A wszystko to ściągnął na mnie brak rozwagi...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Bóg to radość, Bóg to szczęśliwość, Bóg to zdrowie, Bóg to swoboda, Bóg to przyjemność, Bóg to wygoda i wszystko, co najlepsze...
- Elfowie zrobili wiele pierścieni, lecz Sauron potajemnie zrobił Pierścień Jedyny, który miał wszystkimi innymi rządzić...
- Ulice Mardecin wybrukowane były granitowymi płytami, wytartymi przez całe pokolenia stóp i kół wozów, wszystkie zaś budynki zbudowano albo z cegły, albo z...
- wÅ‚Ä…cznie, wszystko w tym stylu, który fachowcy nazywajÄ… stylem winietowym – sposób malo- wania przypominaÅ‚ wielce Sully'ego – w ulubionych...
- Od strony ulicy prawie wszystkie bary oraz mniejsze sklepy zamiast ścian miały różnego rodzaju żaluzje, które usuwano całkowicie lub rolowano na czas otwarcia...
- Wszystko zaczyna się bardzo prosto, bo system liczbowy Majów jest całkiem prosty: jedynkę oznaczali kropką, dwójkę dwiema kropkami- i tak dalej...
- Wszystkie typy pracy wymagają od człowieka umiejętności współpracy z innymi, organizowania własnej pracy, radzenia sobie ze stresem, nawiązywania kontaktu,...
- Kramy po obu stronach ulic by³y zbudowane wszystkie wed³ug wzoru i nieomal tej samej wielkoœci, a przed ka¿dym sklepem rozpiêty by³ parasol z p³ótna ¿aglowego,...
- „Jakie to miłe, że wszystko, na co tylko mamy ochotę, możemy zanieczyścić pewnymi substancjami, takimi jak: tlen, ozon, azot, argon albo parą czy jakąś biotą...
- Jest to przede wszystkim wyraz błagania… a jednak czai się w nim podejrzenie! Ach, do licha z tymi podejrzeniami! Gdybym chciał o nim rozpowiadać, zrobiłbym to już...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Czyhające zaś na końcu drogi niebezpieczeństwo zagrażało nie tylko mnie, bo czyż tak trudno było zwabić za moim pośrednictwem pozostałą dwójkę? Czar, który mną owładnął od momentu ujrzenia fałszywego konia, szybko pękał pod wpływem szoku i strachu.
Wraz ze mną posiądą oni broń, którą zwrócą przeciw Kaththei i Kemocowi. “Oni" - kim albo też czym byli? Kim byli władcy tego kraju i czego od nas chcieli? Dobrze wiedziałem, że siła, która mnie schwytała, nie należała do dobroczynnych. Stanowiła jedynie inną część tego, co próbowało zwabić mnie w kamienną pułapkę. Tym razem nie mogłem wzywać pomocy, gdyż odbiłoby się to na moich bliskich, którym nie chciałem zaszkodzić.
Równina, którą przemierzaliśmy, miała swój koniec. Wydało mi się, że czarna linia drzew wyskoczyła spod ziemi, tak szybko biegliśmy. Drzewa o wyblakłych liściach i szarych gałęziach i pniach były dziwnie blade, jak gdyby coś powoli wysysało z nich życie. Od tego szkieletowatego lasu nadciągnął wyziew pradawnego zła, osłabionego, lecz nadal trwającego w postaci duszącego smrodu.
Przez las prowadziła jakaś droga i kopyta fałszywego konia dzwoniły o kamienie, jakby miał on stalowe podkowy. Ogier nie biegł prosto przed siebie, lecz kluczył tu i tam. Teraz nie chciałem zeskakiwać z jego grzbietu, albowiem żywiłem przekonanie, że coś więcej niż szybka śmierć czekała tego, kto dotknąłby stopą zszarzałej ziemi.
Mój wierzchowiec pędził ciężko wciąż dalej i dalej. Już nie próbowałem kontaktować się z jego umysłem; raczej oszczędnie gospodarowałem resztką sił w złudnej nadziei, iż w końcu nadejdzie ta chwila, w której użyję swego talentu w ostatniej walce o wolność. Usiłowałem też stworzyć własną skorupę w mózgu, zewnętrzną powłokę rozpaczy, tak by inteligencja kierująca nie znanym mi stworem uwierzyła, że pozostaję całkowicie w jej mocy.
Zawsze należałem do ludzi, którzy bardziej polegali na akcji ciała niż umysłu i ta nowa forma walki nie przyszła mi łatwo. Strach rozpala i rozwściecza pewnych ludzi, nie ujarzmia ich i nie działa na nich deprymująco - i tak właśnie stało się ze mną. Muszę teraz pohamować gwałtowną chęć odwetu i zamiast tego podsycać zdolność do walki do czasu, kiedy będę miał choćby nikłą szansę sukcesu.
Przejechaliśmy przez wyblakły las, lecz nadal trzymaliśmy się kamiennej drogi. Wkrótce przed nami pojawiło się miasto, wieże, mury... Jednak nie było to miasto żywych, tak jak ja znałem życie. Emanowała zeń aura chłodu, całkowitej negacji mojego sposobu życia i istnienia. Wpatrując się weń, zrozumiałem, że skoro tylko znajdę się w jego murach, Kyllan Tregarth, taki jakim jest teraz, przestanie być sobą.
Nie tylko wrodzona niechęć do pogodzenia się ze śmiercią dodała mi wtedy sił, ale także i wspomnienie tych, których zdradziłem, ulegając podstępnym czarom. Muszę działać - zaraz!
Uderzyłem głęboko, poprzez znikającą skorupę, celując w wolę stwora, który mnie pochwycił. Teraz stanie się wedle mojej woli - zawrócę, nie po to jednak, by zapewnić sobie bezpieczeństwo, lecz po to, by uniknąć losu, jaki czekał mnie na końcu drogi. Jeśli umrę, będzie to rodzaj śmierci, który sam wybrałem.
Być może, iż odegrałem swoją rolę tak dobrze, że oszukałem to coś, co chciało posłużyć się mną dla swych własnych celów, i niewykluczone, iż to coś nie znało dobrze ludzi mego pokroju. Musiało ono zmniejszyć czujność, albowiem częściowo mi się udało. Bieg konia stał się chwiejny i zwierzę zawróciło z drogi do miasta. Nie ustępowałem, choć tamta wola zawrzała gniewem. Niebawem odebrałem wybuch głuchej wściekłości i rozdrażnienia, a dotarł on do mnie w taki sposób, jakbym zrozumiał słowa wykrzyczane z murów, które teraz znalazły się na lewo ode mnie. Bardzo dobrze, jeśli tego chcę, pozwoli mi dokonać wyboru...