16
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- bitwie dostał takie straszliwe cięcie mieczem przez twarz, że mu wypłynęło lewe oko i na21resztę życia pozostała głęboka blizna...
- innemu, powinna odbywać się w duchu uczciwości i rycerstwa...
- Jak wspomniano w poprzednim rozdziale, tworzenie aplikacji modularnej wymaga dodatkowych prac projektowych i podjęcia odpowiednich decyzji, ale w...
- dowodowe dąży do ustalenia prawdy obiektywnej o zdarzeniach będących faktycznąpodstawą jego decyzji...
- Również Zala wydawała się przystosowywać na swój sposób do nowych warunków...
- zająć się resztkami sił atakujących...
- odpowiedniego ustawienia kompilatora â zezwolenia na akceptowanie âźniebezpiecznegoâkodu...
- piękności kolorów...
- xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxc
- bezpiecznym schematem podziału sekretu...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Pastorałka.Siedzieliśmy za stołem, byliśmy przemieszani z samobójcami i siostry nie spuszczały z nas oka. Szymon Sama Dobroć setny raz opowiadał o zeszłorocznej malignie, przez którą w powietrznych saniach jechał Anioł Gabriel, a może sam Bóg. Papierowe obrusy trzeszczały jak nakrochmalone, paliły się świeczki, samobójcy byli piękni i zamyśleni, ale na Wigilię przychodzili z pustymi rękami, mój Boże, pamiętaliśmy o tym. Siedzieliśmy za stołem: ja, Don Juan Ziobro, Fanny Kapelmeister, Królowa Kentu, Szymon Sama Dobroć, Kolumb Odkrywca i reszta postaci trochę mniej wyraźnych, czyli Najbardziej Poszukiwany Terrorysta Świata, wzgardliwy Król Cukru, sędziwy Przodownik Pracy Socjalistyczej oraz samobójcy. Siostry nie spuszczały nas z oka, a że wszystkie już były na dobrej wigilijnej bani, lustrowały nas pilnie, gapiły się ze słynnym wzmożeniem pijackiej uwagi.
Dawniej, za starej Polski, przed zburzeniem muru berlińskiego, kiedy nie było podziału na deliryków, schizofreników czy samobójców – dawno temu, kiedy wstawałem tu z martwych pierwszy albo trzeci raz – co to się działo, jak jaki samobójca przepadał bez wieści, kiedy się tracił w tutejszych jeszcze za cesarza Franciszka Józefa albo cara Mikołaja zbudowanych labiryntach! Siostry, pielęgniarze, doktorzy, sanitariusze, salowe, kierowcy karetek – wszyscy go szukali – nawet kucharki wspinały się na strych po drewnianych schodach! Wiadomo było, że najpewniej tam wisi na belce pod powałą albo wykrwawia się w komórce za suszarnią, żyły kawałkiem szkła rozprute. Ale tak nie było nigdy. Zagubiony samobójca znajdował się rychło, najczęściej tkwił nieruchomo przy najdalszym oknie w głębi korytarza, przez nietkniętą, półprzejrzystą szybę spoglądał na ośnieżone pole, na ceglane ściany austriackich albo ruskich koszar, na oceaniczny dym idący z obłąkańczych piżam albo z pieców kombinatu im. Lenina. Lubiłem samobójców od tamtego czasu, lubiłem ich za powagę, z jaką przyglądali się trawie, fragmentowi muru, granatowej chmurze.
Na wigilię przychodzili z pustymi rękami, w piżamach, w szlafrokach, co drugi miał obandażowane przeguby. Siostry z oddziału samobójców, które ich przyprowadzały, były piękne, smagłe i nerwowe jak diabli, widocznie zdawało im się, że łatwiej upilnować znikający z głowy fragment muru, trawy, nieba, bez ruszania się z miejsca – typowe, powiedzmy to jasno, złudzenie młodości.
Przychodzili z pustymi rękami, ale my byliśmy gotowi na gościnę. Zestawione w świetlicy w jeden stół stoliki, gdyby nie miały niezłomnych jak granit laminatowych blatów, uginałyby się pod ciężarem jadła. Przede wszystkim barszcz z ziemniakami, potem dorsz panierowany, potem zupy chińskie o przeróżnych smakach, sery rozmaite, chyba z sześć rodzajów sera, ogórki konserwowe, paluszków słonych każda ilość, chipsy, cztery puszki szprotek, dwa słoiki rolmopsów śledziowych, pomarańcze, mandarynki, jabłka, bułki, drożdżówki oraz bomboniera. Co kto miał, co kto komu przyniósł, co dało się kupić w kiosku na parterze. Doktor Granada już w południe przełamał się z nami opłatkiem, każdemu życzył zdrowia i wszystkiego dobrego, potem narzucił na ramiona wiekuisty barani kożuch, wsiadł do forda sierry i ruszył ku jakimś całkowicie zbytecznym, niepewnym i z naszego punktu widzenia chyba wręcz nie istniejącym stronom świata. Zdrowia i wszystkiego dobrego, powtarzaliśmy teraz z dziecinną powagą, samobójcy nawet zdrowia i wszystkiego dobrego nie byli w stanie wypowiedzieć, najdelikatniej w świecie odwzajemniali uścisk dłoni, niedostrzegalny cień uśmiechu przesuwał się przez ich romantyczne oblicza. Jedliśmy w milczeniu, bez skomplikowanych peror i bez żywych dialogów obywała się wieczerza. Jeden tylko Król Cukru, odziany w rażąco szmaragdowy dres, jak zwykle zachowywał pożałowania godną beztroskę, miażdżył nad talerzem trzecie już opakowanie chińskiej zupy i z rodzajem nikczemnej wprawy zalewał suche pierwiastki wrzątkiem z ogromnego jak nocna szafka czajnika.
– Zupa to jest fundament – mówił Król Cukru – zupa to jest podstawa. Dobrze przyrządzona zupa to jest sprawa absolutnie kluczowa. Zupa kreuje dom – można powiedzieć. u nas w domu, proszę towarzystwa, u nas w domu na kolację wigilijną podawano cztery rodzaje zup. Tak jest – powtórzył z tryumfem – cztery rodzaje zup: barszcz czysty, barszcz z uszkami, grzybowa i żur. Oprócz tego oczywiście karp, szczupak w galarecie, bigos, kutia.
Nasze głowy i my cali pochylaliśmy się coraz niżej, popielate włosy Królowej Kentu dotknęły papierowej serwety, Kolumb Odkrywca wydobył zza pazuchy i jął kartkować francuskie tłumaczenie Nowego Testamentu, kolejne dwie siostry wyszły, kolejne dwie wróciły z dyżurki; jakby trawione niedocieczoną potrzebą nieustannej przechadzki, bez przerwy łaziły tam i z powrotem nasze coraz bardziej rozanielone anielice – jedynie samobójcy trwali nieporuszeni i wyprostowani niczym koncentrująca się przed startem reprezentacja olimpijska.
– Cóż za brak polotu – jęknął Najbardziej Poszukiwany Terrorysta Świata.
Wygłaszanie niestosownych monologów było poniekąd specjalnością Króla Cukru, w każdej sytuacji potrafił ten w cywilu zamożny przedsiębiorca powiedzieć coś niewłaściwego, nie dość na tym: nieświadom własnej desperacji brnął i rozwijał ryzykowne tezy, kiedy zaś w końcu miarkował się i pojmował skalę popełnionych gaf, przychodziło najgorsze: zawstydzony, tęgi sześćdziesięciolatek w szmaragdowym dresie wybuchał strasznym płaczem, nieraz bardzo długo nie szło go ukoić. Teraz płacz przyszedł prędko. Niestosowny monolog nawet nie zdążył nabrać pełni niestosowności, gdy spowite w szmaragd ramiona zadrżały. Król Cukru zakaszlał, chrząknął knurzo, ktoś nie z tego świata mógłby pomyśleć, że zakrztusił się, ale nie, to już był pełen tragizmu spazm, do trzeciego talerza chińskiej zupy kapały pierwsze łzy.
– Cóż za brak polotu – powtórzył Najbardziej Poszukiwany Terrorysta Świata, szyderczy niesmak w jego głosie podszyty był osobliwym podziwem.