ale płócienna torba podróżna, wypchana czymś po brzegi...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Falą i nagą stopą, co wnet się zanurzy, Przyjściem listu i zdjęciem pieczęci z pośpiechem, Pomiędzy zaproszeniem i rankiem podróży, Między...
- polepszyło, tak, że postanowiliśmy wybrać się w podróż, przyłączając się do pięciu ludzi, któ- rym również sprzykrzyło się tam siedzieć...
- pracy, podróży i ogólny brak komfortu...
- i zjadł jedynego towarzysza podróży...
- — Musimy podró¿owaæ z jak najmniejszym balastem...
- przypuszczał, że sum musiał ją mieć w brzuchu bardzo długo, bo cała czymś obrosła i zrobiła się okrągła jak kula...
- Bagno niemal opanowało groblę, podgryzając jej brzegi, podmywając fundamenty, zalewając jej powierzchnię...
- brzegi barki i rybackie kutry wracajÄ…ce z morza...
- - Mogę ci je pokazać, ale musisz mi w czymś pomóc...
- Podróż ku zjednoczeniu -- kreacje odnajdują swego stwórcę -- jest niezwykle bliska ludzkiej duszy, a wynagrodzeniem owej podróży jest niezmienne uczucie...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
McGee otwierał ją właśnie,
kiedy powiedział:
220
221
— Zjeżdżamy stÄ…d.
Potem zaczął wyciągać z torby ubrania. Ubrania Susan. Spodnie, rajstopy, biały swe-
ter.
Ale to wciąż nie było wszystko, co znajdowało się w torbie i Susan zaczęła odczuwać
lęk przed nieznanym przedmiotem, który spoczywał na dnie. Fantazja wzięła górę nad
poczuciem rzeczywistości i Susan była pewna, że ostatnią rzeczą, którą McGee wycią-
gnie, będzie odrąbana, gnijąca głowa Jerry’ego Steina.
— Nie! — krzyknęła. — PrzestaÅ„!
McGee wyciÄ…gnÄ…Å‚ ostatniÄ… część garderoby — zwiniÄ™ty w kulÄ™ sztruksowy blezer
Susan.
A więc żadna głowa nieboszczyka.
Susan nie czuła się jednak dużo lepiej. Wciąż nie orientowała się w tym wszystkim,
niezdolna była do oddzielenia snu od jawy.
— Nie — powiedziaÅ‚a. — Nie. Ja już mam dosyć. WiÄ™c lepiej skoÅ„cz ze mnÄ….
McGee popatrzył na nią zdziwiony, a potem zrozumienie pojawiło się na jego twa-
rzy.
— MyÅ›lisz zapewne — zapytaÅ‚ — że to tylko poczÄ…tek nowej serii koszmarów?
— Jestem już taka zmÄ™czona.
— Już wszystko skoÅ„czone.
— ChcÄ™, żeby ze mnÄ… też byÅ‚ koniec.
— PosÅ‚uchaj. ZmÄ™czenie wynika w głównej mierze z tego, że wstrzyknÄ™li ci narko-
tyk. Ale to niedługo minie.
— Odejdź ode mnie.
Szyja zdrętwiała jej już i musiała opuścić głowę na poduszkę.
Własna nagość nie peszyła jej wcale. Susan nawet nie sięgnęła po przykrycie. Zresztą
nie była pewna, czy starczy jej do tego siły, a poza tym w obliczu wszystkich koszmar-
nych przeżyć, które były jej udziałem, jakakolwiek wstydliwość nie miała sensu. Co
mieli zobaczyć, zobaczyli.
Było jej zimno, ale to też nie miało znaczenia. Nic już nie miało znaczenia.
— PosÅ‚uchaj — kontynuowaÅ‚ McGee. — Nie oczekujÄ™ od ciebie, żebyÅ› rozumiaÅ‚a,
o co w tym wszystkim chodzi. Wyjaśnię ci później. Teraz musisz mi po prostu zaufać.
— Już raz ci zaufaÅ‚am — powiedziaÅ‚a Susan.
— Dlatego tu jestem.
— Tak. Dlatego tu jesteÅ›.
— Jestem tu, by ciÄ™ uratować — oznajmiÅ‚, a w jego gÅ‚osie zabrzmiaÅ‚o zaangażowa-
nie i determinacja.
— Przed czym?
220
221
— Przed piekÅ‚em — odpowiedziaÅ‚. — Czy nie obiecywali ci, że pójdziesz do piekÅ‚a?
PiekÅ‚o — to byÅ‚ cel caÅ‚ego przedsiÄ™wziÄ™cia.
— PrzedsiÄ™wziÄ™cia?
McGee westchnÄ…Å‚.
— Nie mamy teraz zbyt dużo czasu. Musisz mi zaufać.
— Odejdź ode mnie.
McGee podłożył rękę pod plecy Susan i uniósł ją do pozycji siedzącej. Następnie
wziął biały sweter i próbował wsunąć ramiona Susan w rękawy. Stawiała opór na tyle,
na ile miała siłę.
— Dosyć tego! — powiedziaÅ‚a. — Dosyć waszych zabaw!
— O rany! — wykrzyknÄ…Å‚ mężczyzna. OdÅ‚ożyÅ‚ sweter na łóżko i pomógÅ‚ Susan poÅ‚o-
żyć siÄ™ z powrotem. — Poczekaj, zaraz coÅ› usÅ‚yszysz. A raczej przestaniesz sÅ‚yszeć.
Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, McGee wyjął z kieszeni płaszcza latarkę, zapa-
lił ją i odszedł w mrok, w kierunku wodospadu. Wkrótce odgłos spadającej wody zagłu-
szył jego oddalające się kroki.
Może zostawi mnie w spokoju, pomyślała, albo zaraz wykończy. Jedno z dwojga.
Zamknęła oczy.
Huk wodospadu nagle umilkł.
W jednej sekundzie Pieczara Gromów zamieniła się w Pieczarę Ciszy.
Otworzyła oczy i zmarszczyła brwi. Czyżbym ogłuchła? zastanawiała się przez
chwilÄ™.
I nagle gdzieś z ciemności dobiegł ją podniesiony głos Jeffa McGee.
— SÅ‚yszysz? Nie ma wodospadu. To tylko nagranie z taÅ›my. — Jeff mówiÅ‚ i wracaÅ‚
w stronę Susan. Znów słyszała jego kroki, były coraz głośniejsze i nic ich już nie za-
gÅ‚uszaÅ‚o. — To byÅ‚o tylko nagranie puszczone przez cztery kwadrofoniczne gÅ‚oÅ›niki.