Ford nie był wysoki, a rysy jego twarzy, choć uderzające, nie były specjalnie przystojne...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Jeśli rodzice nie dadzą dziecku doświadczyć miłości, jeśli nie ujawnią swoim zachowaniem, że samo jego istnienie jest dla nich radością, dziecko odwróci od...
- 187moemy przyj jako zasad, e kady kraj wymieniony wrd owych affines lea na zewntrz granic tego pastwa, jako jego bok" (tatu] Kierujc si t zasad,...
- się krew we mnie rozgrzeje, zapomnę, żeś kobietą i piękną! Zaprawdę, mogę ujrzeć tylko szpiega, co tym dla mnie wstrętniejszy, że jego panem Rzymianin!...
- – Nie masz powodu, by kochać którekolwiek ze swych rodziców, Gwydionie – powiedziała Morgiana i jej dłoń zacisnęła się na jego ręce, ale zadziwił...
- I nagle, jakby zmysły postradał, porwał się z siedzenia i chwyciwszy w obie ręce chudego dryblasa, co kawę roznosił i węgle do fajek, począł głową jego tłuc o...
- Popatrzył na mnie, niemal widziałem trybiki obracające się pod jego czaszką i nagle twarz mu pobielała, oko rozwarło się szeroko, a czoło zrosiły krople potu...
- klientów spośród ogółu klientów jego sklepu...
- Pomijajc bardziej szczegow analiz procesu sekularyzacji, omwiony zostanie sam pluralizm, a take proces jego nasilania si...
- 9 W książce tej termin „hitlerowski holokaust" odnosi się do wydarzeń historycznych, natomiast termin „holokaust" oznacza jego ideologiczne...
- WIANO WITEJ KINGI28Zaledwie trzynacie lat mia ksi Bolesaw, zwany pniej Wstydliwym, gdy panowie w jego imieniu rzdy sprawujcy, postanowili mu on...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Miał sztywne, rudawe włosy, na skroniach zaczesane do tyłu. Skóra na jego nosie wydawała się trochę napięta. Było w nim coś dziwacznego, chociaż trudno było określić co. Może to, że jego oczy nie mrugały wystarczająco często, a komuś kto rozmawiał z nim przez dłuższy czas, oczy zaczynały mimowolnie łzawić... Może to, że uśmiechał się zbyt szeroko i wywierał na ludziach obezwładniające wrażenie, że szykuje się, aby skoczyć im do gardła.
Większość jego znajomych na Ziemi uważała go za osobnika ekscentrycznego — niesfornego pijaczka o pewnych osobliwych nawykach. Miał na przykład w zwyczaju pojawiać się bez zaproszenia na przyjęciach uniwersyteckich, gdzie upijał się, a potem wyśmiewał z każdego napotkanego tam astrofizyka tak długo, aż go wyrzucano. Czasami nachodził go dziwny, oderwany nastrój. Wpatrywał się wtedy w niebo jak zahipnotyzowany, aż wreszcie ktoś go pytał, po co to robi. Czuł się w takich momentach jak przyłapany na czymś niewłaściwym, jednak po chwili rozluźniał się i uśmiechał szeroko:
— Szukam po prostu latających talerzy — odpowiadał żartem, a wszyscy wybuchali śmiechem i pytali, jakich. — Zielonych — mówił z szyderczym wyrazem twarzy i wybuchał dzikim śmiechem. Potem pędził nagle do najbliższego baru i wypijał niesamowite ilości alkoholu.
Wieczory tego rodzaju zwykle kończyły się źle. Zalany w trupa Ford zaciągał w kąt jakąś dziewczynę i tłumaczył jej bełkotliwie, że tak naprawdę kolor latających talerzy nie ma aż tak wielkiego znaczenia. Zaś późną nocą, zataczając się po ulicach w kompletnym zamroczeniu, pytał mijających go policjantów, czy nie znają drogi do Betelgeuzy. Policjanci zwykle odpowiadali coś w rodzaju:
— Czy nie uważa pan, że powinien już pan iść do domu, sir?
— Właśnie próbuję, chłopcze, właśnie próbuję — stwierdzał Ford nieodmiennie przy takich okazjach. Lecz tak naprawdę, gdy wpatrywał się nocą w niebo, szukał jakiegokolwiek latającego talerza. Mówił, że zielonego, ponieważ zielony był tradycyjnym kolorem kombinezonów kosmicznych agentów handlowych Betelgeuzy.
Ford Prefect czekał z desperacją, aż pojawi się wreszcie jakikolwiek latający talerz — piętnaście lat to zbyt długi czas na utknięcie gdziekolwiek, a szczególnie w miejscu tak niesamowicie nudnym jak Ziemia. Pragnął, żeby szybko pojawił się jakiś latający talerz, ponieważ wiedział, jak je zatrzymywać i zabierać się na ich pokład. Wiedział też, jak można zobaczyć cuda wszechświata za mniej niż trzydzieści altairiańskich dolarów dziennie.
W rzeczywistości Ford Prefect pracował jako wędrowny badacz dla owego ze wszech miar godnego uwagi przewodnika „Autostopem przez Galaktykę”.
Istoty ludzkie mają wielką zdolność adaptacji, toteż zanim nadszedł czas lunchu, życie w okolicy domu Artura Denta popadło w ustaloną rutynę. Każdy grał swoją rolę. Rola Artura polegała na leżeniu i chlupotaniu w błocie, i domaganiu się od czasu do czasu spotkania z prawnikiem, z matką lub z dobrą książką. Do roli pana Prossera należało sporadyczne apelowanie do Artura nowymi pogadankami z cyklu: „Dla dobra publicznego”, „Marsz postępu” czy też „Wie pan, mój dom też pewnego dnia został zburzony, ale nigdy do tego nie wracam”, jak i rozmaitymi pochlebstwami i pogróżkami. Natomiast rolą operatorów było siedzenie, picie kawy i zastanawianie się, czy dałoby się za pomocą przepisów związkowych skorzystać finansowo na całej tej sytuacji.
Ziemia poruszała się powoli swoim dziennym kursem. Słońce zaczynało wysuszać błoto, w którym leżał Artur. Znowu przesunął się po nim cień.
— Cześć Artur — powiedział cień.
Artur spojrzał w górę i mrużąc oczy od słońca, ze zdumieniem zobaczył nad sobą Forda Prefecta.
— Cześć Ford. Jak leci?
— Świetnie — odpowiedział Ford. — Słuchaj, czy jesteś zajęty?
— Czy jestem zajęty?! — wykrzyknął Artur. — No... mam co prawda wszystkie te buldożery i inne rzeczy, przed którymi muszę tu leżeć, bo chcą zburzyć mój dom, ale poza tym... Nie, nie robię nic specjalnego, a co?
Na Betelgeuzie nie istnieje sarkazm, toteż Ford Prefect często go nie zauważał, jeżeli nie był dostatecznie skoncentrowany. Powiedział więc: