Street, zastanawiając się, co zrobi na kolację, kiedy przed maskę wyskoczyło jejjakieś zwierzę...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- – Kiedy tylko dotrzemy tam, gdzie majÄ… w miarÄ™ rozwiniÄ™ty przemysÅ‚ – dodaÅ‚ po chwili – bÄ™dziemy musieli sprawić sobie trochÄ™ odtylcowych...
- Kiedy robisz to…82… IDE robi to83Skąd się biorą programy84IDE pomaga Ci kodować86Kiedy zmieniasz coś w IDE, zmieniasz...
- Szli w zupełnej ciszy, w milczeniu pokonywali zalaną martwym światłem drogę, a kiedy po forsownym marszu doszli do Hali Pisanej, zatrzymali się bez...
- Kiedy Canan przejął zarządzanie codziennymi operacjami magazynu, Lovejoy jeszcze bardziej skupił swą uwagą na rekrutacji, sprowadzając ostatecznie jeszcze...
- Ed siedział właśnie przy biurku w rogu swojego salonu sprzedaży żując pierwsze tego dnia cygaro, kiedy zobaczył dwóch mężczyzn w roboczych koszulach i...
- «Dlaczego wiÄ™c oÅ›miela siÄ™ podejść do kapÅ‚ana za pierwszym razem, kiedy jest caÅ‚kiem nieczysty, a za drugim razem – zbliżyć siÄ™ nawet do...
- Skacz, dziecko, skacz! Od kiedy moja córka Zara umiała już bez pomocy stanąć na stole, na którym zmieniano jej pieluszki, bawię się z nią w...
- nizujących poglądach na temat oczyszczenia i poznania prawdy? Istotnie, kiedy czytamy o tym, co według Pseudo- Dionizego znaczy oczyszczenie napotykamy w...
- Nie masz te¿,nie masz ¿adnego w tym cudu,Kiedy raz na dno,pod ob³oki drugiLataj¹c,musi nadweredziæ fugi;Wpadszy w najg³êbsze na ostatek...
- Schemat A2Zale¿noœci wystêpuj¹ce miêdzy rozwojem public relations w Niemczech i w Stanach ZjednoczonychPraktyka PR w Niemczech przed 1945 rokuPraktyka PR...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Nie potrafiła powiedzieć jakie - było wielkości psa, ale smuklej-
sze, bardziej podobne do małpy.
- Pewnie pies - skwitowałem jej słowa.
Wzruszyła ramionami, nie podnosząc głowy. Twarz miała mokrą od łez.
- Po chodniku biegł jakiś człowiek. Nie zauważyłam go. Straciłam panowa-
nie nad kierownicą, próbowałam skręcić, żeby nie potrącić tego... psa. Ale nie
dałam rady. Przejechałam go. Samochód podskoczył, straciłam panowanie nad
kierownicą, auto stanęło w poprzek, przeskoczyło krawężnik i... uderzyło w tego
człowieka. - Rozpłakała się na dobre. - Ja go zabiłam!
Wiedziałem, że się nie myli - z jej twarzy można było wyczytać całą wstrząsa-
jącą prawdę - ale mimo to próbowałem ją pocieszyć.
- Nie masz pewności, Chris...
- Uderzyłam go i widziałam... widziałam, jak poleciał na trawnik przed czy-
imś domem. Jakby go ktoś wystrzelił z armaty! Przeleciał dziesięć, piętnaście
metrów i uderzył w drzewo... głową. Twarzą, Michael. To było takie... nierze-
czywiste... - Jeszcze więcej łez. - Jego głowa... jego głowa...
Jessica spoglądała na nas oboje zdezorientowana, z oczami pełnymi łez. Ona
też to wszystko widziała, w kolorze i ze szczegółami. Zastanawiałem się, co
89
byłoby gorsze: pierwszy trup tam, na ulicy, czy potem kolejny przed domem.
Przyciągnąłem małą, a ona wtuliła się w moją nogę, przerażona nie tylko tym,
co się wydarzyło, ale także wywołaną strachem wrogością, jaką emanowała
Christine. Chciałem nawet odesłać ją do domu, żeby poczekała, aż tatuś z ma-
musią wszystko sobie wyjaśnią, ale nie wiedziałem, jakie jeszcze potworności
nas czekają. Położyłem jej więc rękę na ramieniu. Chwyciła ją mocno i objęła
mnie w pasie. Christine mówiła dalej, szlochając bez przerwy:
- Michael... - wyjąkała. - On uderzył głową w drzewo... Jego głowa eksplo-
dowała, rozumiesz? Ja to widziałam! Leżał tak chyba z minutę, a ja nie mogłam
się ruszyć. Stałam i patrzyłam, jak się wykrwawia. Zanim zawołałam o pomoc,
ktoś już wybiegł z domu.
- Ktoś... - powtórzyłem tępo. Byłem w szoku. - I co zrobili?
- Nic, Michael! Nic nie zrobili, kurwa! - Cała się trzęsła. - Wyglądali jak...
nienormalni, jak roboty, bezmyślne automaty. Te ich twarze... Były całkiem bez
wyrazu, puste, oczy szkliste, usta otwarte. Było ich czworo, ale w ogóle nic nie
mówili, ani do mnie, ani między sobą. Jeden przyniósł koc. Rozłożył go na tra-
wie obok tego człowieka, którego potrąciłam. Podnieśli go za ręce i nogi i poło-
żyli na tym kocu. Ale on już nie żył, Michael, jestem pewna; ciało było bezwład-
ne, leciało im przez ręce. Przykryli go tym kocem i zanieśli do domu. Nie za-
mknęli drzwi. Powinnam była wejść za nimi, ale nie mogłam. Byłam przerażo-
na, a oni dodatkowo mnie wystraszyli tym dziwnym zachowaniem, jakby w
ogóle mnie nie zauważyli. No i nie chciałam, żeby Jessica oglądała to... to...
Zabrakło jej słów i padła mi w ramiona, płacząc głośno.
- Chris... A policja przyjechała?
Serce waliło mi jak kafar, pot lał się ze mnie strumieniami. Cokolwiek odpo-
wiedziałaby Christine, wyjaśniałoby to brak reakcji policji na moje telefony.
Pokiwała głową wtuloną w moją mokrą koszulę.
- Przyjechało dwóch gliniarzy. To wszystko. Kazali mi złożyć zeznanie, a
potem mnie puścili. Samochód jest do kasacji, więc go skonfiskowali...
Skonfiskowali.
- A karetka?
Pokręciła głową.
- Nie przyjechała.
- Kazali ci dmuchać w alkomat? Pytam o gliny...
90
- Nie.
Coś mi tu nie pasowało.
- Jak to możliwe, że samochód jest do kasacji? Przecież tylko potrąciłaś
człowieka...
Tylko potrąciłaś człowieka... Jezu Chryste! Czy gdybym miał wszystko w po-
rządku z głową, wygłaszałbym takie bezduszne komentarze?
Odpowiedziała mi serią nieartykułowanych wrzasków, a ja miałem dość ro-
zumu, żeby przestać wypytywać o samochód (którym miałem zamiar uciec!).
Jessica też się rozpłakała i ścisnęła mocniej moją nogę.
- A co z Page'em, mamusiu?
Page! Na śmierć zapomniałem o naszym psie!
- Gdzie pies, Chris?
Odsunęła się ode mnie i podniosła głowę. Twarz miała zaczerwienioną,
błyszczącą od łez, jej oczy błądziły niespokojnie.
- Kiedy otworzyłam drzwi, wyskoczył z samochodu... Po tym, jak potrąci-
łam tego biegacza. Wołałyśmy go i wołałyśmy, ale nie wrócił.
W obecnej sytuacji sam najchętniej zrobiłbym to samo: uciekł i nie wracał.
- Pan policjant powiedział, że będą się za nim rozglądać - dodała Jessica.
Powiodłem wzrokiem po trawniku przed domem, przeskoczyłem Harlan Ro-
ad i napotkałem ścianę lasu. Miałem nadzieję, że nasz mały cocker-spaniel na-
gle się odnajdzie, wybiegnie spomiędzy drzew; przynajmniej rozbawiłby Jessicę
i odwrócił jej uwagę od tragedii. Page się jednak nie zjawił, a ja pogodziłem się z
myślą, że więcej go nie zobaczymy.
Poczułem się osaczony i odsunąłem się od Christine. Mimo naszych okrop-
nych przeżyć i utraty samochodu w tej chwili tylko jedna myśl zaprzątała mi
głowę: jak przekonać żonę, że powinniśmy jak najszybciej wyjechać z Ashbo-
rough? Może ta trauma obudzi w niej chęć do opuszczenia tego miejsca, tak jak
moje przeżycia obudziły we mnie? Modliłem się w duchu, żeby tak właśnie było,
ale w głębi serca wiedziałem, że nic z tego.
Schowałem ręce do kieszeni i wbiłem wzrok w ziemię; mój umysł ślizgał się
po wzburzonym morzu nerwowych myśli. Śmierć była w Ashborough wydarze-
niem zupełnie zwyczajnym - i nie były to zgony ludzi z grup wysokiego ryzyka,
źle odżywiających się, z chorobami serca czy rakiem piersi. Nie, śmierć wystę-
powała tu w rzadko spotykanej odmianie: krwawe zabójstwa, wstrząsające
91
wypadki, rytualne mordy i tak dalej, i tym podobne. W dodatku wyglądało na
to, że mieszkańcy tolerują - żeby nie powiedzieć: akceptują! - ten stan. Przypo-
mniał mi się Phillip i jego historie o Izolantach, ponure legendy o składanych
przez nich ofiarach. Nagle idea ciążącej na Ashborough prastarej klątwy, której
nie można się przeciwstawić, wydała mi się znacznie bardziej wiarygodna.
Zresztą to nie wszystko, pomyślałem, wspomniawszy opowieść Christine o za-
chowaniu ludzi, którzy przyszli po zabitego współmieszkańca. I o policjantach,