Mama nie rozumie, że co innego koledzy, a co innego prawdziwy przyjaciel...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- W pewien sposób cieszyła się, że Egwene oraz jej przyjaciółek tu nie ma, cieszyła się, że nie może widzieć ich twarzy, a na nich, być może, piętna...
- 187moemy przyj jako zasad, e kady kraj wymieniony wrd owych affines lea na zewntrz granic tego pastwa, jako jego bok" (tatu] Kierujc si t zasad,...
- Podczas gdy d'Artagnan pędził po ulicach i pukał do bram, Aramis przyłączył się do dwóch towarzyszy; wróciwszy do domu d'Artagnan zastał przyjaciół w...
- W ciągu trzech pierwszych miesięcy od czasu przeniesienia się do nowej siedziby byłem wciąż bardzo zajęty i prawie nie widywałem mego przyjaciela Holmesa...
- – Zabierzesz stąd te akta, zrobisz gdzieś kopie, roześlesz część do przyjaciół i znajomych rozrzuconych możliwie po całych Stanach, a resztę ukryjesz,...
- Wreszcie wczesnym popołudniem któregoś dnia Smuga oznajmił, że wraca jego przyjaciel i mogą mu złożyć wizytę w siedzibie towarzystwa, gdzie pracuje...
- — Stać! Kto idzie? Wróg czy Przyjaciel Ziemi?— Naturalnie, że PZ...
- a żadna ze stron, mimo półminutowej obserwacji, nie wykonała najmniejszego ruchu, choć nie ulegało wątpliwości, że obcy nie żywią przyjaznych zamiarów...
- Tak więc w niedzielę późnym rankiem wysłałem do Akeleya depeszę zawiadamiając go, że przyjadę do Brattleboro w najbliższą środę - 12 września - o ile ten...
- król przyjaźnił się z ludożercami? Wszystko to wiedział Maciuś od swoich szpiegów i minister spraw zagranicznych ostrzegał, że może być wojna...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Z kolegą można zagrać, zabawić się, ponudzić nawet, ale czy można na nim polegać? O, właśnie miałem dzisiaj nową nauczkę ze Stefkiem Stefankiem. Czy można mu o wszystkim powiedzieć, co chodzi mi po głowie, i mieć pewność, że zrozumie, że mnie nie wyśmieje?
Z nikim już tak nie będę się rozumiał jak z Witkiem. Mieliśmy swoje własne słowa i swój szyfr, a często wystarczał nam tylko uśmiech lub mrugnięcie oka i już wiedzieliśmy, o co chodzi.
Pogrążony w tych ponurych refleksjach wpadłem na samego Kwasa, który stał na rogu korytarza, rozmawiając z panem Frędzlą i panią Szycką.
— Stop! To ty, Majta? — Kwas ujął mnie za ramię i odsunął na bok. — Co się z tobą dzieje? Chyba znów będziemy mieli z sobą pogawędkę, specu.
Kiedy kto się czymś naraził Kwasowi, od razu otrzymywał przydomek. Mnie Kwas ochrzcił, nie wiem dlaczego, „specem”.
— Przepraszam... nie chciałem... — wyjąknąłem.
— Boże, jaki on zamyślony — westchnęła pani Szycka. — Coraz więcej snuje się melancholików.
— To jesień tak nastraja — uśmiechnął się złośliwie Kwas.
— Obawiam się, że to nie tyle wpływ jesieni, co nieczystego sumienia — wycedziła pani Szycka i zajrzała mi w oczy. — Przyznaj się, Zbyszku, znów szyba poleciała?
— To nie ja — mruknąłem posępnie.
— Prawda, to nie twój tydzień. W tym tygodniu tłucze Beksiński.
— Wy tak na zmianę, specu, co? — zmarszczył czoło pan Kwaskowski. — Umowę macie?
— Ja z Beksą?! On dla mnie nie istnieje... to powietrze dla mnie, proszę pana.
— Dziwne — mruknął Kwas — jesteście tak podobni... Bardzo dziwne, że działacie każdy na własną rękę.
— Ja nie działam... Słowo daję... już cały tydzień nie działam, proszę pana.
— Tak, on nie działa i w ogóle zrobił się apatyczny — wtrącił pan Frędzla, który dotąd przyglądał mi się uważnie w milczeniu — obserwuję go od dwu dni i widzę, że jakoś przygasł i kaszle. To chyba jesienne załamanie organizmu. Anemia, awitaminoza i krztusiec. Powiem żonie, żeby cię zbadała, coś mi się zdaje, że powiększysz zastępy Eskimosów.
Żona pana Frędzli była lekarką szkolną. Baliśmy się do niej chodzić, ponieważ każdemu z reguły zapisywała tran. Nie wierząc, iż będziemy go sobie posłusznie aplikować w domu, polecała zgłaszać się na dużej przerwie z własną łyżką do gabinetu i sama z poświęceniem wlewała nam tłustą ciecz w gardła. Nazywała to karmieniem Eskimosów.
Nie chcąc powiększyć szeregów Eskimosów, zaprzeczyłem gwałtownie:
— Nic mi nie jest, słowo daję, zamyśliłem się tylko... Ja zawsze, jak się zamyślam, to blednę, już taki jestem... od małego, proszę pana.
— Zwłaszcza kiedy coś knujesz, specu, prawda? — uśmiechnął się zgryźliwie Kwas, a obracając się do pana Frędzli, dodał: — Pan ma jeszcze małe doświadczenie, kolego. Zamyślony spec to zły znak. Zobaczy pan, że stanie się coś strasznego...
Po czym pogroził mi chudym, krogulczym palcem i błysnął złowrogo okularami.
— Pamiętaj, Majta, że cię uprzedzałem oraz ostrzegałem.
Wiłem się pod jego wzrokiem i uciekałem z oczyma. Wiedziałem, że czeka mnie teraz pięć minut nauk moralnych i upomnień. Strasznie nie lubiłem takich sytuacji. Na szczęście z opresji wybawił mnie nieoczekiwanie pan Kargul. Zbliżał się do nas, sapiąc ciężko, obładowany jak muł. W jednej ręce trzymał duże pudło, w drugiej wypchane ptaszysko oraz kołyszący się na pałąku niebieski, emaliowany czajnik pokaźnych rozmiarów. Na głowie miał słomiany kapelusz z szerokim rondem.
Nauczyciele patrzyli na niego ze zdumieniem. Zwłaszcza na ten kapelusz typu sombrero, dziwnie nie licujący z jesienną aurą.
Zauważywszy te raczej osłupiałe spojrzenia nauczycieli pan Kargul zmieszał się i uznał za stosowne usprawiedliwić.
— Bardzo przepraszam, że nie zdejmuję kapelusza. Z pewnością daję zły przykład młodzieży, ale nie mam wolnej ręki... Przyniosłem losy oraz resztę fantów na loterię...
— Pomogę panu! — zawołałem ochoczo i podbiegłem do pana Kargula.
— Dziękuję ci, kolego — Kargul do wszystkich uczniów zwracał się per kolego — weź ten czajnik i to pudło. Są tam losy. A tu fanty... Ostatni fant w postaci kapelusza mam na głowie.
— Co to za ptak, proszę pana? — zapytałem, żeby odwrócić uwagę Kwasa.
— To cietrzew — odparł pan Kargul — dostałem go od babci Rekszy. To cenny okaz z myśliwskich trofeów jej ojca. Otrzymał go od swojego stryja, który był łowczym margrabiego Wielopolskiego.
— Okaz cenny nie tylko ze względów przyrodniczych, ale i historycznych — chrząknął pan Frędzla.
— Tak, sądzę, że to będzie ozdoba loterii.
Kwas patrzył z wyraźnym wstrętem na dziwne i niepokojące kształty ptaszyska.
— Czy jest pan pewien, że to cietrzew, a nie odkurzacz?
— Odkurzacz? — nastroszył się pan Kargul.
— To znaczy zwichnięta miotełka z piór — zmieszał się Kwaskowski — względnie pióropusz Siuksów?
— To jest cietrzew — chrząknął urażony pan Kargul.
— Ale dlaczego taki zagmatwany... to znaczy, chciałem powiedzieć... to znaczy, chciałem powiedzieć, w dziwnej pozycji... skręcony? Gdzie tu szyja, gdzie kończyna?
— Bo to jest cietrzew zacietrzewiony — odparł pan Kargul. — Gorąco tu... — zasapał.