wizmowi — jednoznaczność, bezwstydowi — honor, etyce użytkowej — prawdziwą etykę...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- w swej głowie wymalował, iż potym sztychując ono z rzeczą prawdziwą a widomą, chocia sama w sobie onad rzecz była dziwnie osobna, jednak przeciwko onej...
- Poza t chwil oburzenia patrzya cay czas z prawdziwym podziwem, jak mnieobwieszaj tymi krawatami, lecz zarazem z rosncym niepokojem, e bd wida...
- Mama nie rozumie, że co innego koledzy, a co innego prawdziwy przyjaciel...
- - Bo dla mnie, to samotność, taka prawdziwa, transcendentna samotność, to jest na sam koniec orgazmu...
- Waciwoci biologiczne mog sta si prawdziwym ograniczeniem dla JTOZWOJU uspoecznienia dopiero wtedy, gdy s to wrodzone czy nabyte defekty samego mzgu, ktrych...
- Katalog domowy użytkownika root to /root...
- - Przyjcie ktregokolwiek z tych dwu uj pozwala nam wyjani, dla 2 ' czego prawdziwe s nastpujce dwa...
- stowarzyszenia do ktrego nale, podobnie jak nie znaj jej prawdziwej organizacji oraz tego kim s jejkierownicy...
- Prawdziwe nazwisko Rolanda brzmiało Forchin, było pochodzenia francuskiego...
- Zapewniano mnie, iż nie wszystkie laski mają jednakową moc; siła ich jest proporcjonalna dopredyspozycji użytkownika i zależna od celów, do jakich ma być...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Trzeba przypomnieć sobie lekcje religii. Zdaje się, wbijano nam do głowy dzie-
sięcioro przykazań, a nie dziesięć sugestii.
Bardzo dużo jest na tych stronach „dużych” słów. Nie za dużo? „Rzadko na moich
wargach — / Niech dziś to warga ma wyzna — / Jawi się krwią przepojony, / Najdroż-
szy wyraz: Ojczyzna”, pisał Kasprowicz. Polska młodzież nie lubi patosu i patriotycznej
retoryki, nie lubi wielkich, a nawet dużych słów. To wszystko nie jest cool, w każ dym
razie w ostatnich sezonach. Patriotyzm, owszem, istnieje, ale w formie szczątkowej, sta-
dionowo-szalikowej. Huzaria leci, „biało-czerwone to barwy niezwyciężone”, pomalo-
wane na biało-czerwono policzki, „jeszcze Polska nie zginęła”, „jeszcze jeden” i zwy-
kle porażka. Może następnym razem będzie lepiej. Sam kocham piłkę, ściskam kciuki,
74
mam nadzieję, że się uda, więc się z tego wszystkiego nie śmieję, no, może trochę. Ale gdyby tak ten patriotyczny ferwor wynieść poza stadiony? Rzadko na moich wargach
słowo ojczyzna. Rzadko, OK, ale nigdy? Skąd to zawstydzenie, gdy one padają? Nie-
chęć do patosu może być normalną i właściwą reakcją na pożegnanie z nowomową. Ale
czasem zazdroszczę pokoleniom poprzednim, nawet temu z czasów narodzin PRL-u,
że te wielkie słowa przechodziły im przez gardło łatwiej. Hasła też były jakby więk-
sze. „Wszystko, co nasze, Polsce oddamy”, „Służba Polsce”, „Cały naród buduje swoją
stolicę”. Dziś wszystko w Polsce skarlało, to i słowa zmalały. Te największe sprawia-
ją wrażenie, jakby do współczesnej Polski nie pasowały. Ja się nie dziwię. Sam byłem
poddany tej tresurze. Pamiętam pierwszy obóz harcerski. Codziennie rano śpiewaliśmy:
„Wszystko, co nasze, Polsce oddamy”. Ale gdzieś w połowie obozu przyjechali młodzi
aktywiści w trochę pionierskich mundurkach i dorzucono nam nową zwrotkę: „Socja-
listycznej biało-czerwonej myśli i czyny, i uczuć żar”. Jeden przymiotnik zabił niemal
całą radość. Teraz jeden polityk, którego nie szanujemy, a który ma buzię pełną fraze-
sów o ojczyźnie, też często wystarczy, by nasza podświadomość chroniła te największe
słowa, by przetrwały do lepszych czasów, gdy będą one bardziej na miejscu. Ale jak
75
się o te lepsze czasy nie postaramy, to słowa te na stałe mogą zamieszkać wyłącznie w podświadomości. I to w jej odległym kącie.
SPOŁECZE ŃSTWO
NIEOBYWATELSKIE
Rozwiązanie społecznych problemów zaczyna się
od stworzenia ochotniczej straży pożarnej,
od założenia kółka filozofów i biblioteki.
Benjamin Franklin
SPOŁECZE ŃSTWO
OBYWATELSKIE
„Róbmy swoje”, śpiewał w latach osiemdziesiątych Wojciech Młynarski i wydawał
się to najlepszy, minimalno-maksymalny pomysł na tamte czasy. Odwrócić się od wła-
dzy. Ignorować ją. Skupić się na tym, co da się zrobić, w czym władza i państwo nam nie
przeszkodzą. Program był minimalno-maksymalny, bo choć mało ambitny, dawałszan-
sę na wszystko, co w tamtym systemie było możliwe. Ludzie robili swoje, a ponieważ
niektórzy robili nawet trochę więcej, PRL zgasł.
79
Minęło kilkanaście lat. Dalej robimy swoje. I także na tym trochę polega problem.
Bo program skrojony jak ulał na czasy, w których państwo nie było nasze, nie przy-
staje do czasów, w którym państwo jest nasze jak najbardziej. Ludzie, tak jak chciał
Młynarski, dalej robią swoje. Ale robią swoje w swych mieszkaniach, może na swych
podwórkach i na swoich działkach. A spółdzielnia mieszkaniowa, do której należymy?
Jeśli narzekamy, że ktoś coś w niej sobie załatwia, to czy aktywnie się temu przeciw-
stawiamy, czy tylko złorzeczymy? Może by tak wejść do władz spółdzielni? To nie
pytania, to moje wyrzuty sumienia, bo wiem, że powinienem należeć, ale załatwianie
spraw jakoś zwalam na innych. A szkoła, do której chodzą nasze dzieci? Wściekamy
się, że coś albo wszystko jest nie tak. Czy postanawiamy wziąć sprawy w swoje ręce
i wejść do komitetu rodzicielskiego? A osiedle, na którym mieszkamy? A nasze mia-
sto? A nasz kraj? Tu ogromna większość z nas nie robi swojego. Tu ogromna większość
z nas nie robi nic. Tu większość z nas wchodzi w rolę obserwatorów i recenzentów: „To
nie działa. Tam zawalili robotę. Ci nawalili. Tamtego nie zrobili”. Jesteśmy mistrzami
swata w zrzucaniu odpowiedzialności na innych, najlepszymi własnymi adwokatami,
specjalistami w znajdowaniu alibi dla swej bezczynności. „Moja chata z kraja”. Tak by-
80
ło i tak jest. Pozostało w nas coś z chłopskiej mentalności, która jeszcze przed wojną na pytanie o narodowość wielu włościanom kazała odpowiadać — „my ludzie tutejsi”.
Mowę „w nas”, bo słysząc pytania o to, czy nie zaangażować się w to albo w tamto,
sam często odpowiadam: „przecież ktoś bierze za to pieniądze”. Wstyd mi, gdy jakiś
znajomy, nawet jeśli myśli tak samo jak ja, zabiera się do roboty, ale często nie jest mi
aż tak wstyd, by mu pomóc.
Horyzont ograniczał pole widzenia polskich chłopów do zagrody i własnej wsi.
Polska? To była abstrakcja. Tradycja szybko nie umiera. Z sondaży wynika, że ma-
my w Polsce „deficyt obywatelstwa”, skłonność do bierności i chowania się w sprawy
prywatne. To nie jest chwilowa wysypka. To musi być ciężka choroba, skoro niektórzy
socjologowie dochodzą nawet do wniosku, że nie mamy już w Polsce społeczeństwa,
a jedynie masę pojedynczych organizmów. Cały komunistyczny system oparty był na
wszechwładzy państwa i atomizacji społeczeństwa. Wzmacniał on apatię i pasywność
ludzi. Rozbici, mieli być bezsilni w konfrontacji z władzą. Stąd ta ożywcza i superener-
getyczna chwila, gdy w czasie pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II ludzie zobaczyli, ilu
ich razem jest, jaką mogą stanowić siłę, jak to się wtedy mówiło — policzyli się. Pamię-
81
tam ten dzień drugiego czerwca 1979 roku, gdy w czasie przerwy przed lekcją polskiego włączyliśmy telewizor i oglądaliśmy powitanie Papieża. Pani polonistka z pop-u (pod-stawowej organizacji partyjnej) wyłączyła nam telewizor, a w ramach rekompensaty
nastawiła płytę z kabaretem Dudek. Z całym szacunkiem, ale nawet Kobuszewski mó-
wiący, że „chamstwu trzeba się przeciwstawiać siłom i godnościom osobistom”, to nie
było dokładnie to. Ale polonistka postąpiła logicznie. Ona, jak cała komunistyczna wła-
dza, wiedziała, czym to wszystko pachnie, czym ta wizyta człowieka z dalekiego teraz
już kraju grozi. Papież dokonał w ciągu kilku dni paru cudów. Ale Papież nie przyjeż-
dżał do nas każdego dnia, nie mógł więc być lekarstwem, które na dobre wyleczyłoby