Wpatrywał się w nią...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Wszystkie oczy wpatrywały się w kanapkę i gdy Harry uniósł ją, bywziąć potężny kęs, zauważył, że Mark Sway śledzi każdy jego ruch...
- Parker nadal wpatrywał się w detektywa...
- Laura wpatrywała się zafascynowana w wizerunek...
- — Dawniej nie słyszało się o niczym podobnym⌠— mówił majtek...
- jakie niosąz sobą teorie wychowania" [1998, s...
- - Och, tak - ucieszył się Idaho...
- zującą czł...
- Zalecał referendarz jak największe umiarkowanie i cierpliwość, a gdy ochmistrzyni uskar- żać się zaczęła na niedostatek, zaręczył, że prymas111,...
- 16
- 184
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Masz dowody?
- Nie, nie mam! Ale wiem o tym; wiem, że Arienrhod miała plany dotyczące tej dziewczyny... że chciała uczynić ją Królową Lata. Jeśli się dowie, że Móon wróciła...
- Są zupełnie inne. To niemożliwe. - Miroe wpatrywał się w morze. - Zapomniałaś o czymś.
- O czym?
- Moon jest sybillą.
Zaskoczona Jerusha sprawdzała w pamięci te słowa.
- No jest... ale to nie znaczy, że się mylę. Ani tego, że nie zagraża Hegemonii.
- Co w związku z tym zamierzasz? - Miroe kręcił się w fotelu, by móc na nią spojrzeć.
Pokręciła głową.
- Nie wiem. Przekonam się, gdy tam dolecimy.
- Złóżcie tam zdarte skóry. Szybko... nadciąga białe... schronienie przed zmrokiem... - warczały Psy.
Moon czuła, jak słowa odpływają i przypływają, niby mroźny jęzor fali liżący jej stopy i nogi. Otworzyła oczy, choć pamiętała, że nie chce ich rozwierać i patrzeć - ale ujrzała jedynie niebo i przesuwające się szczątki chmur. Nie ruszała się ze strachu.
- To jest martwe.
- ...szczęście, chwała Matce!... nigdy nie znaleźliśmy tylu skór...
- Chwała Królowej Śniegu - śmiech.
- A to nie. - Niebo zasłoniła otulona w biel twarz. Ktoś ukląkł i pomógł jej usiąść.
- Czarny. - Moon usłyszała, jak mamrocze niby opętana. - W czerni. Gdzie... gdzie? - Wyciągnęła rękę, szukając oparcia, zanurzyła palce w grubym, białym futrze na ramieniu, gdy nagle ujrzała leżące obok ciało. - Silky!
Postać w bieli odciągnęła ją i wstała.
- To chyba jedna z miłośniczek merów. Musiała zabić Psa. Inne nie załatwiły jej do końca. - Głos był męski i młody.
- Silky... Silky... - Moon sięgnęła do koniuszków bezwładnych macek jego wyciągniętej ręki.
- Skończ z nią - rozległ się szorstki, stary głos.
Moon przesunęła się w bok, a chłopak kucnął i chwycił kamień. Złapała za zapięcia kurtki, rozerwała ją do połowy, gdy kawałek skały wzniósł się nad jej głową. - Sybillą! - Zasłoniła się tym słowem jak tarczą.
Chłopiec wypuścił kamień z drżących palców i odrzucił kaptur. Moon ujrzała jego ludzką twarz, widziała, jak patrzy zmieszany na smugę zakrzepłej krwi na zranionym gardle.
- Sybillą... - Wskazała na tatuaż, modląc się, by był dostatecznie wyraźny i napastnik go rozpoznał.
- Mamo! - Chłopiec przysiadł na piętach i krzyczał przez ramię. - Spójrz na to!
Obok Moon pojawiły się inne upiornie białe postacie, jej niepewnym oczom wydały się dwojącym, błyszczącym trybunałem duchów.
- Sybilla, mamo! - powiedziała kręcąca się żywo szczupła dziewczyna. - Nie możemy jej zabić.
- Nie boję się krwi sybilli! - Moon rozpoznała skrzekliwy głos starej baby, gdy jedna z lśniąco białych figur uderzyła się w pierś. - Jestem święta. Będę żyła wiecznie.
- Och, jak diabli - dziewczyna odepchnęła brata, pochyliła się, by spojrzeć na gardło Moon. Wyprostowała się, chichocząc nerwowo. - Możesz mówić?
- Tak. - Moon wstała, położyła jedną dłoń na gardle, drugą na nabrzmiałej twarzy. Spojrzała na rozciągnięte zwłoki Silky'ego, zobaczyła za nim dalsze białe postacie pracujące nożami, patroszące ciała martwych merów. Zachwiała się i chwyciła za kolana, nie patrząc na ćwiartowanie. Nie widziałam go. Nie widziałam. Tu był ktoś inny! Jęknęła, jej głos był samotnym lamentem pieśni opuszczonego mera.
- Chcę ją. - Dziewczyna zwróciła się do starej kobiety. - Chcę ją do mojego zwierzyńca. Może odpowiedzieć na każde pytanie!
- Nie! - Starucha warknęła i schyliła głowę. - Sybille są zarażone, tak mówią pozaziemcy. To oszuści. Żadnych więcej zwierzaków, Blodwed. Wszystko już nimi śmierdzi. Pozbędę się tych, które...
- Tylko spróbuj! - Blodwed kopnęła ją złośliwie. Baba zasyczała i cofnęła się. - Tylko spróbuj! Skoro chcesz żyć wiecznie, stara wariatko, lepiej zostaw moje zwierzęta w spokoju!
- Dobra, dobra... - zaskomliła starucha. - Nie mów tak do matki, niewdzięcznico. Czy nie pozwalam ci mieć wszystkiego, co zechcesz?
- To za mało. - Blodwed oparła dłonie na biodrach, patrzyła z uśmiechem na skuloną w żalu Moon. - Uważam, że powinnaś być taka, jak zapragnę.
- Bogowie! Och, moi bogowie - było to raczej przekleństwo, niż modlitwa.
Jerusha stała cicho przy Miroe na martwej plaży, przysłuchiwała się dobiegającym z dala, z wysoka skrzekom przegnanych ścierwojadów. Bez ustanku przebiegała oczami po zasłanym śmiercią polu kamieni, nie chcąc utkwić ich w jednym miejscu, zapamiętać jakiegokolwiek szczegółu sceny, lecz także nie mogąc patrzeć na spopielała twarz Ngeneta. Nie była w stanie nic powiedzieć ani nawet go dotknąć, wstydziła się naruszyć niezmierną rozpacz. Odbyły się tu Łowy, ofiara z merów - widziała śmierdzącą rzeźnię na pustym brzegu. Takie rzeczy odrzucała z zasady, nawet nie próbowała wniknąć w ich rzeczywistość. Ale ten człowiek nienawidził rzeczywistości.
Miroe odszedł od patrolowca, zaczął chodzić między okaleczonymi ciałami merów, z masochistyczną dokładnością przyglądał się każdej obdartej ze skóry, skrwawionej postaci. Jerusha ruszyła za nim, trzymając się z dala; zaciskała coraz mocniej szczęki, aż zaczęła się zastanawiać, czy kiedyś jeszcze otworzy usta. Zobaczyła, jak się zatrzymał i ukląkł przy jednym z ciał. Gdy podeszła bliżej, spostrzegła, że nie należy do mera. I nie do człowieka.
- Ma-martwy Pies?