W końcu z wdzięcznością usiadła na podsuniętym krześle i weszła w rolę bezradnej wdowy...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Aviendha ubrała się, ale upłynęło sporo czasu, zanim usiadła, i jeszcze więcej, zanim Elayne zdołała ją przekonać, że nie powinny zawiązywać spisku...
- - Na fajki gracie? Kurcze, to już hazard! Szef jak się dowie to nas zjebie!- No co ty! Wiesz, przecież pooddajemy sobie te fajki na końcu...
- — Czy Weyr zbadaÅ‚ w koÅ„cu te pÄ™draki? — spytaÅ‚ P’tero, nagle przypominajÄ…c sobie cel ekspedycji...
- do gruzów, zostawionych na drugim końcu miasta, w tamtej sali, oglądając zwisające wy- świecone sznury, ale można przypuszczać, że czuł się już wtedy...
- W końcu wybuchnął jak francuska bomba wodorowa, dwadzieścia pięć kilometrów nad Sidi Ben Hassid, oślepiając wszystkich, którzy na niego patrzyli...
- W pierwszej chwili rozmyÅ›laÅ‚a sennie, że może w koÅ„cu rozkwitajÄ… baÅ›niowe fajerwerki miÅ‚oÅ›ci, żeby rozÅ›wietlić jej życie – ale to zbyt...
- W końcu mężczyzna zaczął przekazywać nowe informacje - powtarzając przemowę, którą Tremane rzekomo wygłosił do swych oddziałów, wymierzoną...
- Wróciłem do pokoju, zmyłem naczynia po śniadaniu, posłałem łóżko, a potem usiadłem przy stole, wypisałem czek na pięćdziesiąt funtów, napisałem...
- Kiedy skończyłem i usiadłem, pewien mężczyzna, siedzący w trzecim rzędzie ławek, podniósł się ze swego miejsca i ruszył w moją stronę...
- - Pewnie oczekiwaliśmy zbyt wiele po tej rozmowie, a każdy z nas czegoś innego - wykrztusił w końcu Torin...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Tomiyano z wprawą grał swoją rolę, odczytując sygnały matki, która udawała, że się waha. Jak dużo towaru mogą załadować? Zależy, ile będzie talerzy, a ile garnków. Kobieta zwróciła się do handlarza o pomoc, bo wiedziała że Szafir jest znacznie pojemniejszy niż się wydawało na pierwszy rzut oka; ciasne były tylko kabiny. Zaczęła sprzeczać się z synem o wielkość ładowni. Ona mówiła, że są duże, a Tomiyano cierpliwie ją przekonywał, że małe. Handlarz uwierzył żeglarzowi.
- Proszę, oto trzysta sztuk złota, które dostaliśmy za drewno - powiedziała nagle Biota, rzucając sakiewkę na stoi. - Ty bierzesz pieniądze, panie, a my tyle towaru, ile się zmieści na statku. Tak będzie najprościej, prawda? - Uśmiechnęła się niewinnie.
Tomiyano chwycił się za głowę. Trzysta sztuk złota! Nigdy za tyle nie załadują. Handlarz był jednak podejrzliwy.
- Mówisz poważnie, pani?
- Oczywiście. Trzysta za wszystko, co damy radę upakować w ładowniach. Sami wybierzemy towar. Z dostawą na statek.
Mężczyzna roześmiał się.
- A może za tysiąc, pani?
Połknął haczyk!
- W tej sakiewce jest trzysta. Dostaliśmy je za drewno. Jeśli od razu dostarczysz towar, zostanie nam jeszcze pół dnia żeglowania. Jeśli pójdę gdzieś indziej i zacznę się targować, będziemy musieli zatrzymać się tu na noc.
Trzeci popatrzył na statek. Kalkulował w myślach.
- Za cały ładunek... osiemset.
Kobieta wymaszerowała z magazynu. Syn podążył za nią.
- Tu są jeszcze dwa, a w tę stronę trzy składy - powiedział. Handlarz zawołał: “Siedemset!". Brota szła dalej. Tomiyano ciągnął matkę za łokieć i krzyczał jej do jednego ucha, a właściciel magazynu do drugiego.
- Wszyscy najlepsi rzemieślnicy w mieście...
- Nie ma miejsca na towar za trzysta sztuk złota! Wszystko się porysuje i pognie. Nie mówiąc o obciążeniu! Pójdziemy na dno.
- Z Shonsu na pokładzie? Też coś! - prychnęła Brota.
Trudno jej się szło po kocich łbach, więc zwolniła kroku.
- Pięćset. Moja ostatnia oferta.
Handlarz nie ustępował, a z przodu już zbliżał się następny.
- A jeśli on umrze? - warknął Tomiyano. Już nie było mowy o wyrzucaniu za burtę.
- Uzdrowiciel powiedział, że ma jeszcze pięć dni. Połowa już minęła.
- Czterysta - rzucił mężczyzna.
Dotarli do kolejnego składu, znacznie większego niż pierwszy. Właściciel, uprzedzony przez szpiegów, już czekał na klientów. Wykonał gest pozdrowienia.
- Zgoda! - zawołał Trzeci, niemal szlochając.
Kobieta odwróciła się i wyciągnęła do niego ręce.
Wszędzie walały się garnki: w kabinach, szalupach, wzdłuż przejść, na pokładach. Talerze poszły do ładowni. Tomiyano martwił się o zanurzenie, rozmieszczenie ładunku, nie dokończone naprawy, balast i trymowanie. Handlarz lamentował i wykrzykiwał histerycznie, że jest zrujnowany. Osłupiali członkowie załogi doszli do wniosku, że Brota postradała zmysły. Co zrobią z garnkami, jeśli zacznie padać? Jak w razie nagłej potrzeby dostaną się do drabinek wantowych? Piąta ignorowała wszystkie komentarze. Umiała dostrzec okazję, a poza tym wiedziała, że z Shonsu nie grozi im zatonięcie. Mogła dostać za towar trzysta pięćdziesiąt albo więcej. Pięć dni, a noga jeszcze nie zaczęła czernieć. Powolna śmierć.
Jedynym miejscem wolnym od rondli pozostała nadbudówka rufowa. Nnanji ustawił się przed drzwiami, skrzyżował ramiona i łypał na wszystkich groźnym wzrokiem. Na plecach miał siódmy miecz. Obronił placówkę.
Szafir odbił od nabrzeża jak pijany. Niechętnie reagował na ster, zupełnie jakby był urażony.
Tylko w nadbudówce było trochę luźniej, więc po zrzuceniu kotwicy tu właśnie przyniesiono jedzenie: pieczonego dodo, aromatyczną zapiekankę z krowy morskiej, świeży ciemny chleb i parujące dania z warzyw kupionych w Ki San. Brota usiadła na jednej ze skrzyń, a wszyscy pozostali stłoczyli się na podłodze.