z kominkiem z rzecznych kamieni, który zajmował połowę jego długości; na gzymsie znajdującym się na wysokości ramion mężczyzny stała...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Jeśli rodzice nie dadzą dziecku doświadczyć miłości, jeśli nie ujawnią swoim zachowaniem, że samo jego istnienie jest dla nich radością, dziecko odwróci od...
- 187moemy przyj jako zasad, e kady kraj wymieniony wrd owych affines lea na zewntrz granic tego pastwa, jako jego bok" (tatu] Kierujc si t zasad,...
- się krew we mnie rozgrzeje, zapomnę, żeś kobietą i piękną! Zaprawdę, mogę ujrzeć tylko szpiega, co tym dla mnie wstrętniejszy, że jego panem Rzymianin!...
- – Nie masz powodu, by kochać którekolwiek ze swych rodziców, Gwydionie – powiedziała Morgiana i jej dłoń zacisnęła się na jego ręce, ale zadziwił...
- I nagle, jakby zmysły postradał, porwał się z siedzenia i chwyciwszy w obie ręce chudego dryblasa, co kawę roznosił i węgle do fajek, począł głową jego tłuc o...
- Popatrzył na mnie, niemal widziałem trybiki obracające się pod jego czaszką i nagle twarz mu pobielała, oko rozwarło się szeroko, a czoło zrosiły krople potu...
- klientów spośród ogółu klientów jego sklepu...
- Pomijajc bardziej szczegow analiz procesu sekularyzacji, omwiony zostanie sam pluralizm, a take proces jego nasilania si...
- 9 W książce tej termin „hitlerowski holokaust" odnosi się do wydarzeń historycznych, natomiast termin „holokaust" oznacza jego ideologiczne...
- WIANO WITEJ KINGI28Zaledwie trzynacie lat mia ksi Bolesaw, zwany pniej Wstydliwym, gdy panowie w jego imieniu rzdy sprawujcy, postanowili mu on...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Wszystko jednak zdawało się ja-
431
kieś mniejsze niźli we wspomnieniach. Na krzesłach z wysokimi oparciami, ustawionych przed kominkiem obradowała zazwyczaj Rada Wioski. Książki Bran-
delvyna al’Vere stały na półce po przeciwnej stronie kominka — kiedyś Perrin
nie potrafił sobie wyobrazić większej liczby książek zgromadzonych w jednym
miejscu ponad tych kilkadziesiąt zniszczonych tomów — a baryłki z ale i winem spoczywały pod kolejną ścianą. Pazur, żółty kot mieszkający w gospodzie, jak
zwykle spał na wierzchu jednej z nich.
Nie licząc Brana al’Vere oraz jego żony, Marin, którzy odziani w białe fartu-
chy polerowali srebrną zastawę przy jednym ze stołów, we wspólnej sali panowała
pustka. Pan al’Vere był potężnym, okrągłym mężczyzną, o rzadkich siwych wło-
sach; pani al’Vere zaś szczupłą i macierzyńską kobietą, jej gruby, siwiejący warkocz zwisał przez jedno ramię. Pachniała ciastem, a przez ten zapach przebijała
woń róż. Perrin pamiętał ich jako ludzi, którzy często się śmiali, teraz jednak oboje wyglądali na zatroskanych, a na twarzy Burmistrza gościł mars, który z pewnością nie miał nic wspólnego ze stanem srebrnego kubka, trzymanego w dłoni.
— Panie al’Vere? — Otworzył drzwi i wszedł do środka. — Pani al’Vere. To
ja, Perrin.
Poderwali się na nogi tak gwałtownie, że krzesła przewróciły się na podło-
gę, a przestraszony Pazur aż podskoczył. Pani al’Vere przyłożyła dłonie do ust;
ona i jej mąż zamarli z wyrazem absolutnego niedowierzania na twarzach, patrząc
w równym stopniu na niego co na Gaula. To wystarczyło, by Perrin zaczął ner-
wowo przekładać łuk z ręki do ręki. Szczególnie wówczas, gdy Bran podbiegł do
jednego z frontowych okiem — a poruszał się niezwykle szybko, biorąc pod uwa-
gę jego tuszę — rozsunął chroniące przed słońcem zasłony i wyjrzał na zewnątrz,
jakby spodziewając się ujrzeć kolejnych Aielów pod gospodą.
— Perrin? — Pani al’Vere wymamrotała z niedowierzaniem. — To napraw-
dę ty. Omal cię nie poznałam, z tą brodą i. . . Twój policzek. Gdzie ty. . . ? Czy Egwene jest z tobą?
Perrin bezwiednie musnął palcami na poły zagojone cięcie na policzku ża-
łując, że wcześniej się nie umył albo przynajmniej nie zostawił łuku i topora
w kuchni. Dotąd zupełnie nie brał pod uwagę tego, jak bardzo może przerazić
swoim widokiem.
— Nie. To nie ma nic wspólnego z nią. Jest bezpieczna. — Znacznie bardziej
bezpieczna, jeżeli wraca już do Tar Valon, ale nawet jeśli wciąż pozostaje w Łzie z Randem, to i tak nic jej nie grozi. Uznał jednak, że winien jest matce Egwene coś więcej niż tylko tę niewiele mówiącą uwagę. — Pani al’Vere, Egwene studiuje,
aby zostać Aes Sedai. Nynaeve również.
— Wiem — powiedziała cicho, dotykając kieszeni fartucha. — Dostałam od
niej trzy listy z Tar Valon. Z tego, co napisała, wynika, że wysłała ich więcej, Nynaeve zaś przynajmniej jeden, jednakże do naszych rąk dotarły tylko te trzy. Pisała co nieco o swych zajęciach, które zdają się niezwykle wyczerpujące i trudne.
432
— Ale to jest to, czego ona chce. — Trzy listy? Opadło go poczucie winy, nerwowo zaszurał stopami. On sam do nikogo nie napisał, od czasu krótkiej kartki, jaką zostawił dla rodziny i pana Luhhana tej nocy, gdy Moiraine zabrała ich z Pola Emonda. Ani jednego listu.
— Tak to też i wygląda, chociaż inaczej wyobrażałam sobie jej przyszłość. To
nie jest coś, o czym mogłabym opowiadać wielu ludziom, nieprawdaż? W każdym
razie pisze, że znalazła tam przyjaciółki, miłe dziewczyny, jak wynika z tego, co o nich mówi. Elayne oraz Min. Czy znasz je?
— Spotkaliśmy się. Przypuszczam, że mogłabyś je polubić. — Ile Egwene
powiedziała w listach? Najwyraźniej niedużo. Niech pani al’Vere myśli sobie, co
chce, nie miał najmniejszego zamiaru martwić jej opowieściami o rzeczach, na
które nie mogła nic poradzić. Co było, minęło. Egwene była teraz już w dosta-
tecznym stopniu bezpieczna.
Nagle przypomniał sobie o milczącej obecności Gaula i pośpiesznie przedsta-
wił go gospodarzom. Bran aż zamrugał, gdy dowiedział się, że Gaul jest Aielem,
zmarszczył brwi na widok jego włóczni oraz czarnej zasłony zwisającej na piersi
z shoufy, ale jego żona najzwyczajniej w świecie powiedziała: