- Nie, no właściwie nie muszę...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- sność drugiej ćwierci; suma wniesiona do wspólnoty stanowić będzie jedną czwartą właści- wego wkładu, pozostałym zaś przy życiu małżonkom...
- — Wiemy mało, a właściwie nic — pokręciła głową z rozgoryczeniem Mary Pat...
- Waciwoci biologiczne mog sta si prawdziwym ograniczeniem dla JTOZWOJU uspoecznienia dopiero wtedy, gdy s to wrodzone czy nabyte defekty samego mzgu, ktrych...
- Niemniej obawiałem się wyjść z lasu — choć skądinąd było oczywiste, że prędzej albo później wyjść muszę...
- — I co dalej? Co zrobiłeś? — Okazało się, że muszę zapłacić co najmniej paru prawnikom, których mi załatwili...
- Dariusz Zając· trudności wychowawcze wiążą się z właściwościami uczniów,których zachowanie w sytuacjach społecznych niekorzystnieodbiega od...
- N/D Dopuszczalne eksploatacja się i upadek osób - urazy w bne Zachowanie ładu i porządku na drogach dojścia oraz właściwych...
- wytłumaczyć przywódczyni Daali, co tam naprawdę zaszło, i muszę to zrobić szybko, zanim sama wyciągnie pochopne wnioski...
- Wiemy już, że komponenty posiadają właściwości i metody...
- konformistów, że decyzja zakupu jest właściwa...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Mama się ostatnio habilitowała, pisze różne podręczniki i książki. Pracuje też w radio. Ale jednak... ma nas troje. Mają się czym martwić, ona i Grześ.
- Grześ to twój tata?
- Ojczym. Mojego taty już nawet nie pamiętam.
- Umarł, jak nasz? Czy poszedł sobie?
- Nawet poleciał. Podobno - do Australii.
Lucek milczał chwilę.
- To kiepsko - powiedział. - Można trochę zrozumieć charakter tej... Laury... kiedy to się wie.
- A co? - nastroszyła się Pyza, zawsze lojalna.
- Nie, no nic... niezła z niej pokrzywa, tyle chciałem powiedzieć. Powinna troszkę złagodnieć, bo wszystkich poodstrasza. A taka jest ładna... - tu Lucek chrząknął, po czym pokręcił głową. - No; no, ale też bywa na tym świecie - rzekł tonem starca. - Ja tam nigdy nie zostawię mojej żony, no chyba, że umrę. Nie rozumiem, dlaczego dorośli nie umieją dotrzymać słowa.
- Może nie są dorośli.
- Na to wygląda. Wiesz co, Róża? Bardzo fajnie się z tobą gada. Jednak coś umiesz, chociaż nie geografię.
Roześmiali się oboje.
- Nie, z geografią nie jest tak bardzo źle - wyjaśniła Pyza. - Po prostu pojedyncza wpadka. Ale przykra. Okropnie nie lubię tak się kompromitować, bo mamy w klasie takich strasznych kujonów i prymusów... jeden ma nawet stypendium państwowe za swoje cudowne wyniki. Fryderyk Schoppe się nazywa.
- Fryderyk Szopen? Ale numer:
- Nie, Scho-pp-e. Wszyscy się mylą.
- Musi być niezła maszyna.
- Chyba jest. Najgorsze, że on jest taki świetny we wszystkim, co robi, i to bez żadnego wysiłku. Geniusz po prostu.
- No, no. Tacy geniusze to bywają dziwaczni. U nas w klasie też mamy taki okaz. Dziewczyno, musiałabyś go widzieć. Oczy na słupkach, obłęd w spojrzeniu. We wszystkim musi być najlepszy, bo inaczej umrze.
- Nie, nasz Schoppe inaczej: nie musi być najlepszy, ale niechcący jest, rozumiesz. Wyniosły i potwornie zarozumiały z tego powodu. Kompletnie niekomunikatywny. Chcesz z nim czasem pogadać jak z człowiekiem, a ten nic - Bierdiajew albo Spinoza. Oczywiście, historię sztuki ma w małym palcu, o filmie wie wszystko, a na fortepianie gra jak wirtuoz. Żadnej szczeliny w tym pancerzu doskonałości.
- Uuu, paskudnie. Moim zdaniem to rynek wymusza - ocenił Lucek trzeźwo. - Silna konkurencja wytwarza wybitne jednostki. Tacy są najgorsi. Nasz geniusz napisał już dwie powieści fantasy i teraz pisze rozprawę teologiczną. Ale gwoździa nie wbije.
- A Schoppe wbije. Prymus Schoppe uwielbia sklejać modele zdalnie sterowane. Miał nawet w szkole wystawę swych osiągnięć.
- O, to da się lubić. Pewnie się tam w nim wszystkie kochacie.
- Co? - obraziła się Pyza. - Co za głupstwo. Czy można się kochać w prymusie?
- A skąd ja to mam wiedzieć?
- Ja się nie kocham, w nikim, zresztą.
- Dobrze - rzekł Lucek z zadowoleniem. - Powiem braciom.
I z uśmiechem na swym pucołowatym obliczu obserwował, jak Pyza oblewa się wdzięcznym rumieńcem.
Posiedzieli sobie jeszcze pół godziny, a kiedy już byli prawie całkiem uwędzeni, postanowili opuścić ten lokal i udać się spacerkiem do domu. Dochodziła piąta i należałoby pomyśleć o odrobieniu lekcji na jutro. Lucek, który był w pierwszej klasie, przeżywał, jak sam to ujął, trudności adaptacyjne i nie bardzo jeszcze umiał funkcjonować w warunkach licealnych. Męczyło go czytanie lektur na wyścigi, a już analiza wiersza była dla niego istną udręką. Na jutro miał zrobić “Sonety” Mikołaja Sępa-Szarzyńskiego. Pyzę z kolei czekał jutro koszmarny zestaw głównych przedmiotów ścisłych, plus dwie godziny angielskiego i niemiecki.
- Wiesz co, Lucek - wyznała, kiedy szli już oboje do wyjścia. - Ja przedtem powiedziałam nieprawdę. Ja właściwie bardzo nie lubię kawiarni. A raczej - nie lubiłam. Teraz widzę, że może w niej być całkiem miło.
- No, no - rzekł Lucjusz. - Dziękuję. A wiesz, co ja ci zdradzę? Że byłem dziś w kawiarni po raz pierwszy w życiu. Miłe było tylko jedno: ty.
6
Ignaś poszedł z tatą po zakupy do “Bączka” i na Rynek Jeżycki, a w tym czasie wpadła Ida z Józinkiem, ubranym w czerwony sweterek, w którym wyglądał niebywale ogniście, zwłaszcza, że jego włosy stawały się codziennie bardziej rude.
Była za dziesięć piąta i Ida, która zmieniła pracę (porzuciła mianowicie przychodnię przykliniczną na rzecz poradni specjalistycznej, która powstała na parterze kamienicy numer pięć przy Roosevelta, czyli obok mieszkania rodziców, a nad jej własnym), spieszyła się bardzo.
- Zaraz mam godziny przyjęć - ogłosiła. - A Marek się położył, bo chce się wyspać przed dyżurem. Zajmijcie mi się dzieckiem, dobrze?
- A jak się czujesz? - zainteresowała się Gabrysia, podnosząc siostrzeńca i sadzając go sobie na biodrze, choć był już z niego kawał klopsa. Józinek to lubił: przylgnął do niej zaraz i objąwszy ją mocnymi łapkami, podniósł ufną, zadowoloną twarzyczkę, całą w uśmiechu.