Bagno niemal opanowało groblę, podgryzając jej brzegi, podmywając fundamenty, zalewając jej powierzchnię...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- – Hej! – krzyknÄ…Å‚ swym ochrypÅ‚ym i niemal bezdźwiÄ™cznym gÅ‚osem, który przypominaÅ‚ plusk kamieni wrzucanych do podziemnego jeziora...
- Popatrzył na mnie, niemal widziałem trybiki obracające się pod jego czaszką i nagle twarz mu pobielała, oko rozwarło się szeroko, a czoło zrosiły krople potu...
- ottawskich, wspomni, ile czasu i pieniędzy pochłonie prześwietlenie, i zapewni pacjenta, żewykonane właśnie badanie daje niemal stuprocentowo pewne...
- Wypracowali sobie także niemalże fobię braku zainteresowania dla wszelkiej tradycji, włączając w nią również wytwory największych umysłów...
- - Katerine Alruddin uciekła ubiegłej nocy - niemalże wypluła z siebie Tialin, a Verin nie potrafiła powstrzymać głośnego westchnienia...
- Ksiê¿ycowe œwiat³o przenika³o przez parê unosz¹c¹ siê nad jej k¹piel¹ i dotykaj¹c powierzchni wody, zamienia³o j¹ w pomarszczone zwierciad³o...
- Pos³ugujemy siê te¿ czêsto wyra¿anym na powierzchni wypowiedzi morfe-mem negacji (nie, non, a itp...
- ale płócienna torba podróżna, wypchana czymś po brzegi...
- brzegi barki i rybackie kutry wracajÄ…ce z morza...
- – To siÄ™ panu opÅ‚aci – rzuciÅ‚ blondyn...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Tak więc każdy pokryty szlamem staw musiał być sondowany ustalenia jego głębokości. Często coś, co wyglądało na kałużę, okazywało się głęboką dziurą albo bezdenną kurzawką. Trzeba je było starannie omijać, a w dwóch miejscach, gdzie bagno zniszczyło większe fragmenty drogi, przerzucić pnie, by przebyć wyrwę. Tylko w niewielu miejscach stąpali po pierwotnym bruku. Długie jego odcinki leżały pogrzebane pod grubą warstwą zgnilizny, gdzie indziej zaś uparte drzewa i czepliwe pnącza wypchnęły kamienie, tworząc zbitą masę bruku i roślin. Gdziekolwiek zaś ich korzenie mogły się utrzymać, tam rosły ostre jak lóż bagienne trawy i elastyczne trzciny, sięgające człowiekowi do pasa, a nad nimi wisiały, szarpiące wszystko pazurami cierni, sploty twardych lian, na których tępiły się noże intruzów. Gdzie znajdowała się granica między bagniskiem i groblą, często trudno było odgadnąć, i tylko trzymanie się linii prostej, zgodnie z projektem budowy nakreślonym przez zmarłych od wieków Krelran, umożliwiało podejmowanie w miarę pewnych decyzji.
Posuwali się naprzód obrzydliwie wolno, a bezlitosne nękanie przez moskity i pijawki zmieniało marsz w torturę. Ale Kane dobrze dobrał swych ludzi. Ich przekleństwa, choć jadowite, nie były buntownicze, nawet gdy kolejnego z nich spotkało nieszczęście. Trafił mianowicie dłonią w sieć okazałego, brązowo-żółtego pająka, którego ugryzienie spowodowało, że jego prawa ręka boleśnie nabrzmiała szkarłatem.
Potem ofiara szczęk pająka krzyknęła coś niewyraźnie padła na kolana. Nieprzytomny od jadu żołnierz zaczął się rzucać na swych zaniepokojonych towarzyszy, kołysząc opuchniętą ręką i jęcząc w męczarniach. Pamiętając o zniżającym się słońcu, Kane pośpieszył do chorego. Próbowano już wyciągnąć truciznę, jak się okazało bez sukcesu, i Kane fachowym okiem ocenił szansę przeżycia żołnierza jako niewarte próby niesienia go przez innych. Pająk należał do nie znanego mu gatunku, ale w oczywisty sposób podzielał śmiertelną wrogość do ludzi, stanowiącą istotę natury Kranor-Rill. Uznawszy, że nie byłoby przezornie wyglądać w oczach swych ludzi na człowieka nieczułego, Kane zarządził krótki odpoczynek, życząc sobie w głębi duszy, by ofiara wyzionęła ducha, nim dźwiganie jej stanie się konieczne.
Przerwa była bardzo na czasie.
Jeden z ludzi, który zapędził się nieco do przodu, nagle wrzasnął: - Cholera! Tu jest jeden z unych parszywców! Schowany w tej kupie pnączy! - Oszczep przeleciał tuż koło jego piersi, więc wycofał się z krzykiem.
Wynurzywszy się z bagniska, banda Rillytich zagroziła! im z przodu - ponad tuzin ziemnowodnych stworzeń.! Wyższe były o głowę od człowieka, z krępym ciałem znacznie grubszym niż ludzki korpus. Długie, cienkie ręce i grube, pałąkowate nogi kończyły się płaskimi łapami z błoną pływną i czarnymi pazurami na końcach długich palców. Cętkowana skóra, pełna łusek i brodawek, barwy niezdrowej żółci, brązu i zieleni jak szlam bagienny okrywała ich nagie ciała. Chropowate, podobne do pancerzy płyty pokrywały ich zgarbione plecy i sklepione klatki piersiowe, zachodząc na wypukłe brzuchy płatami obrzydliwej żółtości. Z szerokich ramion wyrastały ropusze głowy, fałdy skóry i obwisłe podgardla skrywające szyje - jeśli je miały. Oczy były bez powiek, z pionowymi źrenicami, ziejące jamy nosowe, ogromne bezwargie szczęki z szeregami żółtych stożkowatych kłów. Tak wyglądały obrzydliwe groteskowe stworzenia, których potężne, zniekształconej ciała odpowiadały morderczej złośliwości Kranor-Rill. Gdy powstały z ukrycia, czarna bagienna woda i kawałki piany zaczęły spływać z ich skór i worków szyjnych, błyszcząc groźnie na długich ostrzach z brązowego stopu, połyskujących w ich płetwiastych rękach.
Rillyti stali w miejscu, skrzywiwszy twarze w maski okrucieństwa, z żółtymi oczami przesłoniętymi drgającą błoną mrużną. Zza obnażonych kłów dobiegało niskie, zgrzytliwe dudnienie, a ich worki szyjne nadymały się i odprężały nierówno. Niektórzy dzierżyli krótkie oszczepy do kłucia, z przylepioną ohydnie brązową substancją na zębatych grotach. Wszyscy uzbrojeni byli w dziwaczne miecze rillytiańskie - płynnie zakrzywione klingi tak długie, jak u dwuręcznego miecza, wykute z odpornego, zapomnianego obecnie stopu brązowego, jak pamiętał Kane, wydobywanego z krelrańskich ruin, o krawędzi ostrzejszej od stali - mordercze narzędzia w ich ogromnych rękach. Gumiastą substancją, przywierającą do ich oszczepów, była wyrabiana przez nich, powodująca natychmiastową śmierć trucizna; żrąca, inaczej bowiem smarowaliby nią także ostrza mieczy.
Kane uznał za wyjątkowo szczęśliwą okoliczność, że ziemnowodni nie mieli jeszcze innych skutecznych pocisków, które mogliby pokryć ową trucizną. Ich płetwiaste dłonie były zbyt wielkie i niezdarne, by dać sobie radę z łukiem, a ich kościste szczęki nie pozwalały na używanie dmuchawek. Ale gęsty, prawie nieprzebyty splot podszycia spowodował, że walka wręcz była jedynym możliwym sposobem ataku. Żołnierze nie mogli skutecznie użyć swych łuków - zbyt wiele było osłon dla nieprzyjaciela, zbyt wiele splątanych pnączy i gałęzi, by strzała doleciała bez przeszkód.
- Nie ruszają się z miejsca. Wygląda, jakby obchodziło ich tylko strzeżenie szlaku. Zmykajmy stąd, nim się na nas rzucą! - nalegał Banlid.