- Ależ ja muszę wracać do kraju - usiłowałem oponować...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Niemniej obawiałem się wyjść z lasu — choć skądinąd było oczywiste, że prędzej albo później wyjść muszę...
- — I co dalej? Co zrobiłeś? — Okazało się, że muszę zapłacić co najmniej paru prawnikom, których mi załatwili...
- wytłumaczyć przywódczyni Daali, co tam naprawdę zaszło, i muszę to zrobić szybko, zanim sama wyciągnie pochopne wnioski...
- Rozdział 7 Ażeby być sprawiedliwym, musze opowiedzieć także i o dobrych uczynkach Horemheba...
- - Dla ścisłości muszę dodać - ciągnął Fryderyk - że mój ojciec wie o tych wagarach...
- - Jeśli zmusimy je do dalszej jazdy, wpadną w panikę!Przesyłając uspokajające impulsy, usiłowałem utrzymać zwierzęta pod kontrolą przez ostatnie pół...
- Tej nocy we śnie czuję, że muszę powiedzieć Percie o sobie...
- Pacjent siada w wygodnym fotelu lub kładzie się na kanapce, prosimy go, aby zachowywał się biernie, nie usiłował pomóc w wprowadzaniu go w stan hipnozy, ani się...
- ROZDZIAŁ 38ODSIECZPomimo związanych na plecach nadgarstków, Perrin usiłował znaleźć wygodniejszą pozycję, aż wreszcie westchnął i poddał się...
- - Nie, no właściwie nie muszę...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Pozostawiłem tam wiele nie zakończonych spraw.
- Dokończy je pan później - lekceważąco machnął ręką. - Porozumiałem się w pana sprawie z naszą ambasadą w Bogocie, a poprzez nią z naszym ministrem kultury i sztuki. Otóż powiem panu, że nie tylko powinien pan tu pozostać, ale nawet musi pan odnaleźć złote zabytki skradzione z Muzeum Złota.
- Kolumbia ma swoją własną znakomitą policję - oświadczyłem.
- To prawda, ale zapomina pan, że skradzione przedmioty są już zapewne poza granicami tego kraju. Tylko Międzynarodowe Biuro Koordynacyjne potrafi wpaść na trop przestępców. Zresztą, wszystko wyjaśni panu Raymond Connor.
„No cóż - pomyślałem - sprawdziły się słowa Ralfa Dawsona”.
Jego informatorzy mówili prawdę. Zdecydowano, że nie powrócę do kraju, ale zostanę w Bogocie. Wyznaję szczerze, że nie pociągała mnie ta nowa przygoda. Nie bałem się niebezpieczeństw, ale brzemię narzucone mi przez Marczaka, fakt, że, jak się wyraził, muszę znaleźć skradzione zabytki, niemal mnie obezwładnił. Lecz z Marczakiem dyskusja na taki temat była po prostu niemożliwa.
Tam gdzie wchodził w grę prestiż kierowanego przez niego Centralnego Zarządu, pozostawał nieubłagany. Miałem ochotę powiedzieć mu, że sprzedał mnie Connorowi jak towar eksportowy, jak samochód czy inny przedmiot. Było w tym jednak sporo mojej winy, bo przecież to ja nieostrożnie udzieliłem wywiadu pannie Leticii Lucinante i zrobiłem sobie reklamę jako „Niezwyciężony Seńor Cochecito”.
- Aha - przypomniał sobie dyrektor Marczak. - Zostaje pan w Bogocie, a przecież nie zna pan hiszpańskiego. Zdecydowałem się przydzielić panu do pomocy pannę Florentynę, która...
- O, Boże. Wszystko, tylko nie to - zaoponowałem.
- Chwileczkę, panie Tomaszu - przerwał moje protesty. - Podczas pańskiej wycieczki pracowałem trochę z Florentyną i przekonałem się, że jest to osoba sprytna i inteligentna. Jej znajomość języków przyda się panu. I proszę ze mną na ten temat nie dyskutować.
Przed północą pod hotel zajechała taksówka i Marczak odjechał na lotnisko. Żegnając się ze mną i panną Florentyną raz jeszcze przypomniał nam o konieczności informowania go o wszelkich naszych poczynaniach. Zbyt dobrze znałem Marczaka, aby nie wiedzieć, że jeśli uda mi się wpaść na właściwy trop, natychmiast zjawi się u mojego boku, aby potem jak zwykle puszyć się dumnie i sobie przypisywać przynajmniej połowę zasług. Ale taki on już był - i takim go bardzo lubiłem. Tym bardziej że i moje klęski brał także w połowie na swoje barki.
Po odjeździe Marczaka panna Florentyna, nie bacząc na późną porę, zaciągnęła mnie do swego pokoju. Rozsiadła się wygodnie w fotelu i oświadczyła stanowczo:
- Dyrektor Marczak zlecił mi specjalną opiekę nad panem. Teoretycznie, to pan będzie moim zwierzchnikiem. W praktyce jednak dyrektor dał mi pewną władzę. Otóż mam pana strzec przed różnego rodzaju spódniczkami i sukienkami oraz ostro interweniować, jeśli jakaś kobieta znowu zechce panu zawrócić w głowie.
Pomyślałem: „Poczekaj, dziewczyno. Niech no tylko Connor wręczy mi jakąś sumkę pieniędzy, a i ty będziesz zmuszona nosić spódniczki”. Głośno zaś rzekłem:
- W porządku, panno Florentyno. Prawdopodobnie przyda mi się ktoś tak czujny jak pani.
- I jeszcze jedno, panie Tomaszu - powiedziała. - Grasuje w tym hotelu osobnik nazwiskiem Ralf Dawson, który podaje się za człowieka z UFO. Zaprosił mnie do swego pokoju, poczęstował koniakiem i, muszę przyznać, zachowywał się jak dżentelmen. Nawet chwalił moją tunikę i mój naszyjnik. Niestety, ten człowiek jest oszustem. Znam się dobrze na UFO-logii, koresponduję w dziesięciu językach ze znawcami tego przedmiotu. Oświadczam autorytatywnie, panie Tomaszu, że osobnicy pochodzący z UFO są małymi ludzikami zielonego koloru, a Dawson wygląda jak każdy z nas.
- Mówi, że jest człowiekiem z Przyszłości. UFO to wehikuły czasu.
- Bzdura! - przerwała mi ostro. - UFO, czyli latające spodki, są wehikułami przybywającymi do nas z innych galaktyk. To już zostało stwierdzone przez UFO-logów. Pan się zna na muzealnictwie i jest pan znakomitym detektywem. Ale od spraw UFO ja jestem specjalistką i musi mi pan wierzyć.
- Jego wywody mają pewien sens - sam nie wiem, dlaczego stanąłem w obronie Dawsona.
- Nie mają żadnego sensu - z uporem powtórzyła Florentyna. - Jego wywody są sprzeczne z ustaleniami UFO-logów. Dlatego stanowczo ostrzegam pana przed Ralfem Dawsonem. Dziesiątki osób na Ziemi miało już spotkania z zielonymi ludzikami, które wysiadły z latających spodków. Dawson jest oszustem.
- Rozumiem i przyjmuję to do wiadomości - oświadczyłem dla świętego spokoju.
Było późno i czułem się senny. Niestety, panna Florentyna chciała dalej prowadzić rozmowę.
- Jako pańska podwładna - podjęła nowy temat - muszę coś niecoś wiedzieć o panu.
- Co chce pani wiedzieć?
- Dlaczego jest pan kawalerem? Może przeżył pan nieszczęśliwą miłość lub też nie znalazł pan godnej siebie kobiety?
- Nie, panno Florentyno. Tak się jakoś składało, że gdy tylko poznałem jakąś ciekawą dziewczynę i zakochałem się w niej, dyrektor Marczak powierzał mi nowe zadanie. Musiałem wyjechać, a gdy wracałem, ona zazwyczaj była zamężna.
Zdumienie na chwilę odebrało jej mowę.
- To pan... pan jest kawalerem... z braku czasu?
- Tak - ukłoniłem się grzecznie, powiedziałem dobranoc i wyniosłem się z jej pokoju. Z największą radością dopadłem swego łóżka i natychmiast zasnąłem.