ile że każda Żydowi wyrządzona krzywda albo obraza ściągała tam karę ustanowioną przeciwobrazie szlachcica...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- PO NEAPOLITAŃSKU (inaczej)30 dag mąki, 0,5 dag drożdży, 2 łyżki oliwy, 4 pomidory, 2 łyżki przecieru pomidorowego, 2 ząbki czosnku, 4 filety anchois (kore-czki...
- Sytuacje przeciwnie zróżnicowane polegają na tym, że jednostka jest za jedną ze swych cech akceptowana przez jedną osobę, a za inną cechę odrzucana przez drugą...
- Nie mogłem pojąć, jak to się stało, gdy nagle z przeciwnej strony wypadł na mnie mój ordynans i zasypawszy mnie gradem płynących z serca powinszowań wyłożył mi...
- – JuĹĽ ja jÄ… przezpiecznie odeĹ›lÄ™ albo i sama odwiozÄ™ – mĂłwiĹ‚a mu BaĹ›ka – prÄ™dzej zaĹ› sama odwiozÄ™, bo raz w ĹĽyciu chciaĹ‚abym widzieć caĹ‚e...
- w swej głowie wymalował, iż potym sztychując ono z rzeczą prawdziwą a widomą, chocia sama w sobie onad rzecz była dziwnie osobna, jednak przeciwko onej...
- - Na fajki gracie? Kurcze, to już hazard! Szef jak się dowie to nas zjebie!- No co ty! Wiesz, przecież pooddajemy sobie te fajki na końcu...
- jako zakładnik, wszedł do miasta i postanowił go wykraść i zbiec do Judei; następnie korzystając z tego, że Kasjusz musiał spiesznie podążać przeciwko...
- mo to, kiedy w stoczniach Contruuma instalowano te urządzenia, mało kto pokładał w Ze skwierczeniem przecięły warstwy atmosfery, unicestwiły wszystko na swojej...
- Kommodus odby³ drogê z m³odzieñczym poœpiechem, przeci¹ga³ szybkoprzez miasta, które le¿a³y po drodze, przyjmowany wszêdzie po cesarsku,a gdy siê zjawi³...
- pozostali ze zburzonymi umysłami, z krwią zaognioną, z na pół w ustach przeciętymi wyrzuty wzajemnymi, które gdzie indziej wysypać się miały...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Zresztą nierównie mniej liczni, prawie jeszcze bez wyjątku zamożni, tylko
w stołecznych miastach jako najprzemyślniejsza klasa wielkomiejskiej ludności i wielkomiej-
skiego życia osiedli, nie różnili się Żydzi ówcześni ani strojem, ani stopniem wykształcenia
od chrześcijan. Jakoż żyli oni z chrześcijanami na zwykłej stopie towarzyskości, ucztowali z
nimi przy jednym stole i lubo już statut wiślicki gorzko o ich zdzierstwie wyrażał się, uważani
byli w powszechności bez onego wstrętu religijnego, jaki dopiero późniejsze wzbudziły zajścia
– uchodzili za możnych, przebiegłych cudzoziemców.
Już to więc bankierstwem podobnym, już to zwyczajnym handlem dorabiało się kupiectwo
średnich wieków niepospolitych dostatków. Mieszczanie kupujący dobra ziemskie należeli do
powszednich przykładów zamożności. Majętniejsi byli w stanie wchodzić w spekulacje pieniężne
z książętami, pożyczać pieniądze monarchom zagranicznym, jak np. późniejszemu
cesarzowi Karolowi IV, zadłużonemu za czasów Kazimierza Wielkiego u krakowskich
mieszczan Wierzynka i Kępicza. Najbogatsi, jak tenże sam rajca krakowski Wierzynek, podczas
zjazdu wielu królów i książąt w Krakowie na wesele wnuczki Kazimierza Wielkiego z
cesarzem Karolem IV mogli pięciu monarchów podejmować w swym domu i złożyć im w
darze upominki bliskie wartości stu tysięcy czerwonych złotych.
Dodajmyż do tego dobrego bytu mieszczaństwa średniowieczną żądzę bawienia się, a
zdołamy powziąć wyobrażenie, jak wesołe życie wiódł nasz Kraków mieszczański. Zastosujmy
zaś do wyobrażenia o powszechnej zabawie i wesołości znany już rys prostactwa umysłowego
ludzi ówczesnych, a będziemy mogli zrozumieć, jak rubasznie jaskrawymi barwami
świeci ta zabawa mieszczańska, jak szumnie, zgiełkliwie i rozpustnie wynurza się wesołość
naszych „bogaczy” krakowskich.
Przed wszystkim wysilał się każden na przepych stroju. Nie pojmowano powagi i zamożności
bez wystawy i bogactwa odzieży. Stąd wszyscy urzędnicy i znamienitości miasta poczytywali
sobie za obowiązek błyszczeć od srebra i złota. W ślad za pierwszymi patrycj
uszami garnął się lada mieszczanin, lada rzemieślnik, nie chcący uchodzić za gorszego. Ta
chęć dorównania każdemu, ten najsroższy ze wszystkich przymusów, przymus obyczajowy,
ciężył dotkliwą plagą na domowym życiu mieszczańskim. Już to więc dla przyniesienia ulgi
w tej mierze, już to zawarowania sobie samym przywileju najokazalszej powierzchowności
wydawała rada miejska częste w średnich wiekach prawa o zbytku w strojach, podobne do
siebie we wszystkich miastach niemieckich lub zniemczałych. One to dostarczają nam rysów
do obrazu strojności i zabaw miejskich.
I oto nawet w porze największego ograniczenia przepychu w strojach widzimy panów rajców
i urzędników miasta w długim, szerokim płaszczu, w kapeluszu o trzech srebrnych gałkach,
w szerokim, srebrnymi lamami wysadzanym pasie, czyli obręczu, u którego wisi kord w
srebrnej pochwie. Kupiec ma na sobie jedwabny żupan, a na palcu obowiązkowy pierścień
złoty, na którym wyrzezany jest kupiecki jego „cech”, czyli znak. Każdy inny mieszczanin
nosi suknie z pośledniejszego sukna, srebrnymi przecież haftkami i świecidłami upstrzone.
Gdzie mniej surowa cenzura karciła przepych stroju, świecili panowie mieszczanie aksamitnymi
szatami o szerokich, rozcinanych rękawach, srebrnych guzach i klamrach, kosztownym,
szerokim bramowaniu. Pod spodem bywały takie suknie podbite najdroższymi futrami, po
wierzchu zaś dawna moda opinała je srebrzystymi obręczami, zawieszała na nie srebrnooprawne
torebki, czyli tobole, przyczepiała srebrzysty kord. Według prawa nie powinne były
te ostatnie przydatki stroju zawierać w sobie więcej srebra nad 4 grzywny; drogie futra miały
służyć tylko za podbicie kapeluszów o dużych kresach, a bramowaniu, czyli pasamonom,
wolno było mieć tylko jedną piędź szerokości.
Skromna, niewymyślna ludność polska, wierna w tym starodawnej prostocie Słowian, nawet
w swej żeńskiej połowie bardzo mało w ogóle troszczyła się do późnych czasów o pstrociznę
i przepych stroju. Stąd, jak cudzoziemcy z podziwem postrzegali, „gdyby nie rańtuch,
ledwie mógłbyś rozróżnić strój męski od żeńskiego”, rozróżnić jednostajne kożuchy i szuby
ojców i braci od takichże samych kożuchów i szub niewieścich. W zetknięciu z ludnością
miejską patrzyli Polacy z najwyższym zadziwieniem na zbytkowność stroju miejskiego, a gdy
z czasem i dla nich nadeszła pora większej strojności, musiał obfity słownik toalety niemieckiej
przyjść w pomoc ubogiemu w tej mierze językowi polskiemu i utworzyła się owa dziwaczna
polsko-niemiecka terminologia strojów, której dziś prawie zgoła nie rozumiemy.
Łatwo pojąć, iż strój dam miejskich był jeszcze zbytkowniejszy. Nawet w miastach
oszczędnych musiano im pozwolić aksamitu do czepków, złotogłowów do sukien i szerokich
złotych galonów. Córkom rajców wolno było stroić się w wieńce z pereł albo ogniwek srebrnych,
uboższym w jakiekolwiek ozdoby i świecidła fałszywe. W miastach rozrzutnie j szych
nie umiały panie miejskie znaleźć miary wysokości czepców i czubów, długości sukień. Na
próżno nakazywały ustawy, aby żadna suknia ani falbana u sukni nie ważyły się być tak długie,
iżby je ktoś trzeci mógł przydeptać, a czepcom broniło prawo wspinać się wyżej nad pół
łokcia wrocławskiej miary. Wszakże panie mieszczanki nie dały się tym odstraszyć i w takich
nawet miastach, gdzie umiarkowany strój męski nie dawał powodu do zakazu i ograniczeń, w
naszym właśnie Krakowie; przesadzały się w złotych i srebrnych pasamonach, haftach i wyszywaniach
bądź to perłami, bądź złotem, osobliwie zaś w kosztownych kanakach, czyli
ubraniu głowy.
Przeciwne tym żeńskim zbytkom ustawy, wzbraniając kanaków i pereł na sukniach, złocistych
pasamonów, zalecały skromne pasamony po 6 groszy łokieć krakowski. Licząc po 24
łokci na suknię była to w czasach drożyzny na bydło, nawet po królewsku płacąc za wołu,
cena trzech wołów roboczych. W czasach grabieży i rozsypki wojennej, jak właśnie podczas
wojny Nałęczów z Grzymałami, można było za cenę takich skromnych pasamonów u jednej
sukni panieńskiej kupić nierzadko 6 par wołów, a trafiwszy szczęśliwie i całe stado, tj. siedmdziesiąt
i kilka sztuk po 2 grosze za wołu. A toć znane jest słowo zdziwienia, jakie przy wjeździe
do jednego z ówczesnych miast flamandzkich wyrzekła królowa francuska na widok
zbytkownej toalety witających ją mieszczek. „Myślałam – zawołała małżonka Filipa IV – iż
jam tu jedna królową, tymczasem widzę ich sześćset!” Takiemu przepychowi w strojach hołdowały
wszystkie bogatsze miasta średniowiekowe.
W ogóle starano się w tych miastach, jak zresztą w całym świecie ówczesnym, nierównie
chciwiej niżli w świecie dzisiejszym o dogodzenie wszelkimi sposoby ciału miłemu. Były te
starania zapewne daleko mniej wymyślne, subtelne, wykształcone niż dziś, kiedy po dalszych
półtysiącu leciech towarzyskiego pożycia umiejętność dobrego bytu musiała się koniecznie