zamęściem, bardziej niż jakikolwiek inny argument...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Mimo to w żyłach elfa płynęła adrenalina wywołana łowami – górskim szlakiem poniżej uciekał tuzin orków – a jeszcze bardziej...
- Kiedy Canan przejął zarządzanie codziennymi operacjami magazynu, Lovejoy jeszcze bardziej skupił swą uwagą na rekrutacji, sprowadzając ostatecznie jeszcze...
- — Co ty tam masz na ekranie? — zapytała Gale, za sprawą widocznej konsternacji Joanny jeszcze bardziej zaciekawiona...
- Pomijajc bardziej szczegow analiz procesu sekularyzacji, omwiony zostanie sam pluralizm, a take proces jego nasilania si...
- - Wy, Ukraińcy, zawsze sobie dziwne miejsca na obronę ojczyzny wybieracie!Stopniowo gdy wino zaczęło działać ich rozmowa wkraczała na coraz bardziej...
- Gdy misjonarze, wielorybnicy, plantatorzy trzciny cukrowej i inni intruzi coraz bardziej wnikali na Wyspy Hawajskie (nie napotykając na opór ze strony...
- prostszego i bardziej przekonującego sposobu oświadczenia, Ŝe ja uwaŜam cię za Ŝe - kolejny raz - poczuł, jak z jego serca znikają resztki chłodu...
- decznoci czy sympatii, psychoterapeut moe potraktowa je jako ekspresnowego, bardziej niezalenego i dojrzaego stosunku pacjenta do niego, a...
- Oczy tamtego zwęziły się i jeszcze bardziej lodowaty tonem dorzucił:— Dowiedź tego...
- Oczywiście Melles grał w tę samą grę na wiele wyższym i bardziej skomplikowanym poziomie...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Od dawna już twardo postanowił w
swym nieulękłym sercu, że za nic nie zgodzi się wydać córki za mormona. Nie uznawał ta-
kiego małżeństwa i zapatrywał się na nie jak na coś hańbiącego i uwłaczającego ludzkiej
godności. Cokolwiek myślał o religii mormonów, na tym punkcie był nieubłagany. Musiał
jednak milczeć jak zaklęty, bo w owych czasach niebezpiecznie było zdradzić się w kraju
mormonów ze swą nieprawomyślnością.
Tak, było niebezpiecznie... tak niebezpiecznie, że nawet najświętsi ze świętych jedynie
szeptem, z zapartym oddechem odważali się wyrażać swe zdanie, z obawy, iż jakieś nie-
opatrzne słowo może być źle zrozumiane i ściągnie na nich natychmiastową karę. Ofiary
prześladowania same stały się teraz prześladowcami i to nie przebierającymi w środkach. Ani
sewilska inkwizycja, ani niemieckie Fehmgerichty, ani tajne organizacje włoskie nie zdołały
puścić w ruch tak strasznej maszyny jak ta, która rzuciła cień na cały stan Utah.
Nieuchwytność i tajemniczość tej organizacji czyniły ją podwójnie straszną. Wydawała się
wszechpotężna i wszechwiedząca, ale nie było jej ani widać, ani słychać. Człowiek, który
odważył się wystąpić przeciw kościołowi, ginął i nikt nie potrafił powiedzieć, co się z nim
stało. Żona i dzieci czekały nań w domu, ale nie zdarzyło się, by wrócił i powiedział, co go
spotkało ze strony tajemniczych sędziów. Nie przemyślane słowo czy nieoględny czyn pocią-
gały za sobą zagładę, a nikt nie umiał powiedzieć, na czym polegała ta okropna siła, która
zaciążyła nad wszystkimi. Nic więc dziwnego. że ludzie chodzili wystraszeni i na najwięk-
szym nawet pustkowiu słowem bali się zdradzić trapiące ich wątpliwości.
Początkowo ta tajemnicza i straszna potęga ścigała tylko tych mało pokornych, którzy
przyjąwszy wiarę mormonów chcieli ją zreformować albo porzucić. Wkrótce jednak rozsze-
rzyła swój zasięg. Dojrzałych kobiet było mało, a zatem wielożeństwo pozostawało czystą
teorią. Dziwne pogłoski poczęły więc krążyć na ten temat; opowiadano sobie o pomordowa-
nych imigrantach, o napadach i porwaniach z obozów tam, gdzie nigdy dotąd nie widziano
Indian. Jakieś nowe kobiety pokazały się w haremach starszych braci: zapłakane, zmizerowa-
ne, nosiły na twarzach ślady nieustannego przerażenia. Zapóźnieni w górach podróżni opo-
wiadali o bandach zbrojnych, zamaskowanych ludzi, którzy bez szelestu, jak duchy, przemy-
kali w ciemnościach. Te początkowo niejasne pogłoski nabrały później wyraźnego kształtu, a
powtarzane raz po raz, przybrały wreszcie konkretne nazwy. Do dziś w samotnych ranczach
Zachodu z drżeniem w sercu wspomina się ponurą i złowieszczą nazwę „Danitów” albo
„Aniołów-Mścicieli”.
Bliższe zetknięcie się z tą organizacją, siejącą taki postrach, zwiększało jeszcze przeraże-
nie, jakie budziła ona w umysłach ludzkich. Nikt nie wiedział, kto należy, a kto nie należy do
tego bezlitosnego stowarzyszenia. Nazwiska uczestników krwawych zbrodni i gwałtów, któ-
rych dokonywano pod płaszczykiem religijnym, trzymano w ścisłej tajemnicy. Szczery przy-
jaciel, któremu zwierzyłeś się z nieufności do proroka i jego misji na ziemi, mógł być jednym
z tych, co przyjdą w nocy, by ogniem i mieczem dochodzić najokropniejszego zadośćuczy-
nienia. Dlatego sąsiad bał się sąsiada i nikt nie mówił o tym, co mu ciążyło na sercu.
Pewnego pięknego ranka John Ferrier zbierał się właśnie w pole, gdy doleciał go szczęk
odsuwanej zasuwy. Wyjrzał oknem i zobaczył krzepkiego, jasnowłosego mężczyznę w śred-
50
nim wieku, idącego ścieżką ku domowi. Poznał w przybyszu samego wielkiego Brighama
Younga i poczuł, jak na ten widok serce podchodzi mu pod gardło. Pełen najczarniejszych
przeczuć – wiedział bowiem, że taka wizyta nie wróży nic dobrego – wybiegł na próg, by
powitać wodza mormonów.
Young ozięble odpowiedział na jego powitanie i z poważną miną pozwolił się zaprowadzić
do bawialni.
– Bracie Ferrier – powiedział siadając i badawczo patrząc na farmera spod swych jasnych
rzęs. – Wyznawcy prawdziwej wiary byli ci dobrymi przyjaciółmi. Podnieśli cię na puszczy