Chłopak odbił się sprężyście od ziemi, zawisł na konarze i podciągnął się błyskawicznie...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Ale od tego moe zalee los miliardw ludzi na Ziemi i kolejnych miliardw w caej Galaktyce...
- — Stać! Kto idzie? Wróg czy Przyjaciel Ziemi?— Naturalnie, że PZ...
- Panowie polscy i szlachta znajdujący się podówczas przy boku królewskim, zafrasowani wielce odstąpieniem ziemi podolskiej, składali potajemne rady i...
- Na początku wiosny, kiedy wiatry zaczynały dąć z innych kierunków, a w Certando, Tregei i na południowych krańcach ziemi zwanej niegdyś Tiganą nie stopniały...
- 29 Usyszawszy te sowa Mojesz uciek i zamieszka jako cudzoziemiec w ziemi Madian, gdzie urodzio mu si dwch synw...
- - Ty, wyrodku, do szatana modlić się będziesz, by duszę twą wywlókł z ciała, które piekło pozna na ziemi...
- - Prace przygotowawcze zajmą kilkadziesiąt lat - odezwał się Człowiek, Który Czuwał Nad Bezpieczeństwem Mieszkańców Ziemi...
- Może Kitchener zastosowałby politykę spalonej ziemi bez sugestii Seana...
- Postawiłem chłopca na ziemi, a on złapał mnie mocno za rękę...
- — Siadaj, chłopaku — powiedział dowódca...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Był drobny, ale silny i zwinny jak kot. Zresztą i Chrisowi szło teraz lepiej, szybko znalazł się dobre sześć metrów nad ziemią. Wprawdzie mięśnie go bolały, a płucom brakowało powietrza, lecz mozolnie wdrapywał się z jednej gałęzi na drugą.
Wyrostek złapał go nagle za kostkę. Hughes znieruchomiał. Zerknął przez ramię i spostrzegł, że chłopak zastygł bez ruchu, przywarłszy całym ciałem do konara. Rozległo się parsknięcie konia. Pogoń była blisko.
Bardzo blisko.
* * *
Jeźdźcy wyłonili się kilkanaście metrów od drzewa. Między liśćmi połyskiwały już ich kolczugi. Gdy tylko któryś rumak parsknął, jeździec pochylał się w siodle i delikatnie klepał go po karku, żeby uspokoić zwierzę.
Doskonale wiedzieli, że ich ofiary są gdzieś w pobliżu. Jechali ze spuszczonymi głowami, uważnie wypatrując śladów na ziemi. Na szczęście znajdowali się na obszarze porośniętym karłowatymi sosenkami, gdzie trudno było cokolwiek dojrzeć.
Przywódca wydał rozkazy ruchem ręki. Jeźdźcy rozdzielili się i powoli ruszyli dalej tyralierą. Dotarli do potężnego drzewa, mijali je po obu stronach. Chris wstrzymał oddech. Gdyby któryś popatrzył teraz do góry... Żaden nie spojrzał.
Zaczęli się stopniowo oddalać. Wreszcie jadący z otwartą przyłbicą rycerz z czarnymi piórami na hełmie - ten sam, który jednym cięciem odrąbał Gomez głowę - powiedział głośno:
- Dość. Umknęli. Jak? Skoczyli do rzeki?
Rycerz pokręcił głową. Hughes zwrócił uwagę na jego ciemną karnację, Miał krucze brwi i czarne oczy.
- Dzieciak nie taki głupi.
- I nie taki dzieciak, mój panie.
- Mógł spaść przez nieuwagę, ale nie skoczył umyślnie. - Czarny rycerz znowu pokręcił głową. - Wystrychnął nas na dudków. Wracajmy.
- Jak każesz, panie.
Cała szóstka bez pośpiechu zawróciła konie. Znów znaleźli się blisko drzewa, pojechali jednak dalej w luźnym szyku i wkrótce wydostali się na skąpaną w słońcu polankę.
- Gdyby nie ten mrok, wnet znaleźlibyśmy ślad.
Chris odetchnął z ulgą.
Przyczajony niżej wyrostek poklepał go po łydce i z uśmiechem skinął głową, jakby chciał powiedzieć: „Dobra robota”. Nadal jednak pozostawali w ukryciu. Kiedy pogoń oddaliła się już na sto metrów i ledwie było widać ludzi na koniach, chłopak zsunął się z gałęzi i zeskoczył na ziemię. Hughes uczynił to samo.
Wylądowawszy w trawie, obejrzał się szybko. Jeźdźcy znikali właśnie za dużą kępą krzaków, byli na wysokości tego drzewa, na którego pniu Chris zostawił ślady butów. Czarny rycerz minął je obojętnie, reszta podążała za nim...
Wyrostek chwycił go za ramię i energicznie pociągnął w pobliskie zarośla.
- Panie! Tutaj! Ślady na pniu! Ukryli się na drzewie!
Któryś jeździec zauważył ślady.
Jasna cholera!
Zawrócili konie i zebrali się przy drzewie. Czarny rycerz obrzucił koronę podejrzliwym wzrokiem i spytał:
- Gdzie? Nikogo nie widzę.
- I ja nie widzę pachołka na drzewie, mój panie. Rycerz zaczął się rozglądać na wszystkie strony. Nagle ich spostrzegł.
- Tam są!
Ruszyli z kopyta.
Chłopak rzucił się do biegu.
- Na Boga! Jużeśmy zgubieni! - rzucił, zerkając trwożnie przez ramię. Umiesz pływać?
- Pływać? - zdziwił się Chris.
Jasne, że umiał, lecz nawet mu to nie przyszło do głowy. Cały wysiłek wkładał w przebieranie nogami. Dopiero teraz zauważył, że wyrostek kieruje się na polankę, w stronę coraz rzadziej rosnących drzew.
I stromego nadrzecznego urwiska.
Teren przed nimi opadał, początkowo łagodnie, dalej coraz gwałtowniej. Trawa rzedła, wyłaniały się spod niej nagie połacie żółtawego piaskowca. Słońce oślepiało.
Czarny rycerz wrzasnął coś, czego Chris nie zrozumiał. Wypadli z lasu na skraj urwiska. Wyrostek bez namysłu zeskoczył z krawędzi.
Hughes się zawahał. Zerknął przez ramię na pogoń. Jeźdźcy gnali galopem z uniesionymi mieczami. Nie miał wyboru. Popędził ku krawędzi urwiska.
* * *
Marek skrzywił się boleśnie, kiedy przez radio doleciał głośny wrzask Chrisa. Po chwili rozległ się głuchy łoskot i gardłowy jęk. Rozpoznał odgłos upadku.
Andre nasłuchiwał. Ale w słuchawkach panowała martwa cisza, nawet nie zatrzeszczało.
Jakby nadajnik został zniszczony.
- Zginął? - zapytała cicho Kate.
Marek nie odpowiedział. Podszedł do stratowanych zwłok Gomez i zaczął się rozglądać.
- Chodź tu. Pomóż mi szukać zapasowego markera.
* * *
Kilkuminutowe poszukiwania nie przyniosły rezultatu. Marek ostrożnie zacisnął palce na dłoni Gomez - już szarej i zimniej - i starając się zapanować nad obrzydzeniem, pociągnął za rękę i przewrócił korpus na wznak.