- Do licha - mruknął - śmierdzisz jak dzikie zwierzę...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- zwierzchnika; utwierdzaj¹c nadanie panuj¹cego swym konsensem i pieczêci¹ repre-zentowa³ on instytucjê, której potrzeby i uprawnienia odró¿niano od potrzeb...
- - Jeśli zmusimy je do dalszej jazdy, wpadną w panikę!Przesyłając uspokajające impulsy, usiłowałem utrzymać zwierzęta pod kontrolą przez ostatnie pół...
- O ile nawet najbardziej humanitarne i demokratyczne narody nie mają zbyt wieluzahamowań, gdy chodzi o eksperymenty na zwierzętach, o tyle jednak doświadczenia...
- 8 Persowie mieli zwyczaj trzymaæ zwierzêta, na które chcieli polowaæ, w zamkniêtych parkach (paradeisos)...
- Jeden potężny kopniak celnie wymierzony w żebra zwierzęcia sprawił, że pies runął w dół, skowycząc i zawodząc...
- Za czym Tristan ukląkł i odarł ze skóry jelenia, nim go poćwiartował; następnie pociął zwierzę na części, zostawiając, jak się godzi, kręgosłup...
- Ta teoretycznie wywiedziona kalkulacja nie odbiega zbytnio od tego, z czym mamy do czynienia u większości dzikich zwierząt...
- Street, zastanawiając się, co zrobi na kolację, kiedy przed maskę wyskoczyło jejjakieś zwierzę...
- osunęła się na kolana pośrodku salonu, było głosem śmiertelnie rannego zwierzęcia...
- Przypuszcza³a bowiem, ¿e jeœli siê przyjaŸni¹, to i zwierzaæ siê musz¹ przed sob¹...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Co ty robiłeś?
- Nic szczególnego - odpowiedział Tom. - Nie moja wina, że tak śmierdzę.
Gdyby to nie był mój brat, stłukłbym mazgaja na kwaśne jabłko, pomyślał.
Żałował, że nie ma pieniędzy, by wybrać się do Alicji, za dworzec kolejowy. Kosztem pięciu dolarów stracił cnotę i kilka razy bywał tam jeszcze później. Działo się to latem. Pracował wtedy na rzecznej pogłębiarce i ojcu mówił, że zarabia o dziesięć dolarów tygodniowo mniej, niż otrzymywał faktycznie. Alicja, śniada i czarnowłosa, tęga dziewczyna z Wirginii, dawała mu dwa razy za te same pięć dolarów, bo miał dopiero czternaście lat i był strasznie zielony. Przydałaby się dziś na zakończenie wieczoru! O Alicji nie powiedział Rudolfowi. To z pewnością prawiczek. Pogardliwie odnosi się do seksu albo czeka na jakąś gwiazdę filmową, albo może jest pedziem. Kiedyś powie o wszystkim Rudolfowi. Powie i będzie obserwował jego minę. Dzikie zwierzę! Ha, jeżeli tak o nim myślą, niech będzie ich prawda! Dzikie zwierzę!
Zamknął oczy i usiłował przypomnieć sobie dokładnie, jak wyglądał ten żołnierz, gdy klęczał na chodniku, a krew spływała mu po twarzy. Obraz był wyraźny, ale nie cieszył już Toma.
Zaczął drżeć. W pokoju było zimno, ale nie chłód wywoływał jego dreszcze.
Gretchen siedziała w swoim pokoju przed małym lusterkiem opartym o ścianę i ustawionym na toaletce. Był to stary stół kuchenny, który kupiła za dwa dolary na licytacji rozmaitych rupieci i pomalowała na różowo. Znajdowały się na nim słoiki z kosmetykami, szczotka w srebrnej oprawie (prezent na osiemnaste urodziny), trzy małe flakoniki perfum, komplet przyborów do manikiuru - wszystko to ułożone porządnie na czystym ręczniku. Gretchen była ubrana w stary szlafrok. Znoszona flanela grzała skórę i dawała takie samo uczucie miłej przytulności jak niegdyś, kiedy Gretchen była podlotkiem i ubierała się w ten szlafrok po powrocie do domowego ciepła z chłodu panującego na dworze. Tego wieczora potrzebowała miłej przytulności bardziej niż kiedykolwiek.
Ligninową chusteczką starła krem z twarzy. Cerę miała bardzo białą. Odziedziczyła ją po matce, podobnie jak oczy niebieskie z fiołkowym odcieniem. O jej podobieństwie do ojca świadczyły proste, czarne włosy. Gretchen była piękna - zdaniem matki równie piękna jak ona niegdyś, w wieku córki. Matka zaklinała ją ustawicznie, aby nie pozwoliła skalać się tak, jak jej się zdarzyło. Lubiła używać takich słów jak skalanie i twierdziła stanowczo, że zaczyna się ono natychmiast po zamążpójściu. Skalanie kryje się w dotknięciu mężczyzny. Nie wygłaszała kazań na temat mężczyzn, gdyż była pewna cnoty Gretchen. Cnota - to jeszcze jeden wyraz którym pani Jordach posługiwała się chętnie. Natomiast zachęcała córkę do noszenia luźnych sukienek, nie uwidaczniających figury.
- Nie ma sensu szukać zmartwień - mawiała. - Same znajdą cię niedługo. Masz staroświecką figurę, ale twoje zmartwienia będą całkiem nowoczesne.
Matka zwierzyła się jej raz, że pragnęła zostać zakonnicą. Gretchen przemyśliwała o tym czasami i odczuwała dziwny niepokój. Zakonnice nie miewają córek, a więc ona istnieje, ma dziewiętnaście lat i tej marcowej nocy w połowie dwudziestego wieku siedzi przed lustrem tylko dlatego, że matka minęła się z powołaniem.
Po tym, co przytrafiło mi się dzisiaj - myślała z goryczą - i ja powinnam myśleć o klasztorze. Gdybym tylko wierzyła w Boga...
Do szpitala poszła, jak zwykle, zaraz po pracy. Był to szpital wojskowy, położony na peryferiach miasta, pełen rekonwalescentów, którzy wracali do zdrowia po ranach odniesionych w Europie. Gretchen pracowała tam ochotniczo przez pięć wieczorów w tygodniu. Rozdawała książki, czasopisma i tanie słodycze, czytywała listy żołnierzom rannym w oczy, pisywała listy za żołnierzy rannych w ręce. Pacjenci byli pełni wdzięczności i łagodni - niemal dziecinni po przebytych cierpieniach. W szpitalu nie groziły jej seksualne oględziny, jakim codziennie podlegała w biurze. Ma się rozumieć, niektóre pielęgniarki, a także ochotnicze pomoce szpitalne sypiały z lekarzami czy też bardziej aktywnymi oficerami spośród rannych. Jednakże ona szybko potrafiła dać do zrozumienia, że nie z nią takie rzeczy. Nikt nie nalegał szczególnie, bo nie brakowało dziewcząt chętnych, gotowych w każdej chwili. Aby uprościć sobie sprawę, Gretchen postarała się o przydział do zatłoczonych sal dla szeregowych, gdzie żaden z mężczyzn nie mógłby zostać z nią sam na sam dłużej, niż przez kilka sekund. Była życzliwa dla chorych, łatwa w obejściu i swobodna w rozmowie, ale nie potrafiła znieść myśli, że któryś z nich mógłby jej dotknąć. Oczywiście rozmaici chłopcy całowali ją czasami - podczas prywatek czy w samochodach po tańcach - lecz ich nieporadne umizgi uważała za coś bez najmniejszego znaczenia, coś niehigienicznego i komicznego po trosze.