Parker nadal wpatrywał się w detektywa...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Było to nadal za mało jak na ich potrzeby, „wszystko było wspaniale zorganizowane, bardzo zabawne zupełnie inaczej niż obecnie jest zorganizowane nasze centrum...
- — ProszÄ™ pani, jeÅ›li pojedzie pani do siedziby detektywów Dystryktu Zachodniego przy PięćdziesiÄ…tej PiÄ…tej i Pine, gdzie podpisze pani dokument...
- Wszystkie oczy wpatrywały się w kanapkę i gdy Harry uniósł ją, bywziąć potężny kęs, zauważył, że Mark Sway śledzi każdy jego ruch...
- do¿ywotnikiem a zobowi¹zanym takie stosunki, ¿e nie mo¿na wymagaæ odstron, ¿eby pozostawa³y nadal w bezpoœredniej ze sob¹ stycznoœci, s¹d na¿¹danie jednej z...
- Sto procent wirtualnej rzeczywistoÅ›ciOksymoron czy pleonazmMichael Hammer (nie detektyw, ale wielki lekarz korporacji alÂbo inaczej specjalista od tzw...
- Laura wpatrywała się zafascynowana w wizerunek...
- Wpatrywał się w nią...
- – Jak go podejdziemy? – zapytał Parker...
- shaking); hence, a yoke (as essentially a bent pole):--bar,be moved, staff, yoke...
- — Po tym, być może, go odnajdziemy — zasugerowaÅ‚ Race, ale bez przekonania...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Nie ma celu zaprzeczać. Herkules Poirot wie! To prawda, co powiedziałem o majorze Ellerby, tak?
Parker z ociąganiem skinął głową. Twarz jego miała barwę popiołu.
- Ale ja nigdy nie zrobiłem nic złego panu Ackroydowi, proszę pana! - wyjąkał. - Słowo honoru, proszę pana, naprawdę nie. Bałem się przez cały czas, że tamta sprawa wyjdzie na jaw. I mówię panu, że nie zabiłem pana Ackroyda, nie zabiłem! - Głos jego przeszedł w nieomal histeryczny krzyk.
- Skłaniam się ku temu, żeby wam wierzyć, mój przyjacielu - odezwał się Poirot. - Na morderstwo brak wam nerwu, odwagi. Ale muszę usłyszeć prawdę.
- Powiem panu wszystko, proszę pana, wszystko, co pan chce! To prawda, że próbowałem podsłuchiwać wtedy wieczorem pod drzwiami. Parę słów, które usłyszałem, wzbudziło moją ciekawość. No i że pan Ackroyd kazał sobie nie przeszkadzać i zamknął się tam z doktorem. Tak było, policji powiedziałem szczerą prawdę. Usłyszałem słowo „szantaż", proszę pana, no i wie pan... - zamilkł.
- Pomyśleliście, że to coś interesującego, tak? - podsunął lekko Poirot.
- Właśnie. Tak pomyślałem, proszę pana. Pomyślałem sobie, że jeśli pana Ackroyda ktoś szantażuje, to może i dla mnie w tym się znajdzie jakiś ochłapek.
Twarz Poirota przybrała bardzo dziwny wyraz. Pochylił się do przodu.
- Czy przed tym wieczorem mieliście jakiekolwiek podstawy przypuszczać, że pana Ackroyda ktoś szantażuje?
- Nie, proszę pana, żadnych. To mnie nawet bardzo zdziwiło, co usłyszałem. Taki porządny pan, taki zawsze zrównoważony.
- No i co podsłuchaliście?
- Niewiele, proszę pana. Mogę powiedzieć, że nie miałem szczęścia. Los był przeciwko mnie, proszę pana. Musiałem naturalnie wrócić do swoich obowiązków w pokoju kredensowym. A kiedy potem raz czy dwa znowu podkradłem się pod drzwi gabinetu, los był znowu przeciwko mnie. Za pierwszym razem wyszedł doktor Sheppard i prawie mnie przyłapał na gorącym uczynku, a za drugim razem natknąłem się na pana Raymonda, który szedł z hallu. Wiedziałem więc, że już nic z tego. A kiedy potem szedłem z tacą, zawróciła mnie panna Flora.
Przez dłuższą chwilę Poirot wpatrywał się w lokaja, jakby badał szczerość jego słów. Parker nie spuścił oczu. Wytrzymał próbę.
- Mam nadzieję, że pan mi wierzy, proszę pana. Cały czas się bałem, że policja wygrzebie tę starą sprawę z majorem Ellerby i że w związku z tym będzie mnie podejrzewała o morderstwo.
- Eh bien - powiedział wreszcie Poirot. - Skłonny jestem wam wierzyć. Ale żądam od was jednej rzeczy. Pokażcie mi waszą książeczkę oszczędnościową. Macie książeczkę oszczędnościową, prawda?
- Tak, proszÄ™ pana. Przypadkiem mam jÄ… przy sobie.
Bez żadnych oznak zmieszania Parker zaczął grzebać w kieszeni. Poirot odebrał od niego zielono oprawną książeczkę i zaraz ją otworzył.
- Ach! Widzę, że w tym roku kupiliście za pięćset funtów bonów oszczędnościowych.
- Tak, proszę pana. Mam już odłożonych około tysiąca funtów. To rezultat mojej... moich stosunków z byłym panem... majorem Ellerby. No i w tym roku poszczęściło mi się troszeczkę na wyścigach. Jeśli pan sobie przypomina, fuks wygrał bieg jubileuszowy. Miałem nosa postawić na niego dwadzieścia funtów.
Poirot zwrócił mu książeczkę.
- Pożegnam was teraz. Wierzę, że powiedzieliście mi prawdę. A jeśli nie, to tym gorzej dla was, przyjacielu! Gdy Parker wyszedł, Poirot wziął z krzesła swój płaszcz.
- Wychodzi pan? - spytałem.
- Tak, złożymy wizytę dobremu panu Hammondowi.
- Pan wierzy Parkerowi?
- Jego historia jest prawdopodobna. Chyba że jest świetnym aktorem. Wydaje mi się jednak oczywiste, iż Parker naprawdę uważa Ackroyda za ofiarę szantażu. A więc z tego wynika, że nic nie wie o sprawie pani Ferrars.
- W takim razie kto...?
- Precisement! Kto? Ale nasza wizyta u pana Hammonda wyjaśni nam jedno. Albo całkowicie uwolni Parkera od podejrzeń, albo...
- Albo?
- Od samego rana wpadłem w zły zwyczaj niekończenia zdań - odparł Poirot ze skruszoną miną. - Musi pan mi wybaczyć.
- Aha, przypomniało mi się - powiedziałem niepewnym głosem. - Muszę panu coś wyznać. Obawiam się, że zupełnie bez zastanowienia wypaplałem o tej obrączce.
- Jakiej obrÄ…czce?
- O obrączce, którą pan znalazł w sadzawce ze złotymi rybkami.
- A, o tej! - Poirot uśmiechnął się szeroko.
- Mam nadzieję, że bardzo się pan nie gniewa? To była z mojej strony wielka nieostrożność.
- Ależ wcale się nie gniewam, przyjacielu! Nie prosiłem pana o dyskrecję. Miał pan prawo o tym mówić, jeśli pan sobie życzył. Pańska siostra była zainteresowana, tak?
- Jeszcze jak! To wywołało sensację. Zaraz posypało się tysiące przypuszczeń.
- A przecież to taka prosta sprawa! Oczywiste wyjaśnienie rzucało się w oczy, co?
- Czyżby? - spytałem sucho.
Poirot wybuchnął śmiechem.
- Mądry człowiek trzyma język za zębami - powiedział. - Nieprawdaż? Ale oto i biuro pana Hammonda.