– Cześć...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- – Zabierzesz stÄ…d te akta, zrobisz gdzieÅ› kopie, rozeÅ›lesz część do przyjaciół i znajomych rozrzuconych możliwie po caÅ‚ych Stanach, a resztÄ™ ukryjesz,...
- 261 Przez czêœæ dwudziestolecia miêdzywojennego postêpowanie podatkowe by³o normowane przepisami odziedziczonymi po ustawodawstwach pañstw zaborczych...
- CZĘŚĆ TRZECIA ULGORozdział XIII Następnego ranka skręcili na północny zachód i ruszyli ku stromym, białym...
- Ta część praktyki ma na celu wprowadzenie umysłu i prany do kanału centralnego...
- sobności zabrałem drugą część skarbów Piorunowego Grota...
- czêœæ (podkategoria) procesu socjalizacji...
- Ford nie był wysoki, a rysy jego twarzy, choć uderzające, nie były specjalnie przystojne...
- ćwiartka dziobowa nurzała się w białych falach...
- KĂśster raz jeszcze usiłował wytłumaczyć, że wóz jest nasz...
- Mimo pańskiego uprzejmego milczenia zgodzę się z panem, że ta przygoda nie jest zbyt olśniewająca...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Co? Dobra... Ale nie teraz. To na razie. – O czym mówiłem?... A, współczesna medycyna. Byliśmy u tuzina lekarzy, zrobili jej wszystkie badania, jakie można znaleźć w książkach. Tomografia komputerowa, rezonans magnetyczny, serologia, toksykologia, dwie punkcje. Wszystko na nic. Niepotrzebnie, jak się później dowiedziałem. Neurolog nie wiedział, od czego zacząć.
– Jakie miała objawy? – spytałem.
– Bóle stawów, głowy, nadwrażliwość skóry, przemęczenie. Od tego się zaczęło. Kiedyś była kłębkiem energii. Metr pięćdziesiąt wzrostu, czterdzieści osiem kilo wagi. Tańczyła, grała w tenisa, uprawiała forsowne marsze. Zmiana nastąpiła stopniowo, z początku myślałem, że to grypa albo jakiś wirus, których pełno ostatnio w powietrzu. Zdawało mi się, że najlepiej będzie zniknąć jej z oczu i dać wypocząć. Zanim do mnie dotarło, że dzieje się coś poważnego, straciłem z nią kontakt, jakby przeniosła się na inną planetę. – Zagiął palec na złotym łańcuszku. – Rodzice Joannę nie żyli długo, może coś w jej genach... Zawsze miała rozwinięty instynkt macierzyński, ale to też zanikło. To był zdaje się główny objaw, odsunięcie się. Ode mnie, dzieci, wszystkiego.
– Judy powiedziała mi, że pańska żona była mikrobiologiem. Czym się dokładnie zajmowała?
Richard potrząsnął głową.
– Szuka pan oczywistych rozwiązań: zaraziła się czymś w laboratorium. To logiczna, ale błędna hipoteza. Przebadano labolatorium na wszystkie strony w poszukiwaniu niebezpiecznych wirusów, alergenów i tym podobnych. Joannę pracowała z mikrobami, ale to były mikroby roślinne: pleśnie i grzyby, które atakują rośliny uprawne. Zwłaszcza brokuły. Dostała dotację z uczelni na badanie brokułów. Lubi pan brokuły?
– Pewnie.
– Ja nie. Wiadomo, że może dojść do zakażenia między roślinami i zwierzętami, ale to, nad czym pracowała Joannę, nie należy do tej kategorii – ani sprzęt, ani żadne odczynniki. Przeszła wszystkie badania krwi, jakie zna medycyna. – Richard miętosił w palcach mankiet czarnej koszuli. Miał zegarek z czarnym cyferblatem i złotą obwódką, tak cienki, że wyglądał jak tatuaż.
– Nie oszukujmy się, przyczyna choroby Joannę pozostanie nieznana. Wróćmy do tego, co najważniejsze, czyli jej odsunięcia. Pierwszą rzeczą, której spróbowałem, była rozrywka i życie towarzyskie. Nie chciała z nikim wychodzić, nawet na kolacje ze współpracownikami. Była zbyt zmęczona, nie miała apetytu. Chociaż w łóżku jadła bez końca. Należymy do klubu Cliffside. Joannę grała tam w tenisa i chodziła na siłownię. Nic z tych rzeczy. Zaczęła wcześniej kłaść się spać i później wstawać. W końcu przestała wychodzić z łóżka. Skarżyła się na coraz gorszy ból. Powiedziałem, że może ją boleć właśnie z braku ruchu, mięśnie się kurczą, sztywnieją. Nie odpowiedziała. Wtedy zaczęliśmy chodzić do lekarzy.
Richard założył nogę na nogę.
– No i zaczęła tyć. Jedzenie było jedyną rzeczą, z której nie zrezygnowała. Cukierki, ciasto, chipsy, wszystko, co słodkie i tłuste. – Skrzywił usta, jakby przegryzł coś niesmacznego. – Pod koniec ważyła sto kilo. W ciągu niespełna roku waga jej ciała podwoiła się. Pięćdziesiąt kilogramów czystego tłuszczu – niesamowite, prawda? Trudno było uwierzyć, że to ta sama dziewczyna, z którą się ożeniłem. Była taka gibka, wysportowana. Nagle okazało się, że moja żona jest jakąś aseksualną, obcą istotą. Jeśli żyje się z kimś przez dwadzieścia pięć lat, nie można tak nagle przestać lubić tej osoby, ale nie będę zaprzeczał: moje uczucia wobec niej się zmieniły. Praktycznie przestała być moją żoną. Próbowałem namówić ją, żeby zaczęła jeść owoce i pić soki, ale nie chciała o tym słyszeć. Zamawiała jedzenie, kiedy byłem w pracy. Mogłem zastosować drastyczniejsze środki: farmaceutyczną kurację odchudzającą, kłódkę na lodówce, ale wydawało się, że tylko jedzenie trzyma ją przy życiu. Pomyślałem, że to okrutne pozbawiać ją tej przyjemności.
– Przypuszczam, że lekarze zbadali wszystkie funkcje metaboliczne.
– Tarczycę, przysadkę, poziom adrenaliny, wszystko. Znam się na tym tak, że mógłbym być endokrynologiem. Przyrost wagi wynikał tylko z tego, że Joannę tonęła w jedzeniu. Kiedy proponowałem ograniczenie, reagowała tak samo jak na wszystkie inne moje propozycje. Wyłączała się kompletnie. Proszę spojrzeć.
Richard wyjął z saszetki dwa zdjęcia w plastikowej oprawie. Nie wysilił się, żeby mi je podać, tylko wyciągnął rękę. Musiałem wstać, żeby po nie sięgnąć.
– Przed i po – rzucił.
Kolorowe zdjęcie z lewej strony przedstawiało dwoje młodych ludzi. Zielony trawnik, wysokie drzewa, imponujące beżowe gmachy. Współpracowałem kiedyś z pewnym profesorem ze Stanford, więc rozpoznałem kampus.
– Ja byłem na ostatnim roku, ona na drugim – powiedział Doss. – Zdjęcie zostało zrobione tuż po naszych zaręczynach.
Wielu studentów w latach siedemdziesiątych nosiło długie włosy, brody, podarte dżinsy i sandały. Kontrkultura ustępowała konwencjonalnej modzie dopiero wówczas, gdy młodzi ludzie przyjmowali do wiadomości rzeczywistość, w której trzeba zarabiać na życie.
Richard odwrócił tę chronologię. Na zdjęciu ubrany był w białą koszulę, wyprasowane szare spodnie, miał krótko obcięte włosy i okulary w rogowych oprawkach. Jego twarz była blada, typowa twarz pilnego studenta siedzącego z nosem w książkach.
Typ przyszłego biznesmena, jakiego się spodziewałem.
Roztargniony wyraz twarzy, żadnych widocznych oznak radości z zaręczyn.
Dziewczyna, którą trzymał pod rękę, uśmiechała się. Joannę Heckler była drobna i ładna. Miała jasną cerę, wąską twarz i długie, proste włosy, na czole nosiła białą opaskę. I okulary – mniejsze niż Richarda, w złotych oprawkach. Na palcu połyskiwał diamentowy pierścionek. Jasnobłękitna sukienka bez rękawów wyglądała skromnie jak na tamtą epokę.
Para elfów.