gnienia
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- – Celibat? Nie wierzę...
- - Zobaczmy - rzekła Lexa, kartkując stertę życiorysów...
- Posługujemy się też często wyrażanym na powierzchni wypowiedzi morfe-mem negacji (nie, non, a itp...
- 7
- C177 2203-000509 2
- koontz dean r-moonlight bay t 2, korzystaj z nocy — Czy to były oświadczyny? — Tak! — odkrzyknąłem...
- do gruzów, zostawionych na drugim końcu miasta, w tamtej sali, oglądając zwisające wy- świecone sznury, ale można przypuszczać, że czuł się już wtedy...
- Musimy podróżować z jak najmniejszym balastem...
- Przyszła odpowiedź z Infortechu, gdzie przez ostatnie trzy lata pracowała Kathy Voskuhl...
- Czy na zewnątrz wiał wiatr tak silny, że szeleściły liście na drzewach? Czy może mój umysł dał się porwać przez wicher i słuchał teraz, jak tłucze się,...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Przypominała sobie swą nie zamierzoną kokieterię, .grę podniecających żarcików,
przekomarzania się i podstępy... Co ją do tego popchnęło? Owa ujarzmiona siła, ów żar we-
wnętrzny, który sycić trzeba lub stłumić. Stłumić nie można, nie wolno! To przecież jest słoń-
cem życia. Bez tego wszystko pogrążone jest w mroku. Ale niechże przynajmniej, jak wóz
słoneczny kierowany ręką Faetona32, nie spala tego, co ożywiać winien! Niech biegnie prawi-
dłowo swoim niebieskim szlakiem!... A zatem małżeństwo? Długo odsuwała tę możliwość,
lecz teraz zrozumienie grożących jej niebezpieczeństw skłaniało ją do uznania, że małżeństwo
oparte na uczuciu, szacunku i spokojnej sympatii mogłoby stać się tamą trzymającą w za-
mknięciu demony jej serca oraz obroną przed napaściami z zewnątrz. W miarę jak przekony-
wała się o tym (wszystko jakby zmówiło się, żeby ją przekonać: bezpieczeństwo materialne i
moralne, urok domowego ogniska, pragnienie serca), mniejszy stawiała opór błagalnym proś-
bom Juliana. By ustąpić, przytaczała sobie wszystkie powody, dla których mogłaby go ko-
chać. Ale z pokochaniem nie czekała, aż powody te mieć będzie.
Rozpoczęła się już w niej owa twórcza praca ducha, który stwarza sobie egzaltowaną wizję
wybranej istoty. U Juliana zaczęło się to wcześniej, ale Anetka, bogatsza duchowo i namięt-
niejsza, wyprzedziła go.
Nie czuwała już nad sobą i ulegając porywowi swej szczerej natury nie używała sztuczek,
przy pomocy których kobieta zręczniejsza od niej maskuje przegraną, udając, że jest jeszcze
panią serca, które już oddała. Anetka ofiarowała swoje. Wyznała to Julianowi. I od tej chwili
Julian zaczął się niepokoić.
Nie znał kobiet. Pociągały go i zbijały z tropu. Zamiast starać się je poznać, wolał wyda-
wać o nich sądy. Idealizował jedne, drugie potępiał; tymi zaś, które nie wchodziły w żadną z
owych dwu kategorii, nie interesował się wcale. Ludzie bardzo młodzi (a Julian pozostał ta-
kim przez brak doświadczenia) zawsze sądzą zbyt pośpiesznie. Zajęci jedynie sobą i swymi
pragnieniami, w innych szukają tego tylko, co od nich otrzymać by chcieli. Zarówno ci naiw-
ni jak i ci przebiegli, gdy kochają, myślą tylko o sobie samych, a nigdy o kobiecie. Tak w
dziedzinie spraw duchowych jak i cielesnych, nie chcą widzieć, że kobieta istnieje poza nimi.
Właśnie miłość jest doświadczeniem, które mogłoby ich o tym pouczyć – i rzeczywiście uczy,
ale tylko garstkę tych, co są w stanie się nauczyć – i to na ogół własnym ich kosztem i kosz-
tem ich partnerek, bo gdy nareszcie wiedzą, jest już za późno. Dla tego stanu początkowej
niewiedzy charakterystyczny jest ów zawiedziony sen o jedności, owo naiwne odwieczne
zdziwienie, bolejące nad nieodwracalnym rozdwojeniem gorzkim owocem miłości. Bo cóż
znaczy słowo: „kochać”, jeśli nie: „kochać kogoś drugiego”? Julianowi, choć me był takim
egoistą jak Roger Brissot, równie trudno było, z powodu tej niewiedzy, wyjść poza siebie. A
jego widzenie kobiecego świata było jeszcze ciaśniejsze. Tu trzeba by go ostrożnie prowadzić
za rękę.
32 Faeton – wg mitologii greckiej syn Heliosa (słońca); gdy na swą prośbę kierował raz rydwanem słonecz-
nym, nie umiał opanować rumaków i utrzymać ich na właściwym torze. Zeus widząc szkody, jakie wyrządza
pędzący na oślep rydwan, palący wszystko za swym zbliżeniem, zabił Faetona piorunem.
140
Anetka z natury nie była nic a nic ostrożna. A miłość, budząc w niej potrzebę wielkodusz-
nego zaufania, nie uczyła jej ostrożności. Uzyskawszy pewność, że kocha i jest kochana,
Anetka nic już nie ukrywała. W człowieku, którego pokochała, nic nie mogłoby jej już do
niego zrazić. Po cóż miałaby się sztucznie upiększać? Duchowo zdrowa, nie wstydziła się być
taką, jaką była naprawdę. Niechże i ten, co ją kocha, widzi ją taką, jaką jest! Dobrze dostrze-
gała jego naiwność, niemożność zrozumienia, jego zalęknięcia. Znajdowała w tym przyjem-
ność, tkliwą i przekorną. Cieszyło ją, że jest pierwszą, która daje mu poznać kobiecą duszę.
Pewnego dnia wybrała się, by go niespodzianie odwiedzić w jego mieszkaniu. Drzwi
otworzyła matka, wiekowa pani o gładko zaczesanych siwych włosach i spokojnym czole,
rozświetlonym uważnym blaskiem surowych oczu. Z nieufną uprzejmością przyjrzała się
Anetce, po czym wprowadziła ją do schludnego i zimnego saloniku, gdzie meble były okryte
pokrowcami. Wyblakłe fotografie rodzinne i reprodukcje obrazów do reszty oziębiały panują-
cą w nim atmosferę. Anetka została sama. W sąsiednim pokoju Usłyszała jakieś szepty – i po
chwili Julian śpiesznie wszedł do salonu. Był uradowany, lecz zarazem onieśmielony. Nie
wiedział, co mówić, odpowiadał bez sensu. Siedzieli na niewygodnych krzesłach o twardych
oparciach krępujących naturalną swobodę ruchów. Między nimi stał stolik, jeden z tych salo-
nowych stolików, na których nie można się oprzeć, a których ostre kanty potrąca się wciąż
kolanami. Chłód lśniącej, nie pokrytej dywanem posadzki i martwych twarzy, umieszczonych
pod szkłem jak zasuszone rośliny w zielniku, mroził słowa na ustach i skłaniał do ściszenia
głosu. Anetka wyraźnie marzła w tym salonie. Czy Julian zostawi ją tu przez cały czas wizy-