mu pójść, gdzie mu się podoba, jeśli nawet sprowadza się to do opuszczenia jej w noc
poślubną.
Chciała porozmawiać z matką, ale po wykręceniu numeru, słuchając sygnału, odłożyła
słuchawkę. Upokorzenie było za wielkie, żeby dzielić je z rodziną lub najbliższymi przyjaciółmi.
Wiedziała, że jeśli usłyszy współczujący głos matki, zaleje się łzami. Zgasiła papierosa
i zastanawiała się, do kogo powinna zatelefonować.
Na górze wiatr zatrzasnął z hukiem jakieś drzwi i Jenny podskoczyła nerwowo.
Po jakimś czasie wróciła pani Gaylord, niosąc tacę. Jenny siedziała przy dogasającym ogniu, paląc
papierosa i starając się nie płakać.
- Przygotowałam trochę filadelfjskiej zupy z pieprzu i upiekłam parę steków z Nowego Jorku –
zakomunikowała pani Gaylord. - Chce pani zjeść przy kominku? Zaraz dorzucę do ognia.
W ciągu zaimprowizowanego obiadu Jenny nie odzywała się. Udało jej się zjeść trochę
zupy, ale stek stanął jej w gardle i nie mogła go przełknąć. Przez kilka minut płakała, podczas gdy
pani Gaylord uważnie się jej przyglądała.
- Przepraszam - powiedziała Jenny, ocierając oczy.
- Nie musi pani. Wiem aż za dobrze, co pani przechodzi.
Proszę pamiętać, że sama straciłam męża.
Jenny bez słowa pokiwała głową.
- Proponuję, żeby przeniosła się pani na tę noc do małej sypialni. Tam będzie się pani lepiej czuła.
To jest przytulny mały pokój, zaraz z tyłu.