WIANO ŚWIĘTEJ KINGI28Zaledwie trzynaście lat miał książę Bolesław, zwany później Wstydliwym, gdy panowie w jego imieniu rządy sprawujący, postanowili mu żonę...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Jeśli rodzice nie dadzą dziecku doświadczyć miłości, jeśli nie ujawnią swoim zachowaniem, że samo jego istnienie jest dla nich radością, dziecko odwróci od...
- 187możemy przyjąć jako zasadę, że każdy kraj wymieniony wśród owych affines leżał na zewnątrz granic tego państwa, jako jego „bok" (tatuś] Kierując się tą zasadą,...
- się krew we mnie rozgrzeje, zapomnę, żeś kobietą i piękną! Zaprawdę, mogę ujrzeć tylko szpiega, co tym dla mnie wstrętniejszy, że jego panem Rzymianin!...
- – Nie masz powodu, by kochać ktĂłrekolwiek ze swych rodzicĂłw, Gwydionie – powiedziaĹ‚a Morgiana i jej dĹ‚oĹ„ zacisnęła siÄ™ na jego rÄ™ce, ale zadziwiĹ‚...
- I nagle, jakby zmysły postradał, porwał się z siedzenia i chwyciwszy w obie ręce chudego dryblasa, co kawę roznosił i węgle do fajek, począł głową jego tłuc o...
- Popatrzył na mnie, niemal widziałem trybiki obracające się pod jego czaszką i nagle twarz mu pobielała, oko rozwarło się szeroko, a czoło zrosiły krople potu...
- klientów spośród ogółu klientów jego sklepu...
- Pomijając bardziej szczegółową analizę procesu sekularyzacji, omówiony zostanie sam pluralizm, a także proces jego nasilania się...
- 9 W książce tej termin „hitlerowski holokaust" odnosi się do wydarzeń historycznych, natomiast termin „holokaust" oznacza jego ideologiczne...
- Źródła w Antibes podają, że Jordana zatłuczono na śmierć zaledwie w kilka dni po jego weselu i po tym, jak wydostał pijaną bratową ze szponów portowego opryszka...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Rozejrzeli się po sąsiednich dworach i ich wybór padł na Kingę, córkę króla węgierskiego. Posłali przeto posłów na Węgry, do Siedmiogrodu, by ojca o rękę córki dla polskiego księcia prosić.
Król węgierski Polaków za ich dzielność szanował, wiedział, że niewiasty cieszą się u nich wielkim poważaniem i chętnie na ożenek się zgodził. A chcąc swoją dobrą wolę hojnością poprzeć, bogate wiano córce przygotował. Nie chciała ona jednak ani srebra, ani złota.
- Ojcze!-powiedziała.-Srebra i złota w Polsce nie brakuje. Kraj to przecież niebiedny. Oni potrzebują innego skarbu - soli. Wszak od nas ją kupują. Daj im tyle soli, żeby na długie lata jej starczyło.
Rozbawiła ta prośba węgierskiego króla.
- Jakże to? - spytał zdziwiony. - Tysiąc tysięcy beczek musiałbym im posłać, żeby na wiele lat wystarczyło. Jak to uczynić?
- Wiem, co mówię - odrzekła Kinga.-Wskaż mi miejsce, gdzie sól pod ziemią zalega, a ja ją przeniosę do swej nowej ojczyzny.
Jeszcze większa wesołość ogarnęła króla. Dzieci mają prawo do marzeń - pomyślał. Głośno zaś dodał:
- Wszystko, co moje, jest twoim. Bierz to, czego pragniesz! Wówczas Kinga kazała się prowadzić tam, gdzie sól wydobywano,
stanęła nad ciemnym szybem i pierścień zaręczynowy do niego wrzuciła.
Niebawem oblubienica polskiego księcia znalazła się w Krakowie, gdzie - po poślubieniu Bolesława - wyznała mu, iż pierścień zaręczynowy zagubiła, ale wie, gdzie go odnaleźć.
Potem udała się z młodym małżonkiem do Wieliczki i tam poprosiła górników, żeby głęboką studnię we wskazanym miejscu wykopali. Zabrali się górnicy do pracy, zagłębiali się coraz bardziej w ziemię, aż na twardą
skałę natrafili.
- Dalej nie można, miłościwa pani - rozkładali bezradnie ręce. - Kamień dostępu broni.
- Odłupcie kawał tego kamienia i przynieście go tu!-poleciła Kinga.
A kiedy górnicy wydobyli na zewnątrz odłupaną bryłę, wykrzyknęli
zdumieni:
- Toż to nie kamień! To sól! Prawdziwa sól!
29
Poczęli oglądać szarą bryłę, wodzić palcami po jej chropawej powierzchni i nie przestawali się dziwić nieoczekiwanemu odkryciu.
- Rozkruszcie ją!-rzekła Kinga.
Gdy to uczyniono, z solnej bryły wypadł błyszczący pierścień zaręczynowy, który w swej dawnej ojczyźnie do szybu wrzuciła.
- Mnie przyniósł on szczęście - powiedziała do męża. - A tej ziemi sól, której starczy na wieki całe.
JAK DZIELNA WÓJTÓWNA HALINA OCALIŁA SANDOMIERZ
31
Sandomierz znowu strwożony. Tatarska orda otoczyła miasto. Jego mieszkańcy znają bezwzględność i okrucieństwo wroga, bo to przecie nie pierwszy najazd skośnookich wojowników. Sandomierzanie są gotowi do walki, ale czy wytrzymają oblężenie? W mieście znalazła schronienie okoliczna ludność, lecz nie było czasu na zgromadzenie dodatkowych ilości pożywienia i wody. A głód równie groźnym jest jak tatarska strzała. Zasępiła się starszyzna miejska, marsem pokryło się oblicze wójta Krem-pa.
- Trzeba Tatara zaskoczyć, to nasza jedyna szansa - oświadczył na którymś z posiedzeń rady sandomierski wójt.
- Zaskoczyć Tatara, to trudniejsze niż przechytrzyć lisa - odezwały się liczne głosy.
- A zostać w miejskich murach, to czekać na śmierć - odparował wójt.
Stanęło tedy na tym, że wójt na czele zbrojnych mieszczan dokona wypadu na wroga, uderzy nań znienacka, stoczy potyczkę i wycofa się poza mury. Takimi wypadami można wroga nękać wielekroć.
I jak zamierzał, tak też wójt Krempa uczynił. O zmroku, na czele oddziału ochotników, podszedł pod najmniejsze tatarskie zgrupowanie i zaatakował je. Wywiązała się walka. Przeliczyli jednak swoje siły sandomierscy obrońcy. Wkrótce ich szeregi przerzedziły tatarskie strzały, pocięły zakrzywione szable. W rozsypce wracali do miasta, choć nikt nie mógł odmówić im waleczności. Wielu nie wróciło, pozostając na placu boju. Pośród tych znalazł się wójt Krempa, trafiony kilkoma strzałami i posieczony szablami.
Załamali się mieszkańcy Sandomierza. Zabrakło najlepszych obrońców, nie stało dzielnego dowódcy. Pozostało tylko jedno, jedyne wyjście -poddać się na najdogodniejszych warunkach. Do takiego wniosku doszła miejska starszyzna.
Sprzeciwiła się temu jednakże córka poległego wójta - Halina.
- Tatarzy żadnych warunków nie dotrzymają - powiedziała. - Są podstępni i mściwi. Walczmy więc ich własną bronią!
- My do tej broni nie przywykli - odparli radni miejscy.
- Ja się nią posłużę - oświadczyła Halina, w której śmierć ojca obudziła chęć odwetu.
- Jakże to uczynisz?-pytali.
- Wnet się dowiecie - odrzekła. - Zawierzcie mi!
32
Powątpiewali radni w jej słowa, ale żeby do żałoby przykrości nie dodawać, działać jej pozwolili.
Halina zaś, po naradzie z nowym dowódcą obrony, odczekała wieczoru i gdy mrok spowił miasto, ukradkiem, nie zatrzymywana przez uprzedzone straże, opuściła miasto i skierowała się w stronę tatarskiego obozu. Raz tylko obejrzała się poza siebie i chociaż wówczas głęboki smutek pojawił się w jej oczach, szybko jednak ruszyła dalej.
Ledwie postąpiła kilka kroków, gdy z zarośli wyskoczyło kilku skośnookich wojowników z napiętymi łukami, osaczając ją ze wszystkich stron. Struchlała ze strachu, dawała im znaki, aby zaprowadzili ją do swego wodza. Naradzali się przez chwilę, a następnie powiedli ją w stronę błyskających w oddali ognisk.
Niebawem stanęła przed wodzem Tatarów. Siedział on w ozdobnym namiocie, popijając coś z małej czarki. Niezwłocznie też przywołano człowieka, przekupionego zdrajcę, który rolę tłumacza miał pełnić.
- Czego tu szukasz, o nieroztropna? - spytał wódz tatarski. - Czy nie wiesz, że takie jak ty w jasyr bierzemy?
- Wiem, panie-odpowiedziała Halina.-Ale przywiodła mnie tu chęć zemsty, a ona silniejsza niż strach przed niewolą. Panowie polscy cześć moją obrazili i chcę im się za to odpłacić.
- A jakąż to zapłatę im gotujesz?-dociekał Tatar.
- Godną ich postępku - odparła Halina.-Znam podziemne przejście prowadzące do miasta. Wejście znajduje się niedaleko stąd, wyjście zaś w środku twierdzy. Poprowadzę was tą drogą i po waszym zwycięstwie wskażę tych, na których chciałam się pomścić. Żywych lub martwych. Jeśli będą żywi, powinni stać się martwi!
Podobały się te mocne słowa tatarskiemu wodzowi. Nie wyczuł w nich fałszu, nie wyczytał go również w twarzy dziewczyny, choć jego chytre, zmrużone oczy długo jej się przyglądały. Wstał i kazał wojownikom do wyprawy się gotować.